Siedmioro wspaniałych. Złoto poprzedzone każdą możliwą przeszkodą

Zobacz również:TOKIJSKIE NADZIEJE #12. Atak z drugiego rzędu. Jak przebić lekkoatletyczny szklany sufit?
Igrzyska olimpijskie Tokio - Natalia Kaczmarek, Karol Zalewski, Justyna Święty-Ersetic i Kajetan Duszyński
Fot. Ryan Pierse/Getty Images

Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan, Natalia Kaczmarek, Małgorzata Hołub-Kowalik, Karol Zalewski, Kajetan Duszyński, Dariusz Kowaluk – te siedem nazwisk kilka dni temu weszło do historii polskiego sportu. I pewnie każde z nich jeszcze niedawno zaśmiałoby się w głos, gdyby ktokolwiek opowiedziałby im zakończenie tej historii. Teraz jednak muszą uwierzyć – są mistrzami olimpijskimi.

Obraz polskich 400 metrów przed igrzyskami jawił się jako… smutny. Od dłuższego czasu liczyliśmy na żeńską sztafetę 4x400 metrów, jednak na kilka dni do igrzysk, ze względów głównie zdrowotnych, pojawiały się same wątpliwości. O sztafecie mieszanej nikt nawet nie myślał, skoro nasze panie są bez formy, a panowie zazwyczaj nieco od nich odstawali.

KAŻDY Z INNEJ STRONY

Karol Zalewski jako jedyny z tej grupy mógł być wcześniej znany przeciętnemu kibicowi sprzed telewizora. Swego czasu polska nadzieja na 200 metrów, dwukrotny młodzieżowy mistrz Europy, który w pewnym momencie zmienił konkurencję i stał się czołowym polskim czterystumetrowcem. Jego „życiówka” (45,11) to trzeci wynik w historii polskiej lekkoatletyki. Nadzieja polskiego sprintu spełniła się jako lider męskiej sztafety, która jednak do pewnego momentu nie potrafiła przebić szklanego sufitu. Często to jedynie Zalewski biegał poniżej 46 sekund, a z tego trudno cokolwiek stworzyć, nawet do sztafety mieszanej.

O dziwo w największym polskim biegu od dawna, to nie on kończył rywalizację jako najlepszy polski sprinter. Na ostatniej zmianie biegł Kajetan Duszyński, znany aktualnie jako ten, który zajmuje się krystalografią białek i robi z tego doktorat. Gdyby nie doszło do małego przełomu w jego karierze, to może zająłby się nauką już na stałe. Na szczęście Kajetan zaczął robić oczekiwane postępy. Zejście poniżej 46 sekund, a w tym sezonie – złoty medal mistrzostw Polski. Kiedy Duszyński mówił w wywiadzie po biegu, że on wciąż nie nacieszył się złotym medalem mistrzostw kraju, to nie były to wyłącznie żarty. Po tytuł pobiegł po latach oczekiwania, a mistrzem olimpijskim został kilka tygodni później – nie było kiedy się z tym oswoić.

Na wewnętrznych próbach przedolimpijskich było tak dobrze, że trenerzy bez cienia wątpliwości postanowili go wystawić na ostatnią zmianę eliminacji. I taktycznie, i szybkościowo, wyszło znakomicie, a jego finisz przyczynił się do rekordu Europy. Kiedy do składu miał wejść Zalewski, kibice mimo wszystko nawoływali – „zostawcie Kajtka na ostatniej zmianie!”. Trenerzy oczywiście Internetem się nie sugerowali, ale widzieli, co wydarzyło się na bieżni i Zalewski trafił na zmianę numer jeden.

