Fernando Signorini: Diego Maradona zamienił moje zwykłe, smutne życie w przepiękną podróż (WYWIAD)

Zobacz również:Maradona był z ziemi, a „Magico” Gonzalez z kosmosu. Realizm magiczny prosto z tawern Kadyksu
SignoriniMaradona.jpg
Fot. archiwum prywatne

„Trzeba uzmysłowić sobie, że istniały dwie zupełnie różne postaci: Diego i Maradona. Pewne perwersje systemu go zniszczyły. Był prostym chłopakiem wywodzącym się z plebejstwa, ale nie do końca poradził sobie ze skalą swojej popularności. Nagle jego życie stało się tematem numer jeden całego kraju. Ci, którzy oceniają jego moralność, latali dronami nad jego posesją 24h i śledzili każdy ruch” – opowiada w przejmującej rozmowie z newonce.sport Fernando Signorini, osobisty trener, ale też powiernik i wieloletni przyjaciel Diego Maradony, który towarzyszył mu w najważniejszych momentach życia.

Mówią o nim „anioł stróż Maradony”. Fernando Signorini jest specjalistą od przygotowania fizycznego, który na 11 lat zamienił się w osobistego trenera Diego Maradony od 1983 do 1994 roku. Można powiedzieć, że jako pierwszy pełnił taką funkcję, bo to Diego wymyślił tak bliską współpracę po kontuzji odniesionej w Barcelonie. Był tuż obok niego w najwznioślejszych i najbardziej przykrych momentach życia. Przeżył z nim cztery mundiale: w 86, 90, 94 i 2010 roku. Ich relacja zamieniła się w coś więcej niż tylko współpracę. Śmiało można rzec, że Signorini jest jedną z osób, które najbliżej znały Diego i najwięcej mogą powiedzieć o jego osobowości. Po jego śmierci na Whatsappie dostał ponad tysiąc wiadomości, ale porozmawiał z nami o jednej z najwybitniejszych postaci w historii futbolu.

Dominik Piechota: Jak zareagowałeś na wiadomość o śmierci Diego w wieku 60 lat i czy mocno tobą wstrząsnęła?

Fernando Signorini: Jak sobie wyobrażasz, to nie są łatwe chwile. Telefon nie przestawał dzwonić, ale postanowiłem przyjąć ją milczeniem. W pierwszych dniach wyciszyłem się i obserwowałem, co dzieje się w kraju: te wszystkie uroczystości pogrzebowe, szaleństwo w Argentynie, żałoba na wielu kontynentach. On nie zniknie z naszych żyć już nigdy. To historia o światowym wymiarze. Byliśmy razem blisko przez wiele lat, ale życie już takie jest. Postanowiłem sobie, że nie dam satysfakcji śmierci, nie będę płakał ani opowiadał o przejmującym smutku, bo to nie byłoby tożsame z samym Diego. On w rzeczywistości jest najwspanialszym darem, jaki otrzymałem w życiu. Zmienił je całkowicie. Kiedy myślę o tych wszystkich przeżyciach, przygodach, poznanych osobach... Diego zamienił moje zwykłe, szare, smutne życie w cudowną podróż. Nadał mu kolorów.

Utrzymywaliście jeszcze kontakt?

Od dawna nie rozmawialiśmy, zdaje się, że ostatni raz kiedy trenował w Meksyku. A nasze ostatnie spotkanie miało miejsce pięć lat temu, gdy zmarł jego ojciec. Spotkaliśmy się na pogrzebie, bo Don Diego też był mi bliską osobą. Pochowanie obu rodziców było dla niego trudnym przeżyciem. Bo chociaż wydawał się królem życia, to stracił wtedy swój najważniejszy parasol ochronny. Zawsze rodzina była dla niego fundamentem, dźwignią, aby jeszcze raz spróbować zmian w życiu. A w tych najgorszych chwilach schronieniem. Kiedy szukał przemiany, to z myślą o dzieciach. Kiedy potrzebował utrzymania się na powierzchni, myślał o rodzicach. Ich strata w ostatnich latach jeszcze mocniej go osłabiła.

