Amerykańskie życie włoskiego sypacza. „Jeśli uznasz się za wielkiego, to szybko zrozumiesz, że się mylisz”

Marco Meoni
Fot. Facebook

Lata 90. to złoty okres włoskiej siatkówki. Mistrzostwa świata i Europy, triumfy w Lidze Światowej – zabrakło tylko złota na igrzyskach. Marco Meoni był częścią legendarnej „generazione di fenomeni”, która zapisała się w historii volleya jako najlepsza drużyna XX wieku. Dwukrotny medalista olimpijski w rozmowie z newonce.sport opowiada o grze w historycznej ekipie Italii, występach z Arkadiuszem Gołasiem czy życiu jako trener w Stanach Zjednoczonych.

Michał Winiarczyk: Co sprowadziło dwukrotnego medalistę olimpijskiego i mistrza świata do Ameryki?

Marco Meoni: Wraz z żoną od zawsze mieliśmy chęć do poznawania nowych miejsc i środowisk poza Włochami. Najbardziej myśleliśmy o Stanach. Mieliśmy plan, aby wybrać się na rok, dwa i zobaczyć, jak się żyje za oceanem. Jako że nie ma tutaj profesjonalnej ligi siatkówki, nie było szans, abyśmy przeprowadzili się w czasie kariery. Po skończeniu z siatką imałem się różnych zajęć. Byłem związany z branżą gastronomiczną i spożywczą. Pełniłem także funkcję doradcy w klubach siatkarskich, ale nic na stałe, raczej „przy okazji”. Miałem kontakt z twórcą aplikacji „VolleyMetrics”. To mój przyjaciel, z którym pracowałem, gdy grałem w kadrze Włoch. Zachęcał mnie: Przyjedź do nas. Zobaczysz jak wygląda siatkówka w Stanach. W końcu się zgodziłem.

Obecnie jestem trenerem drużyny z południowej części Houston. Dzieci też chciały spróbować nauki w innym kraju, więc zabraliśmy bagaże i się przenieśliśmy. Początkowo miało być to tylko na rok. Później przyszedł koronawirus i wyszło tak, że jesteśmy w USA do dziś. Tutejsza siatkówka reprezentacyjna stoi na bardzo wysokim poziomie. Reszta? Już niezupełnie. Nawet jeśli mowa o rozgrywkach „college’owych”, to mają się one nijak do tych z Europy. Nauka siatkówki dla dzieci i młodzieży, podobnie jak wszystko inne w tym kraju, jest biznesem. Nie patrzę na to tylko pod złym kątem. Są plusy i minusy takiej formuły.

Życie w nowym, obcym środowisku było wyzwaniem?

Niewielkim. Może się wydawać, że Stany i Włochy różni wiele. Globalizacja sprawia, że nie czuję żebym mieszkał w innej rzeczywistości. Tutaj żyje sporo moich rodaków. Poza tym łatwo nawiązuję relacje z nowymi osobami, a to powoduje, że odnajduję się tak jak w ojczyźnie. Więcej kłopotów miały dzieci, bo w Ameryce mają do czynienia z zupełnie innym systemem szkolenia. Musiały przestawić się na naukę tylko po angielsku.

Ale nadal woli pan pizzę od burgerów?

Tutaj pomiędzy dwa kawałki chleba wkładają wszystko (śmiech). Mówiąc poważnie, dobrą pizzę znajdziesz wszędzie. W sklepach spożywczych też dostaniesz włoskie produkty. Gotując samemu nie czuje się zbyt wielkiej zmiany.

Jakie różnice dostrzega pan między młodzieżą, którą prowadzi, a sobą w ich wieku?

Nie będę ukrywał, już za młodu osiągałem duże sukcesy w siatkówce. Osób takich jak ja jest może jedna na milion. Przez to w kwestiach sportowych nie ma sensu porównywać mnie do dzisiejszych zawodników, których trenuję. To, co mogę im przekazać, to profesjonalny sposób myślenia – zachowanie, postawa na boisku, relacje z kolegami i trenerami. Nie przychodzi to łatwo, różnica języków robi swoje. Nie potrafię biegle i bezbłędnie przedstawić jeszcze swojej filozofii po angielsku.

