Nie przyleciałem do Europy, tylko do Marsylii. Dlaczego Milik gra w miejscu wyjątkowym?

Zobacz również:Milik i Piątek. Przegrani meczów kadry, którym teraz będzie tylko trudniej
Olympique de Marseille Unveil New On Loan Signing Arkadiusz Milik
Fot. Jonathan Bartolozzi/Olympique de Marseille via Getty Images

W ciemnych uliczkach Marsylii kupisz marihuanę, kałasznikowa i lewy bilet na Stade Velodrome. Tu jest stolica buntu, stąd ruszał w świat Zidane. Tu bije serce klubu, który przekracza futbol. Jorge Sampaoli ma rację, gdy mówi: „Nie przyleciałem do Europy, tylko do Marsylii”.

Nie jest to Chrystus z Rio, ale też unosi się nad miastem i swoje wie. La Bonne Mère, złota statua bazyliki Notre Dame de la Garde każdego weekendu widzi fanów Marsylii jak modlą się o wynik. Widzi tony narkotyków, które płyną z Maroka. I tysiące imigrantów z życiem spakowanym w plecak. Bezrobocie w północnych dzielnicach dobija do 50 procent. A w tle co jakiś czas rozgrywają się sceny jak w Chicago lat 30. Marsylia, francuski kuzyn Neapolu nie potrzebuje betonowych fortec Scampi, żeby wzbudzać grozę. Ma własne - tak samo niebezpieczne, szare, wypełnione tysiącami dzieciaków, których jedyną dumą jest dres i logo OM.

Olympique jest wszędzie: w kebabach, na skuterach, murach abo w Starym Porcie o szóstej rano, gdy sprzedawcy ryb rozładowują towar. Dziennikarze „La Provence” mówią, że gdyby nie piłka, ich gazeta już dawno by padła. To oni po ostatnim mistrzostwie w 2010 roku wydali dodatek na 116 stron. Nigdzie we Francji wahadło nastrojów nie jest tak rozchwiane. Marsylia to pędzące TGV po zwycięstwie i ochota na wypicie koktajlu barbituranów, gdy znowu zdarzy się porażka. To miasto wielkich bohaterów typu Jean Pierre-Papin, ale też zdrajców jak Matthieu Valbuena, którego kukła zawisła na szubienicy, gdy wrócił na Stade Velodrome w koszulce Lyonu. Rozgrzane słońcem południe kocha piłkę. Czasem aż za mocno.

PLECAMI DO KONTYNENTU

Czy jest Marsylia najpopularniejszym klubem we Francji, zgody nie ma i pewnie nie będzie. Dziesięć lat temu jako pierwsza sprzedała w rok pół miliona koszulek. Wygrywała wszystkie rankingi. Ostatnio oddała pole PSG, ale i tak wciąż jako jedyna nad Sekwaną ma w gablocie Ligę Mistrzów. Jako pierwsza ściągała wielkie zagraniczne gwiazdy typu Chris Waddle i Rudi Voeller. Miała na ławce Franza Beckenbauera. Przede wszystkim umiała wyeksponować światu swój brand, o co dziś jest lament, gdy ten sam brand upada. Kibic Marsylii wzdycha do dawnej wielkości. Do Deschampsa, Desailly’ego, Bartheza i gola Basile’a Bolego przeciwko Milanowi w finale Ligi Mistrzów w 1993 roku.

Marsylia od zawsze wzbudza emocje, bo taka jest specyfika tego miejsca. Południe nigdy nie miało pieniędzy północy. Miało grę w bule, pastis i wizerunek portowych leni. Paryżanie mówią, że to Afryka. Miejsce odwrócone plecami do kontynentu. W całej aglomeracji mieszka nawet półtora miliona ludzi. Co trzeci jest wyznawcą Islamu. Prawie połowa żyje poniżej granicy ubóstwa. Wyjście ewakuacyjne stanowi futbol: być jak Zidane albo Nasri. Ale to też nie jest łatwe, bo przecież ulica kusi. Wystarczy zostać „czujką”, co ma oko na osiedle i informuje, czy panoszą się obcy. Zarobić można 50 euro dniówki. Kilka dni i jest na błękitny dres OM. A to przecież i tak pierwszy szczebel hierarchii narkotykowych gangów.