EojzbFHXUAALyUj.jpeg
Fot. archiwum prywatne

O zmarłych tylko dobrze albo wcale?

Śmierć ulepsza ludzi, sprawia, że szlachetnieją w naszej głowie. Chcemy pamiętać tylko o ich dobrej stronie, ale uważam, że nie powinna zamazywać pełnego obrazu ani wybaczać grzechów. Trzeba pamiętać o całym dorobku. Głośne szczególnie po premierze filmu stało się moje zdanie: „Są dwie osoby: Diego i Maradona. Z Diego ruszyłbym na koniec świata, ale z Maradoną nie zrobiłbym ani jednego kroku dalej”. Maradona był postacią, która nie chciała słyszeć o żadnych swoich słabościach. Nie mogła sobie na nie pozwolić przez wymagania świata. Mówiłem mu wielokrotnie o tym dualizmie. On zawsze patrzył na to jednakowo: „Fer, gdyby nie Maradona, siedziałbym dalej w błocie w Villa Fiorito”.

Kim był Diego, a kim był Maradona?

Diego był tym tym chłopakiem, który wyszedł z nizin społecznych, ale nigdy się nie zmienił. Był uśmiechnięty, skromny, hojny, myślał o innych, zawsze otaczał się dobrymi osobami takimi jak on. Maradona był jego demonem, rolą, w którą się wcielał, wymyśloną postacią, aby radzić sobie z tym wszystkim, co na niego zrzucono. Miał być sposobem na przezwyciężanie problemów, których nie mógł udźwignąć. Maradona stał się pierwszym piłkarzem w historii o tak hollywoodzkim życiu, traktowanym jak gwiazda. To była odpowiedź na wymagania biznesu i mediów, które go nie odstępowały. Zawsze pojawiał się z kamerami, tam, gdzie luksus i przepych. Nikt nigdy nie zapewnił mu ochrony, ale wszyscy napędzali tę machinę. Został najważniejszym sportowcem w historii Argentyny, a przeskoczył tam z wioski. Zawsze miał duszę rewolucjonisty, chciał walczyć o sprawiedliwość i równość, przez co w pewnym momencie zrównali go z bogiem. Każdy jego ruch wywoływał godzinne dyskusje, a on dał się temu ponieść. Zgodził się na to, że już nigdy nie będzie życia bez światła reflektorów, ani sekundy. I to go pożarło. Jeden ruch Diego sprawiał, że Argentyna trzęsła się w posadach i miała temat na kilka tygodni. Był jednym z najlepszych graczy w historii, ale jego mit zbudowała przede wszystkim postać Maradony.

Co kryje się za tym, że Diego zamienił twoje życie w piękną, szaloną podróż?

Pablo Neruda napisał taką serię wspomnień „Wyznaję, że żyłem”. I to pięknie ujęte, bo ja na wiele lat trafiłem do magicznej bańki. Przydarzyły mi się rzeczy, o których nawet nie śniłem. Poznawaliśmy wielkich artystów, byliśmy na audiencji u papieża, przyjmowali nas prezydenci, dyktatorzy, postaci historyczne. Udało mi się zwiedzić prawie 50 krajów, a u boku Diego to życie miało piękne barwy. Zająłem się przygotowaniem fizycznym, bo kochałem spędzać czas na świeżym powietrzu, ale nigdy nie sądziłem, że moja droga urośnie do takich rozmiarów. Że po latach będę miał tyle wspomnień.

117342500_319493919104472_2883121695104077789_n.jpg
Fot. archiwum prywatne

Jest jakaś szczególnie pamiętna chwila?