Gdy rozpoczynał pan seniorską karierę, w Polsce upadał komunizm. Z kolei ostatni krótki pobyt w Piacenzie wiąże się z końcem mojej nauki w liceum. Co zmieniło się w siatkówce przez te ponad ćwierć wieku?

Podobnie jak w każdym sporcie – bardzo wiele. Wszystkie dyscypliny ulegają zmianie. Na dobre, na złe – trudno oceniać. Ewolucja jest naturalną sprawą. Zobacz, że lekkoatleci biegają szybciej, a siatkarze skaczą wyżej i atakują mocniej. Dodatkowo w volley’u obraz gry zmieniły nowe przepisy. Inaczej postrzegałem mój sport gdy zaczynałem grę, inaczej widzę go dziś. Mieszkając w Stanach musiałem zaznajomić się z innymi regulacjami. „Siatka” w USA różni się mocno regulaminem od międzynarodowej. Przykładowo, w meczach pod egidą FIVB możesz przeprowadzić sześć zmian w secie. Tutaj? Przynajmniej dwa, a czasem nawet trzy razy tyle, w zależności od rozgrywek. Co więcej, libero może serwować.

W Europie gra się na zasadzie albo 5-1 albo 4-2. Chodzi o inne ustawienie rozgrywającego. W Stanach potrafią grać na zasadzie… 6-2. Początkowo nie wiedziałem, o co chodzi. „To u was gra się w siatkę w ósemkę?” – pytałem zdziwiony. W dużym skrócie polega to na tym, że z tyłu czasem występuje dwóch rozgrywających, którzy za każdym razem zmieniają się ze prawoskrzydłowymi. Przez to, że masz do dyspozycji masę zmian, takie kombinacje w Stanach są na porządku dziennym. Nieraz zderzałem się z różnymi absurdami. Trenowałem 18-letnich rozgrywających, którzy nigdy nie stali pod siatką i nie blokowali. Chcąc być na bieżąco z siatkówką, musisz dostosowywać się do nowych trendów.

Bas van de Goor zdradził mi, że nienawidził przepisu o wprowadzeniu libero do gry.

Ta zmiana wywróciła siatkówkę do góry nogami. Z perspektywy rozgrywającego to tylko i wyłącznie poprawiło grę. Większym zamieszaniem była sytuacja, gdy jakiekolwiek dotknięcie siatki przez piłkę podczas serwisu stanowiło przewinienie. Szybko z tego zrezygnowano, bo to zabijało show. Rozumiem jednak opinię Basa. Środkowi najmocniej na tym ucierpieli, a on był wszechstronnym zawodnikiem. Nowe przepisy drastycznie ograniczyły jego potencjał. Mowa przecież o ówczesnym najlepszym siatkarzu świata na tej pozycji. Trudno dziwić się rozgoryczeniu.

Gdy pan wchodził do kadry Włoch, rywalizacja na rozegraniu stała na wysokim poziomie. Wcześniej Vullo, później Tofoli i De Giorgi. Do nich trafia Meoni.

Nie czułem nadzwyczajnie wysokiej presji. Przyjeżdżając po raz pierwszy tkwiła we mnie chęć nauki. Cieszyłem się, że znalazłem się wśród najlepszych. Bez „napinki” wszystko stawało się prostsze. Grałem na świeżości, bo otaczał mnie nieznany świat. Byłem nowy i nie miałem początkowo zbyt wielkich oczekiwań. Skutek nadmiernego przejmowania się widać było po waszej kadrze na ostatnich igrzyskach. Wszyscy patrzyli na Polskę widząc w nich nowych mistrzów. Z wielu stron słyszałem głosy: „Oni muszą to wygrać”. Nie, nikt z góry nie jest skazany na zwycięstwo. Czasem może przytrafić się słaby dzień, ewentualnie rywal ma swój czas.

Kadrę Włoch z lat 90. określa się jako „generazione di fenomeni”. Czuł pan w tamtym momencie, że rzeczywiście jesteście gwiazdami?

Zdaje sobie sprawę z poziomu, jaki wówczas prezentowaliśmy, przy czym trochę śmieszyły mnie niektóre nagrody. Nazwano nas drużyną XX wieku. Moim zdaniem takie określenie powinno dotyczyć również Brazylijczyków. Ale że zbliżał się początek nowego stulecia, to cały blask skupił się na nas. Najdziwniejsze jest to, że czułem w jak genialnym otoczeniu wylądowałem, ale w ogóle nie widziałem się jego częścią. Miałem wrażenie, że jestem po prostu przy największych gwiazdach, a nie, że jestem jedną z nich. Ja, Fei, Papi czy Bovolenta dołączyliśmy później. Długo zajęło nam oswojenie się z myślą, że my też coś wnieśliśmy do tej legendarnej ekipy.