Zastąpił na niej… Clarka Kenta, bo tak zagraniczni kibice potrafili nazwać biegającego w okularach Dariusza Kowaluka, prawdopodobnie najmniej kojarzone wcześniej nazwisko z naszych mistrzów olimpijskich. Nigdy nie był na szczycie polskich list 400 metrów, nigdy nie zszedł poniżej 46 sekund, czasowo nie zbliżał się do chociażby Zalewskiego i Duszyńskiego z tego roku. Nie był najlepszy, dlatego też jego największe sukcesy przychodziły w sztafetach. Jadąc do Tokio być może myślał tylko o męskiej, bo w mieszanej sugerowano, że w obydwu biegach wystawimy wyłącznie najmocniejszą dwójkę (Zalewski, Duszyński). Kiedy pojawił się w składzie na eliminacje, niektórzy narzekali na zbyt duże ryzyko sugerując, że Kowaluk może nie dać rady.

Trenerzy ponownie okazali się jednak idealnym wyczuciem talentu i formy, kiedy Kowaluk po pierwszej zmianie oddał pałeczkę na pierwszej pozycji. W finale został zastąpiony nieco szybszym Zalewskim, ale całościowy efekt biegów tej trójki, łącznie z finiszem Duszyńskiego, był niemalże na poziomie słynnych „Lisowczyków”, zdobywających międzynarodowe medale na przełomie wieków.

ANIOŁKI ZE ZŁOTYMI AUREOLAMI

„Aniołki Matusińskiego” znaliśmy już dużo lepiej. Jedna z naszych największych szans medalowych na igrzyska stawała się jednak coraz mniejszą im mniej czasu zostawało do wylotu do Tokio. Z całej grupy jedynie Małgorzata Hołub-Kowalik nie miała w tym sezonie żadnych poważniejszych problemów zdrowotnych, dlatego to ona była jedyną „seniorką” w gronie talentów biegających w sztafetach na początku roku. Część z tych talentów (Kornelia Lesiewicz, Kinga Gacka) jest zresztą w Japonii, ale mimo ich potencjału liczyliśmy na coś więcej. Na żelazny skład „Aniołków”, który mocno się rozsypał. Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka w ogóle do Tokio nie pojechała i poddała się operacjom na kontuzjowane nogi. Iga Baumgart-Witan od początku sezonu męczyła się z kontuzją ścięgna Achillesa i kiedy zaczynała z dużym opóźnieniem trening na pełnych obrotach, kibice pytali: „zdąży?”

Niestety to pytanie można było też zadać Justynie Święty-Ersetic, najszybszej z naszych biegaczek i liderce naszej kadry. Najpierw problemy z koronawirusem, potem z kontuzjami, a kiedy wydawało się, że wszystko zaczyna być w porządku, chwilę przed igrzyskami udzieliła wywiadu dla TVP Sport, w którym ze łzami w oczach mówiła, że nie ma pojęcia czy w ogóle pobiegnie.

Nawet ci bardziej optymistyczni kibice zaczęli godzić się z tym, że nasza sztafeta może nie mieć ostatecznie szans na wymarzony olimpijski krążek, kto wie czy nie ostatni dla części z naszych pań.

Sprawdzianem miały być eliminacje sztafety mieszanej, co do której nie było większych oczekiwań. Finał? Tak, ale z czymś więcej będzie problem – taki był odbiór tej konkurencji. Sytuacja się zmieniła, kiedy połączenie panów ze świetną formą Baumgart-Witan i Hołub-Kowalik dało… rekord Europy. To że nasi pobiegli dobrze to jedno, ale to w jakich czasach to drugie. Panie nawet w najlepszych biegach „Aniołków” miały problem z uzyskiwaniem aż tak dobrych międzyczasów, a panowie pobiegli swoje życiowe rezultaty (choć trudne do zmierzenia przy lotnych zmianach).

Co bardziej wątpiący przed telewizorami jeszcze zbierali szczękę z podłogi, kiedy Hołub-Kowalik wykrzyczała do kamer, że to jeszcze nic, a w finale to dopiero będzie ogień! Wtórowała jej Baumgart-Witan, a one już dobrze wiedziały, co się wydarzy. Dzień później miały je zastąpić Święty-Ersetic i rewelacja sezonu, Natalia Kaczmarek, która na tyle się rozwinęła, że została najlepszą polską biegaczką na 400 metrów w tym roku. Do tego Zalewski za Kowaluka i cóż, atakujemy!