Przyznam, że największe wrażenie wywarło na mnie poznanie Fidela Castro. W 1986 roku niedługo po wygraniu mundialu El Comandante przyjął nas po raz pierwszy. Stał za rewolucją kubańską i mówił o nim cały świat, dla Ameryki Łacińskiej to postać szczególna, ikona rewolucji. Czułeś od niego bijącą wielkość i osobowość. Unosiła się wokół niego wyjątkowa aura, przywództwa, zdecydowania. Od razu wywoływał zainteresowanie. To pokazało mi też gigantyczną moc społeczną futbolu, bo nagle mecze na mundialu w Meksyku sprawiły, że świat oszalał, a Fidel Castro chciał nas przyjąć w Pałacu Rewolucji w Hawanie. Diego uczył go wtedy w jego posiadłości, jak wykonywać rzuty karne. El Comandante dopytywał, jak oszukać bramkarza i kazał to notować swoim współpracownikom. Tamta chwila napełniała nas wszystkich dumą, że znaleźliśmy się w takim punkcie.

To bardzo kontrowersyjna postać, ale mam wrażenie, że Diego zawsze ciągnęło do takich.

Można powiedzieć, że Fidel Castro jest postacią historyczną, symbolem walki o równość i sprawiedliwość. Jak wiesz, pochodzenie Diego było bardzo proste, wywodzi się z biedoty i niedostatku, całe życie musiał o coś walczyć i szarpać się o równe traktowanie, stąd takie podejście i wpatrzenie w rewolucjonistów. Nie godził się na nierówności i walkę o przeżycie. Cały czas żył z tą myślą i na takich zasadach. Chciał być jak Che Guevara, którego miał wytatuowanego. Chciał wyzwalać i pamiętać o tych z nizin społecznych. Miał nawet taki ulubiony cytat z Che: „Prawdziwy rewolucjonista kieruje się silnymi uczuciami miłości. Nie da się myśleć o prawdziwym rewolucjoniście bez tej cechy”.

Można powiedzieć, że Diego odszedł z tego świata na swoich zasadach?

Całe jego życie było formą buntu, ale z czasem przybrało wiele sprzeczności i zagubienia. Na pewno nigdy nie prosił o bycie wyrocznią czy głosem pokolenia, mimo że Argentyna śledziła każdy jego ruch. Nie podoba mi się, jak łatwo wszyscy oceniają jego moralność. Robią to ci sami, którzy od 20 lat latają dronami nad jego posesją i fotografują każdy jego ruch. Byli pod domem szybciej niż karetki. Myślę, że dzień w skórze Maradony byłby gigantycznym nieszczęściem.

Dk4f-c2W0AMQrV_.jpeg
Fot. archiwum prywatne

A stwierdzenie, że cały czas był świadomym człowiekiem byłoby nadużyciem?

Miał wady, jak każdy, ale był świadomy. Wydaje mi się, że zabrakło mu odpowiedniego pancerza ochronnego. Stał się gwiazdą światowego formatu, pierwszą w historii o takiej sile socjopolitycznej w piłce, lecz nie do końca potrafił sobie poradzić ze skalą tego zjawiska. Życie na świeczniku niszczyło go. Powrót z pucharem świata z Meksyku sprawił, że przestał być oceniany jako piłkarz. To się wymknęło spod kontroli i mówimy o bardzo poważnej perwersji systemu. Błędzie, który powinien być omawiany na uniwersytetach.

W czym dokładnie zawinił system?

Piłka nożna jest lustrzanym odbiciem naszego społeczeństwa i pokazuje dziwny, wyniszczający pęd. To wielowymiarowa porażka. Futbol zaczął tracić prawdziwy uśmiech, stał się brutalnym biznesem, w którym nawet zawodnicy są ofiarami. Milionerami, ale ofiarami. Nie zdają sobie sprawy, że decydujący głos należy do nich. Wiedzą to tylko pozornie. Osobiście boli mnie utrata tej esencji gry, romantyzmu, potraktowanie go jak dobrze opłacalnej pracy. Piłkarze nie mają świadomości, jaką władzę mają w rękach, ale zgadzają się na wszystko, co zaproponuje system. Wielki problem tkwi także w edukacji, bo dziś pierwszym wyznacznikiem sukcesu jest powodzenie u kobiet albo niezwykle drogi samochód. Dzieci wzorują się na starszych, a droga do zagubienia jest krótka. To jest napędzająca się machina. Od szalonych oczekiwań rodziców względem dzieci po ten chory materializm. Zatracamy się w tym, zapominając o prawdziwych wartościach. Ale skoro wyszliśmy od przypadku Diego, to myślę, że nie jesteśmy wyedukowanym społeczeństwem pod tym względem. Winię edukację – wobec rodziców czy dzieci. Powstał system, gdzie gloryfikowany jest tylko zwycięzca, wszyscy pozostali są sprowadzeni do roli przegranych. To zwariowany wyścig. Wieczne wymaganie zwycięstwa. Diego wypełniał pustkę narkotykami, one dawały mu złudną energię, aby dalej pędzić. Nie miał sił, więc się oszukiwał. Wsiadł na karuzelę, z której nie było ucieczki. Sport miał dawać radość i zdrowie, takie było jego założenie od zarania dziejów, więc nie rozumiem, dlaczego dochodzi do tylu problemów psychicznych, depresji, ucieczek w nałogi, uzależnień. To jest coś, z czym powinna trwać walka.