Przypomina mi się historia z czasów dorastania. Mając kilkanaście lat, nad moim łóżkiem wisiał plakat z kadrą Włoch. Przed snem najpierw modliłem się do Boga, a później do zawodników ze zdjęcia. „Cześć Tofoli, cześć Giani. Modle się za was, powodzenia na boisku” – mówiłem w głowie. Jakieś dwa, trzy lata później stałem naprzeciwko ich po drugiej stronie siatki, a po chwili trenowałem z nimi w kadrze. Nadal jednak czułem się przy nich malutki. Ja ich nie oglądałem, ja ich po prostu podziwiałem.

Łatwo było nawiązać relacje ze starszyzną?

Nie miałem żadnych problemów. To zasługa Julio Velasco, nie dopuszczał do powstania podziału na „młodych” i „starych”. Robił wszystko, aby każdy czuł się równą częścią drużyny. Nie obchodziło go, czy masz osiemnaście lat i oglądasz mecz z ławki, czy 32 i brylujesz na boisku. Jako wchodzący siatkarz ceniłem te podejście. To z pewnością ułatwiło oswojenie się z grą na wysokim poziomie.

„Wszyscy członkowie kadry Italii oddaliby dwa mistrzostwa Europy i triumf w 1994 za olimpijskie złoto” – powiedział Van de Goor. Zgodzi się pan?

Reagując impulsywnie powinienem powiedzieć „tak”. Podobnie odpowiedziałbym, będąc świeżo po meczu. Przecież to jedyne złoto, którego nie zdobyliśmy. Po chwili przychodzi jednak refleksja, że porażka jest częścią sportu. Obie ekipy zagrały świetne spotkanie. Praktycznie przez cały mecz nie widać było jakiejkolwiek różnicy poziomów. Pech chciał, że w kluczowym momencie im poszło lepiej. Nikt nie powie, że Holendrzy nie zasłużyli na wygraną. Gdybym poświęcił wszystkie osiągnięcia za jedno złoto, to poza nim byłbym goły. Kadra Włoch w latach 90. wieloma sukcesami sama napisała historię siatkówki. Biorąc pod uwagę, ile wygraliśmy na świecie… nie, jedno złoto nie jest tyle warte.

Później w kadrze prowadził pana młody trener Andrea Anastasi, który od przeszło dziesięciu lat pracuje w Polsce. Wówczas część z zawodników była jego dawnymi kolegami z zespołu.

Jestem w stanie uwierzyć, że transformacja z zawodnika na szkoleniowca nie poszła mu ot tak. Pomimo szybkiej zmiany, potrzebujesz trochę czasu, aby całkowicie zmienić myślenie. Czasami zdarza ci się patrzyć jeszcze na „siatkę” z perspektywy gracza, co nie jest zbyt dobre. Andrea od zawsze jednak wyróżniał się mądrością. Nie brakowało mu umiejętności. Ale to też nie jest tak, że on to po prostu miał. Dużo się uczył i pracował na sobą. Potrzebował chwili czasu, aby z byłego siatkarza-trenera stać się w stu procentach trenerem.

Anastasi, De Giorgi, Giani, Gardini, Bernardi – liczba byłych reprezentantów Włoch z lat 90., którzy odnaleźli się w pracy trenerskiej, może imponować. Co stoi za ich dobrą transformacją w życie szkoleniowca?

Siatkówka była całym naszym życiem. Gdy kończysz karierę, trudno jest raptownie się od niej odciąć. Niektórzy boją się ruszyć w inny świat, bo przez 20-30 lat znali tylko ten składający się z piłki, siatki i boiska. W pewnym sensie to strefa komfortu. Lepiej trzymać się tego, co znasz, niż iść w nieznane.

