Oddane pole. Polacy oglądali, jak Holendrzy w piłkę grali (ANALIZA)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Polska - Holandia
Tomasz Folta/Pressfocus

Reprezentacja Polski nie nadążała ani za rywalami, ani za piłką. I zbyt często była rozbita na dwa zespoły: broniący i atakujący. Pytanie, czy z tymi konkretnymi piłkarzami da się je w ogóle skleić.

David Winner, w książce “Brilliant Orange”, stanowczo zbyt często cytowanej w tekstach o holenderskiej piłce, łączył tamtejsze postrzeganie przestrzeni w futbolu z odwieczną walką, jaką ten naród toczył z naturą o przestrzeń do życia. Wydzieranie morzu skrawków lądu miało nauczyć Holendrów szczególnie mądrego wykorzystania miejsca i doceniania jego znaczenia. W Warszawie Holendrzy wreszcie nie musieli nikomu wydzierać przestrzeni i miejsca zawsze mieli dostatecznie dużo. Tak, jakby Holandia nagle rozlała się na mapie od morza do morza. W tygodniach, gdy Polska nie żyła kadrą, lecz piłką klubową, skupialiśmy się na tym, że możemy wystawić atak z Barcelony i Juventusu. Ale im dłużej trwał mecz Ligi Narodów, tym bardziej stawało się jasne, że musimy wystawić obronę z Benevento, Spezii i zmiennika z Aston Villi, zabezpieczając ją weteranem z Al-Shabab. Im dłużej trwał mecz, tym bardziej Holendrzy sprowadzali Polaków na ziemię, patrząc na nich z góry, jak przystało na najwyższy naród w Europie.

Polacy przystąpili do meczu, grając bez piłki (czyli przez większość czasu) w ustawieniu 5-3-2. Wahadłowi Przemysław Frankowski i Nicola Zalewski tylko teoretycznie byli nastawieni ofensywnie, w praktyce nie podchodząc do pressingu, rzadko włączając się do akcji ofensywnych i raczej skupiając się na zapewnieniu linii obrony odpowiedniego zabezpieczenia całej szerokości boiska. Od przodu defensywę zabezpieczali środkowi pomocnicy Grzegorz Krychowiak i Karol Linetty. W zależności od strony, którą Holendrzy wyprowadzali piłkę, dołączał do nich jeden z dwóch rozgrywających. Kiedy akcja szła stroną Piotra Zielińskiego i ten starał się wspomagać Roberta Lewandowskiego w przeszkadzaniu rywalom, Sebastian Szymański po drugiej stronie boiska cofał się do drugiej linii. Gdy Holendrzy przenosili ciężar gry na jego stronę, Szymański doskakiwał do ataku, a Zieliński analogicznie cofał się do drugiej linii.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Komentarze 0