W jednej z rozmów wyczytałem, że o narkotykach u Diego wiedzieli wszyscy, tylko nikt nie reagował. Szefów interesowało wyłącznie, aby wychodził na boisku.

Taka była rzeczywistość. Piłkarz sprowadzony do roli gwaranta spektaklu. Wszyscy dookoła wiedzieli, trenerzy, prezydenci, sponsorzy. Ci, którzy decydowali albo mogli jakkolwiek zareagować, nie zapewnili mu jakiegokolwiek spadochronu ochronnego. Tak było między innymi w Neapolu. Wykorzystywali, że piękny sen trwał. A zawodnicy zostają pozostawieni sobie z chwałą, pieniędzmi, sławą, bez przygotowania na to, jak poradzić sobie z takim nagłym przeskokiem. Diego zawsze wzbudzał skrajne emocje, ale wiele lat jego życia było wołaniem o pomoc. Jego przykład powinien być omawiany w szkołach, powinno mówić się o narkotykach oraz ich wpływie, to ma gigantyczny walor edukacyjny, aby pokazać, ile dzieli szczyt od koszmaru. Dawno temu zaprosili Diego na Oksford, ale tam dalej wszyscy chcieli, aby odgrywał rolę czarującej gwiazdy. Tego nie dało się już zatrzymać.

116703784_293512551728168_5089539778333180201_n.jpg
Fot. archiwum prywatne

Maradona był odbiciem argentyńskiego społeczeństwa?

Niewątpliwie, reprezentował wszystko, z czym można się było utożsamiać. Problem w tym, że to chłopak, który naprawdę szczerze kochał grać w piłkę nożną. Jeśli mogę coś o nim powiedzieć, to że uczucie miłości do futbolu było bezgraniczne. Piłka była jego ucieczką, sposobem wyrażania się, największą szczerością. I nagle talent dał mu wszystko. A on reprezentował wiele naszych cech: stereotypów, wad i zalet społeczeństwa, dlatego pozostawił w kraju takie dziedzictwo. Nawet to podejście do świętych, od razu został wyniesiony na ołtarze. Zawsze przeciwko władzy, zawsze po stronie biednych i uciemiężonych, zawsze z uśmiechem na twarzy, kochający życie ponad wszystko, ale domagający się równego traktowania. Diego z czasem stał się wymówką całego kraju. Przecież on też popełnia błędy, to takie ludzkie. Zawsze na ustach miał swoje pochodzenie i patriotyzm, dlatego jego postać urosła do takich rozmiarów. Nie byłoby jej, gdyby nie ten dualizm – ciemna strona, ale i twarz mistrza świata.

EpcAEATXUAAkEqG.jpeg
Fot. archiwum prywatne

Ciekawi mnie, jak doprowadza się do formy takie postaci jak Diego Maradona? Mam na myśli w pewien sposób zrujnowane.