Wielu z nas poszło w kierunku pracy trenerskiej lub dyrektorskiej. Takie ruchy wydają się naturalne. Inna sprawa to doświadczenie. Przez lata staliśmy na czele światowego volleya. Mieliśmy mnóstwo okazji do nauki. Prowadzili nas utytułowani eksperci jak Velasco czy Bebeto. Każdy mógł wiele od nich wyciągnąć i połączeniu z aktualną wiedzą wywnioskować, co w ich warsztacie jest dobre, a co nie. Ale żeby cię to nie zmyliło: każdy myśli, że jeśli osiągnąłeś sporo jako zawodnik, to będziesz równie świetny na ławce trenerskiej. Na starcie masz niesamowicie wysoko zawieszoną poprzeczkę. Nie możesz tak po prostu przenieść talentu z gry do pracy trenerskiej w skali 1:1. Znacznie trudniejszą sztuką jest być świetnym szkoleniowcem, niż świetnym graczem. Są też plusy dobrej kariery zawodniczej, o których często się nie wspomina, bo nie wypada. Chodzi o popularność. Będę brutalnie szczery, prędzej klub wybierze mnie na trenera niż ciebie. Nie dlatego, że jesteś słaby, a z powodu, że mnie znają. Znane, utytułowane nazwisko przykuwa uwagę, czy chcesz, czy nie. Nie uważam tego za sprawiedliwe, ale co poradzisz… takie są realia tego świata.

Za czasów pańskiej kariery Serie A była niepodważalnie najlepszą ligą świata. Dziś tej dominacji nie widać. W środowisku rozgościły się między innymi rozgrywki polskie i rosyjskie. Dostrzega pan przyczyny ukształtowania się tej nowej rzeczywistości?

Gdzie była polska albo rosyjska liga 25 lat temu? Praktycznie nie istniały. Najlepsi zawodnicy jeśli chcieli szukać rozwoju, to prędzej czy później lądowali we Włoszech. Wówczas w tych krajach nie pompowano pieniędzy w rozgrywki klubowe. Coś tam rozwijało się w Grecji i w Brazylii, ale jak zbliżały się igrzyska, to czołowi Brazylijczycy i tak przyjeżdżali do nas. Polskim i rosyjskim ligom pomogło otworzenie się na obcokrajowców. W połączeniu z sukcesami reprezentacyjnymi to sprawiło, że na poziomie klubowym do tych państw zawitała poważna siatkówka. Niemniej, cały czas uważam, że nie ma lepszej ligi od Serie A. Myślę, że ten rok da odpowiedź dlaczego. Perugia, Modena, Civitanova już teraz prezentują fajny poziom, mając w składzie czołowe nazwiska świata. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to czeka nas niesamowite widowisko.

Pan w wielkich włoskich firmach jak Padova, Macerata czy Piacenza miał okazję święcić triumfy. Gdzie się czuł pan najlepiej?

Z różnych przyczyn ze wszystkich miast mam dobre wspomnienia. Padwa to moje rodzinne strony. W Piacenzie zdobyliśmy pierwsze w historii klubu mistrzostwo. Z kolei grając dla Lube triumfowaliśmy w Lidze Mistrzów i Pucharze Włoch. Te dwa trofea w Maceracie są tym cenniejsze, że dały początek budowie sukcesów klubu. Tam też urodził się mój pierwszy syn.

W tych historiach nie brakuje polskich wątków.

Najlepiej pamiętam grę w Padwie z Krzysztofem Stelmachem i Arkiem Gołasiem. Z Arkiem mieliśmy szczęście, że na siebie trafiliśmy. Jako rozgrywający musisz dobrze współpracować ze środkowymi, a on był niesamowity na tej pozycji. W życiu widziałem chyba jeszcze tylko jednego zawodnika, który atakowałby z tak wysokiego pułapu. To Srećko Lisinac z Trentino. Poza nimi nikt mi nie przychodzi do głowy.

Arek trafił do nas jako młody chłopak, z kolei ja należałem już do tych starszych. Dochodziłem do siebie po kontuzji. Oprócz niego występował inny młody środkowy, nie pamiętam już jak się nazywał (prawdopodobnie chodzi o Roba Bontje – przyp. M.W). Pełniłem w Padwie funkcję pseudo ojca dla nich. Gołasia pamiętam też jako świetnego gościa poza boiskiem. Był naprawdę miłym i przyjacielskim człowiekiem. Nigdy nie miałem z nim problemów. Niestety w głowie siedzi mi też „tamto” lato. Dowiedziałem się o wypadku z wiadomości. Potrafiłem tylko wykrztusić z siebie „Co!?”. Zamurowało mnie.