Jesienią „L’Equipe” podał, że tylko sześciu piłkarzy z Marsylii gra aktualnie w klubach Ligue 1. Paryż miał pięć razy więcej. Mimo to dyrektor sportowy PSG, Leonardo powiedział, że to Marsylia jest miastem piłki, a stolica dopiero ją goni. Olympique wyrósł na tym, że był odskocznią dla biednego ludu. Dawał im dumę, bo ogrywał Paryż. I jeszcze bardziej jednoczył miasto, mówiąc: skoro według stolicy jesteśmy z Afryki, to dlaczego mamy Puchar Europy? Marsylia już w latach 70. szczyciła się dwoma mistrzostwami i 44 golami Jossipa Skoblara w jednym sezonie. Ale to był dopiero wstęp od ery Bernarda Tapie i jego bajki o najlepszej drużynie we Francji.

NOSTALGIA ZA WIELKOŚCIĄ

Już kiedyś o nim pisałem. Tapie jest jak Ferrari bez hamulców. Tony Cascarino powiedział: „To jedyny szef, który chciał ze mną wyjść na solo”. Od zawsze miał łatkę wariata, ale to jego osobowość zrobiła z Marsylii klub z topu. Między 1989 a 1992 roku wygrał cztery razy mistrzostwa Francji. Kupił Papina, Cantonę, Francescoliego, Abediego Pele i resztę legend. Nawet Diego Maradonę chciał sprowadzić do Marsylii. Michel Hidalgo negocjacje prowadził w anturażu tortu i zimnych ogni, bo Argentyńczyk zajęty był chrzcinami córki. Gdyby to nie był Neapol, pewnie dobiliby targu. Maradona wiedział, że żywy by stamtąd nie wyjechał.

Marsylia mogła mieć w tamtym czasie każdego. Tapie szastał pieniędzmi jakby zrywał je z drzewa. Kłamał przy podpisaniu umów, kupował mecze, szprycował graczy, co po latach potwierdził Jean-Jacques Edylie, były piłkarz OM. Nazywano to „zastrzykami adrenaliny”. Inne dziwne substancje szły również do napoi rywala. Lech Poznań słaniał się na nogach w przegranym 1:6 meczu Pucharu Europy. Różne wersje na ten temat krążą. Arsene Wenger, wówczas pracujący w Ligue 1 powiedział niedawno: „To były rzeczy, o których wszyscy mówili. Francuski futbol został zepsuty metodami Tapiego”.

Od tego czasu minęło ćwierć wieku, a Marsylia jakby nadal żyła przeszłością. Ten klub jest tak dziwny, że rok wygrania Ligi Mistrzów, najważniejszy w historii ubłocił łapówkami w Ligue 1 i degradacją. To była cała opera mydlana z opowieściami o piłkarzu Valenciennes, który pieniądze od Marsylii zakopał w ogrodzie ciotki. OM wrócił do elity w 1996 roku. Zdobyło w tym czasie mistrzostwo i trzy puchary. Ale dalej nie wyswobodził się z wstydliwej nostalgii za erą Tapiego.

ŻÓŁTE KAMIZELKI

Jerome Latta, dziennikarz „Le Monde” mówi, że zmarnowano końcówkę lat 90. Piłka wchodziła wtedy w nową erę, a Marsylia i jej właściciel Robert Louis-Dreyfus mieli pieniądze, żeby solidnie napalić w piecu. Stulecie w 1999 roku świętowali z Piresem i Dugarrym. Obronę trzymał Blanc. Marsylia była w finale Pucharu UEFA, ale przegrała 0:3 z Parmą. W lidze dała się wyprzedzić Bordeaux. Kolejne lata tylko zarysowały przepaść między gigantami piłki, a przeciętną Marsylią, wielką już tylko z nazwy.

Stabilny w swojej niestabilności klub wydawał się w czasach prezesury szanowanego przez kibiców Pape Dioufa (2005 - 2009). OM miał pewny plac w Lidze Mistrzów i triumfy w krajowych pucharach. To ten czas zbudował ekipę, która rok później zdobyła mistrzostwo. Na ławce siedział Deschamps, a w przodzie szaleli Valbuena z Niangiem.

To był ostatni rok przed wejściem Katarczyków do PSG. Ostatni raz, gdy oba kluby mogły podróżować po mnie więcej tych samych trajektoriach. Dzisiaj PSG skacze po trampolinie, a Marsylia wali głową w ścianę i dalej nie czuje, że boli. Ellie Baup, były trener OM mówi, że na Velodrome codziennie masz strajk żółtych kamizelek. Że Marsylia postarza i że trzeba mieć jaja, żeby tę robotę w ogóle wziąć. Od początku lat 80. tylko Didier Deschamps wytrwał więcej niż trzy lata. Trzynaście miesięcy był tu Marcelo Bielsa w sezonie 2014/2015, ostatni szkoleniowiec, który porwał kibiców i który naprawdę był tu szanowany.