On akurat miał w sobie duże zawzięcie, czuł, kiedy zbliża się wielki turniej i chciał przygotować się do niego jak najlepiej. Grał dla emocji i radości, ale przygniótł go ten ciężar socjokulturalny. Pamiętam, kiedy przekonał mnie, żebyśmy spróbowali jeszcze raz doprowadzić go do formy przed mundialem w 1994 roku. Musieliśmy to zrobić na moich zasadach. Trzeba go było dźwignąć, więc wybrałem wyjazd do „El Marito” w La Pampie. To miała być wioska, blisko natury, bez luksusowych warunków. „Aby wrócić na szczyt, musisz wrócić do korzeni i wyjść od nich” – mówiłem mu. Miał wrócić myślami do początków, czyli Villa Fiorito. Schudnął, trenował dwa razy dziennie, pływał, uprawiał boks, biegał po górach, spędzaliśmy czas w odosobnieniu. Początkowo był wkurzony i nieznośny, ale miał typowy syndrom abstynenta, syndrom odstawienia. Przez lata widziałem, jak potrafił dostawać szału. Wtedy jednak zostawił kokainę i wykonał genialną pracę, aby wrócić do formy. Możemy podzielić nasze przgotowania na wiele etapów, ale to akurat wydawał się oczyszczający, szczery czas.

Zaciskał zęby i był w stanie osiągać niesamowite rzeczy?

Był zwierzakiem pod wieloma względami. Dla organizmu to niesamowity wysiłek prowadzić dwa tak skrajne życia. Był uprzywilejowany. Ktokolwiek inny, normalny, przy takim trybie życia nie wytrzymałby tylu lat. On zawsze wszystko robił na maksa. Tylko ja i on wiemy, ile tytanicznej pracy wkładał, aby doprowadzać się do najwyższej formy.

EbdHcLLWsAIIhVI.jpeg
Fot. El Grafico

Możemy powiedzieć, że jego organizm był wyjątkowy?

Nie wiem, czy wyjątkowy w skali świata, ale jeden z tych, które były zdolne do przezwyciężania naprawdę wielkich trudności. Przeżyć jeden dzień w ciele Diego Maradony to dla innych byłoby jak kilka lat. Pamiętam, jak kiedyś doktor z włoskiego komitetu olimpijskiego powiedział mu, że byłby doskonałym pilotem wojennym. Miał wszelkie predyspozycje, aby aspirować do takiego stanowiska. To się nazywa widzenie peryferyjne, oczy dookoła głowy i kapitalny moment reakcji. Reagował na czynniki zewnętrzne szybciej niż inni sportowcy. Miał coś w rodzaju szóstego zmysłu i przewidywania na boisku.

Z czego to się wzięło, że żyliście tak blisko? W pewnym momencie byłeś jak część jego rodziny, bardziej przyjacielem i powiernikiem.

Wyszło dość naturalnie. Zaczęło się po poważnej kontuzji, do której doprowadziło go wejście Andoniego Goikoetxei. Złamał mu nogę, a Diego już nigdy nie był taki sam. Chciał się wtedy zawziąć i wrócić jak najszybciej, więc poprosił mnie o pomoc. Byłem uprzywilejowany, bo jako pierwszy pracowałem w roli osobistego trenera od przygotowania fizycznego. Ten zawód w piłce nie istniał w takiej formie, a Diego wymyślił go na swoje potrzeby po kontuzji. Była między nami chemia, mieliśmy relację opartą na empatii i szacunku, wytrwała naprawdę wiele lat. Diego widział we mnie fachowca, bo podchodziłem do każdego przypadku bardzo indywidualnie. Nigdy nawet nie podpisałem z nim kontraktu, bo nie mieliśmy takiej potrzeby. Darzyliśmy się zaufaniem.

119062878_1455420957992396_7833223400196439350_n.jpg
Fot. archiwum prywatne

Zdarzały się także bitwy? Często się nie zgadzaliście?

Starcia były zawsze, jak w każdej relacji. Bywały różne momenty. On miał silny charakter, nie zgadzał się z wieloma rzeczami, zarzucał mi sporo, uczyliśmy się wzajemnie. Ja na przykład momentami bardziej pracowałem nad jego głową niż ciałem. Pobudzałem go, prowokowałem, starałem się wchodzić do jego głowy.