Mało kto wie, że kiedyś prowadził pana polski trener.

W kadrze juniorskiej.

Aleksander Skiba.

Jeśli go nie znałeś, to mogłeś powiedzieć, że to diabeł. Patrzył na ciebie z wielką powagą, a do tego wszystkiego jego wygląd też budził strach. Pozory myliły. Był świetnym fachowcem z dobrym podejściem do młodych zawodników. Mam z nim same miłe wspomnienia. Pamiętam, że za juniora często mierzyliśmy się z Polakami. Mowa tu o okolicach lat 90. Jak wspominałeś, u was wtedy upadał komunizm. Pamiętam, że patrzyliśmy na polskich siatkarzy, jakby to byli Rosjanie. Po latach okazało się to błędnym myśleniem. Potem, już w dorosłej karierze, moją uwagę zwracało show, jakie tworzyło się przy meczach siatkówki w waszym kraju. Hale zapełniały się biało-czerwonymi kibicami mocno wspierającymi swój zespół.

To prawda, że przed igrzyskami w Londynie Mauro Berutto rozważał powołanie pana, wówczas 39-latka na turniej?

Tak... Ale jakim cudem ty to możesz wiedzieć!?

Kwestia przygotowania.

To niemożliwe. Rozmawiałem z nim w cztery oczy w kawiarni na lotnisku w Weronie. Zapytał się:

Nie chciałbyś jeszcze spróbować sił w kadrze?

Nie, dzięki. Chyba jestem już za stary (śmiech).

Z perspektywy czasu to był chyba błąd.

Grał pan w Serie A po czterdziestce. Trudno było powiedzieć „pas”?

Najboleśniejsze sygnały dawało biodro. W ostatnich latach nie miałem z nim spokoju. Co rusz odzywało się, powodując ból. Co do samej decyzji, to byłem na nią przygotowany. Od zawsze miałem w głowie przeświadczenie, że jeżeli nie będę w stanie utrzymać się sportowo na najwyższym szczeblu, to odejdę. Nie chciałem rozdrabniać się w niższych ligach. Poza tym miałem ochotę na coś nowego w życiu. Szukałem wyzwań, byłem przesiąknięty siatkówką. W pewnym momencie w szklance masz tyle wody, że następna kropla spowoduje rozlanie. Tak miałem właśnie z „siatką”. Potrzebowałem dwóch, trzech lat resetu. Dzieci zaczęły trenować, więc siłą rzeczy zawoziłem i oglądałem ich poczynania. Później zacząłem coraz więcej rozmawiać na temat gry i znowu złapałem chęć do pracy przy siatkówce. Podejrzewam jednak, że gdybym nie wyjechał z Włoch, to nie wróciłbym na dobre.

Chęć pracy z młodzieżą była naturalna?

Jeszcze jak grałem, jedyna sytuacja, w której wyobrażałem siebie z siatkówką po skończeniu kariery, to praca z juniorami. Nie interesowało mnie prowadzenie seniorskich klubów czy reprezentacji. Tam jest inny rodzaj presji. Nikola Grbić świetnie się w tym odnalazł. Ja wolałem pójść w innym kierunku, mniej absorbującym. Praca z juniorami nie zabiera tak bardzo życia. Miałem czas na prowadzenie innych biznesów. Nie oszukujmy się, we Włoszech trudno jest żyć tylko i wyłącznie z trenowania młodych. Potrzebujesz czegoś jeszcze. W Stanach tak nie ma, bo wszystko staje się tu biznesem.

Co najmocniej zapamiętał pan z siatkówki w kontekście dzisiejszego życia?

Nauczyła mnie wyciągania wniosków z porażek. Są one etapem pewnego procesu. Wydaje mi się, że bez nich nie zanotujesz nigdzie progresu. W Stanach nauczyłem się też, że albo wygrywasz, albo się uczysz. Nikt nie powie „przegrałeś”. Ważne żeby umieć przekuć tę porażkę w coś pożytecznego. Kluczem jest nauka. W siatkówce i w życiu codziennym, jeśli w pewnym momencie uznasz się za wielkiego, to szybko zrozumiesz, że się mylisz.

Podziel się lub zapisz