Andre Villas-Boas nawet nie zbliżył się do jego pozycji. Nigdy nie pasował do tego miejsca. Już samo jego pochodzenie, rodzina hrabiów i właścicieli winnic, stawia go w kontraście do brudu i przyziemności Marsylii. Ustępujący prezes Jacques-Henri Eyrauda to też człowiek po Harvardzie, z Paryża, pytający kiedyś na serio, czy gole z ponad 30 metrów nie powinny się liczyć podwójnie. W piłce nigdy wcześniej nie działał. Co najwyżej prowadził gazetę o wyścigach konnych. Dziwił się, że w klubie 90 procent zatrudnionych ludzi to lokalsi. W kontekście rywali nie mówił o PSG i Lyonie, tylko o Netflixie. Dla niego klub to biznes. Dlatego po serii transparentów na mieście i zjednoczeniu wszystkich grup utras komunikat poszedł jasny: Eyraud won do Paryża.

Ten statek w tej konfiguracji nie mógł płynąć dalej. Pytanie też, czy popłynie z amerykańskim właścicielem Frankiem McCourtem. Klub od 2016 roku jest w jego rękach i ani drgnął do przodu. Miało być Hollywood, a jest marne kino akcji z kamer przemysłowych jak rozgniewani kibice OM demolują ośrodek treningowy La Commandarie. Oczywiście więcej w tym medialnego szumu niż realnych strat. Ale obrazki z dymem unoszącym się nad miastem poszły w świat.

L’Equipe właśnie opublikował nagrania. Widać w nich taką dzicz, że nic dziwnego, że Villas-Boas spakował walizki i wrócił do Portugalii. I tylko McCourt wygląda jakby dopiero się obudził. Po dwóch latach nieobecności przyleciał ze Stanów Zjednoczonych, dalej twierdząc, że buduje giganta. Jego planem na następne lata jest zdobycie Ligi Mistrzów. Na razie niech zbuduje porządną akademię, bo ta obecna jest 14. we Francji i słynie z tego, że lata temu przegapiła Zidane’a.

Olympique de Marseille Unveil New On Loan Signing Arkadiusz Milik
Fot. Jonathan Bartolozzi/Olympique de Marseille via Getty Images

300 DNI SŁOŃCA

Kibice OM mają klasyczne deja vu. 2021 rok wygląda jak 2016. Znowu są te same zapowiedzi i hasła o nowym życiu na planecie Marsylia. Brakuje tylko opowieści McCourta jak jego dziadek w trakcie II Wojny Światowej wyganiał nazistów z plaż Lazurowego Wybrzeża. Gdy w lutym klub szukał trenera, odmawiali mu kolejno Sarri, Benitez, Valverde i Favre. Żaden nie chciał się wpakować w bagno. Po sezonie na pewno odejdzie Florian Thauvain. Arkadiusz Milik też raczej za Marsylię umierać nie będzie. Od początku było wiadomo, że wybiera miejsce chaosu i kolejne tygodnie tylko to potwierdziły. OM leży organizacyjnie i sportowo. Nadzieją jest 34-letni Pablo Longoria, nowy prezydent i Jorge Sampaolim na ławce, uczeń Bielsy, którego „France Football” już przedstawił na okładce jako „El Loco 2”.

Marsylia to takie miejsce, w którym winda za moment znowu może poszybować w górę. Przy całym swoim brudzie to ciągle jest piękne miasto, z 300 dniami słońca w roku i bajecznym Stade Velodrome z trybunami tak wysokimi jakby ciągnęły się do nieba. Jest tu przyprawiający o ciarki „Jump” Van Halena i sielanka sitcomu „Plus belle la vie”. Jest też własna klubowa wytwórnia muzyczna, bo nigdzie na świecie rap i piłka nie idą pod rękę jak tutaj. Marsylia lubi eksponować swą marsylskość. Nadal jest Robinem Hoodem w świecie Supermanów.

Teledysk „Bande organisée” nagrany przez grupę lokalnych raperów w kilka tygodni przebił 200 mln wyświetleń. Doskonale pokazuje świat, w którym Soprano potrafi wypełnić Stade Velodrome i podpalić go jak w czasie najlepszego Le Classique z PSG. W jego teledyskach grali Ribery i Gignac, nawet Pape Diouf. Dzisiaj Soprano mówi: kocham Marsylię, bo cały czas balansuje między rygorem a improwizacją. Bywa wulgarna i przyjazna. Potrafi być zorganizowana. Ale też wstydliwie pokraczna. Jest jak Francja. I na tym właśnie polega jej urok.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.