Kwestionował twoją pracę tak jak przy słynnej anegdocie o teście Coopera.

Bardzo pamiętna sytuacja z Kalifornii. Wracam do niej z dużym sentymentem, bo też mnie wiele nauczyła. Diego powtarzał mi, że za dużo trenujemy, skarżył się Carlosowi Bilardo. Na początku przygotowań zrobiłem mu test Coopera, czyli musiał biec najlepiej jak potrafi przez 12 minut. Kiedy skończył, był wściekły i zdenerwowany. „To absolutnie niczemu nie służy, bzdury!” – krzyczał. Pytał mnie o swoje wyniki. „Ile powinienem zrobić?”. 3600 metrów, a zrobiłeś zaledwie 2550. Taki wynik nie przystoi, musisz być w lepszej formie. On po chwili ciszy zapytał, ile ja byłbym w stanie zrobić. Odparłem: spokojnie 3200 metrów. Na to usłyszałem: „W porządku, w takim razie ty grasz za mnie w weekend”. Uświadamiał mi, że piłka to coś więcej niż fizyka. To zostało we mnie po dziś. Nie lubię, gdy mówi się, że ktoś wygrywa mecze przez przygotowanie fizyczne, mimo że zajmuję się tym. To bzdury, wygrywa głównie futbol. Bardzo apelowałem o zmiany w tej dziedzinie w argentyńskiej piłce, bo wielu trenerów miało wiedzę stricte fizyczną. Taką akademicką, ale bez przełożenia na świat futbolu. A to osobna, specyficzna dziedzina, bardzo indywidualna w podejściu do każdego zawodnika. Trzeba iść z duchem czasu i szukać ekspertów od piłki.

A jak wyglądało wchodzenie do jego głowy? Pamiętam jeszcze prowokację przed zwycięskim mundialem w Meksyku.

Wtedy wiedziałem, że jest przygotowany perfekcyjnie, każda część ciała była na swoim miejscu, ale nie byłem przekonany co do jego podejścia. Przed być może najlepszym indywidualnym mundialem w historii bał się, miał sporo lęków, stresował się tym turniejem. Miałem wątpliwości, czy nie pożre go własna głowa. Podpuszczałem go, opowiadając o wywiadach innych gwiazd piłki. Każdy się pompował, rzucał deklaracjami, a Diego jak nie Diego był nieco schowany. Działałem na niego, bo opowiadałem w jego towarzystwie... Platini pręży muskuły, Rummenigge to, Zico tamto. Reagował krzykiem, nazywał mnie dupkiem i wypraszał z pokoju. Ale dwa dni później rzucił gazetę na stolik, a tam na okładce wybite wielkimi literami słowa: „Będę największą gwiazdą tego mundialu” i wywiad z Maradoną. Niesamowite uczucie, kiedy w finale przytulił mnie z całych sił i podziękował za tę sytuację. To jeden z najwspanialszych uścisków w życiu. Z mistrzem świata. Wtedy widziałem, jak potrzebował tej szalonej wiary w siebie.

81181352_248970886086956_6787374355316288114_n (1).jpg
Fot. archiwum prywatne

Potęga naszej głowy. Diego był pięknym umysłem?

W pewnym stopniu na pewno. Wielu rzeczy na czele z językami uczył się szybciej ode mnie. Zawsze powtarzałem, że w futbolu gram mózgowia człowieka waży znacznie więcej niż prawie 90 kilogramów mięśni. Na boisku odznaczał się wielką inteligencją.

Żyliście praktycznie jak rodzina. Mieszkałeś z nim w tylu miejscach.

Ponad dziesięć lat życia jak rodzina. W Barcelonie, w Neapolu, w Sewilli, na wielkich turniejach. Od samego rana mnóstwo aktywności, wychodziliśmy razem, poświęcaliśmy sobie prawie całe dnie. Znałem go bardzo dobrze i zawsze chciałem dla niego jak najlepiej. To po prostu dobry człowiek. Myślę, że docenił to, kiedy wezwał mnie do swojego sztabu trenerskiego na mundialu w 2010 roku. Trenowałem jego, trenowałem Messiego, to naprawdę piękna karta.