Zamieszanie z dyskwalifikacją Amerykanów (słusznie zdyskwalifikowani, potem przywróceni ze względu na błąd sędziów) sprawiło, że trudno nam było ocenić szanse sztafety mieszanej. Wiedzieliśmy, że mamy szansę, wiedzieliśmy, że Polacy są mocni, a było to tylko potwierdzane przez kolejne informacje z wewnątrz („słyszałem, że są strasznie mocni na treningach, ale nie przekazywałem dalej, bo przy tych kontuzjach wydawało się to niemożliwe” – to jedno ze źródeł). Poza zapowiedzią ognia i medalu, Hołub-Kowalik powiedziała też, że z Justyną Święty-Ersetic powinno być już bardzo dobrze.

I jak najbardziej jest. Święty-Ersetic wyjątkowo nie była najszybsza z „Aniołków”, ale utrzymała w trakcie swojej zmiany Femke Bol, wielki talent holenderskiej lekkoatletyki. Zalewski zaczął mocno, a Kaczmarek potwierdziła, że i w sztafecie głowa i nogi wytrzymują presję. Furorę ponownie zrobił Duszyński ogrywający na finiszu absolutnie wszystkich.

HISTORIA

Pełne szaleństwo, klęczący Duszyński, Kaczmarek wyglądająca, jakby nie wiedziała, co się dzieje, Zalewski noszący Święty-Ersetic po bieżni – te sceny przejdą do historii polskiego sportu. Mało kto wierzył, że polski medal olimpijski na bieżni jest w ogóle możliwy, a tymczasem jest, i to złoty. Pierwszy złoty w sztafecie od 1964 roku (również w Tokio), pierwszy biegowy od 1980 i Bronisława Malinowskiego i pierwszy w sztafecie mieszanej w ogóle, jako że był to debiut tej konkurencji.

Mamy siedmioro mistrzów olimpijskich, całą ekipę, która dokonała niemalże niemożliwego. Od kiedy Europejczycy wygrywają olimpijskie sztafety? W sumie do niedawna nikt też nie myślał, że Włoch zostanie mistrzem olimpijskim na 100 metrów, a tak też się stało dzień później...

Każdy członek tej grupy jest inny. Każdy, lub niemal każdy, miał przed sobą masę przeszkód, by w ogóle do Tokio przyjechać. Niektórzy - głównie panie - traktują Tokio jako być może ostatni dzwonek na medale olimpijskie. I o ile nastawiały się na żeńską sztafetę, o tyle tego nie przewidział nikt. Mają olimpijskie złoto (wszystkie cztery, to ważne!), a żeńskie sztafety nawet nie wystartowały!

O panach nawet nie wspominając. „Aniołki” są wicemistrzyniami świata – moglibyśmy się spodziewać ich złota przy specyficznych i odpowiednich warunkach w sztafecie. Za to Karol Zalewski, Kajetan Duszyński i Dariusz Kowaluk mistrzami olimpijskimi? To brzmi nieco jak science-fiction, bo ani indywidualnie, ani w męskiej sztafecie nic by tego nie sugerowało. I bynajmniej nie jest to deprecjonowanie ich umiejętności, wręcz przeciwnie – ogromny szacunek za to, jak trudną i wyboistą drogę przebyli do tego momentu. Drogę, która całej siódemce dała spełnienie marzeń.

Czekaliśmy, żeby na tych igrzyskach coś nam „kliknęło” w idealnym momencie. Tak jak innym, kiedy my mijamy się z medalami i nie mamy szczęścia. No i w końcu kliknęło – siedmiokrotnie. Wszyscy w odpowiednim miejscu, czasie i z odpowiednią formą. I wszyscy są mistrzami olimpijskimi, czego nigdy im nie zapomnimy.

Tekst powstał we współpracy z Samsung Polska

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.