Co życie Diego Maradony niesie za lekcję dla całego świata?

Wierzę, że to symboliczne podsumowanie wszystkich ludzkich grzechów, słabości, pułapek, nieszczęść. Przykład ciężarów dźwiganych przez człowieka, które zaczynają go przygniatać. To również ostrzeżenie dla młodych chłopców, aby byli uważni. Nie tylko z punktu widzenia finansowego, ale to dla głowy trudny proces. Diego miał wspaniałą osobowość, lecz nikt nie przygotował go na takie życie. W wielu aspektach był prekursorem: życia gwiazdy, skali zainteresowania, używek na takim poziomie, przypinanych łatek. On całe życie był rozdarty, ale pamiętał, gdzie to się zaczęło. Futbol jest fantastyczny, ale ma swoją ciemną stronę. Moim zdaniem powinien służyć jako machina napędowa dla społeczeństwa, nieść przede wszystkim walor edukacyjny, być głosem przemian w myśleniu, ale o wychowaniu, edukacji, kulturze. Zobacz, ile młodych jednostek łączy, a jednak nie przekazuje najpiękniejszych wartości. Diego jest symbolem piękna i zagrożeń, jakie niesie za sobą futbol. Wiele mamy jednak jeszcze do zrobienia w wychowaniu młodych adeptów piłki, rodziców, trenerów. To nie może być świat zguby, tylko uśmiechu i szczerości.

Żaden z kolegów z boiska Diego nie powiedział o nim złego słowa. To imponujące, ten aspekt ludzki, bo akurat z szatni płyną budujące głosy.

Sam nie słyszałem. Zawsze chciał pokazać twarz tego, który chronił innych przed złem. Nie chcę go wybielać, absolutnie, taki już był. Kupował dzieciakom prezenty na święta, wsparł kogoś finansowo, oddawał cenne rzeczy, pomagał dobrym słowem, w szatni zawsze mogli na niego liczyć w takich naprawdę trudnych chwialch. Wykorzystywał swoją sławę, aby kolegom też coś skapnęło. Angażował się charytatywnie czy społecznie, zawsze uważał, że gra dla najbiedniejszych. Albo inaczej: dla wszystkich. Ale z tamtymi najbardziej się utożsamiał. Nie uchronił sam siebie, ale to jest Diego jakie poznałem, oddawał innym serce na dłoni. Namawiał do uśmiechu.

Fernando, opowiedz nam jeszcze, czym zajmujesz się dziś w tych trudnych czasach.

Aktualnie przesiaduję w domu w Buenos Aires przez sytuację na świecie. Staram się nie ruszać, bo mam swoje lata. To niepokojące, bo możliwości jest niewiele. Czasem pracuję zdalnie i przygotowuję projekty dla Césara Luisa Menottiego. Staram się dbać o siebie, ale nie będę się skarżył. Miałem piękną drogą. Zawsze powtarzam, że pracowałem z Menottim, trenowałem Riquelme, Maradonę czy Messiego, opiekowałem się kilkoma generacjami argentyńskiej piłki w drużynie narodowej. Cztery mundiale, mnóstwo wspomnień. Dużo czytam, interesuję się filozofią, ale to akurat nic nowego. Zawsze mnie do tego ciągnęło.

To piękne, że mogliśmy tak porozmawiać i zobaczyć się, będąc na dwóch różnych końcach świata. Dziękuję za tę rozmowę.

Dzwonisz z Warszawy, prawda? Mam nadzieję, że jeszcze się tam kiedyś zobaczymy. Ja w to gorąco wierzę. Pamiętam wspaniałem pokolenie polskich graczy z Deyną, Bońkiem, Lato, co za niesamowita generacja. Byle więcej takich zawodników na świecie.

Ea1tNsrX0AEVhGQ.jpeg
Fot. archiwum prywatne

Podziel się lub zapisz
Dominik Piechota
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.