Zostały tylko wspomnienia i zasługi. Kiedy Busquets przestał nadążać za grą

Zobacz również:Od komunistycznego raju do etatowego bicia rekordów. Ansu, będziesz legendą
BusquetsValverdeGettyImages-1282042756-kopia.jpg
Fot. Alex Caparros/Getty Images

Kiedyś był najszybciej myślącym w największych meczach, teraz stał się panem spóźnialskim. Nigdy nie jest na czas ani we właściwym miejscu. Prędkość zawodów zaczyna go przytłaczać, mimo niewątpliwej inteligencji. Sergio Busquets nadal jest piłkarzem innej prędkości – tylko aktualnie to wszyscy wyprzedzają jego w szybkości działania. Jedną z największych krzywd aktualnej Barcelony jest opieranie środka pola na 32-latku z Sabadell.

Liderem drugiej linii został Frenkie de Jong, co nie zmienia faktu, że często musi harować za dwóch. W bardziej doświadczonym Busquetsie nie ma oparcia, raczej musi łatać jego spóźnienia i niedociągnięcia, na co często jest już za późno. Sergio nie stał się piłkarzem, z którego należy rezygnować, bo nadal potrafi pomóc w zdominowaniu gry z przeciętnym rywalem. Nadal jest wartościowy, kiedy nie trzeba oddawać piłki. Problem zaczyna się, kiedy Katalończycy się jej pozbędą. Wtedy zaczyna się chaos.

Drużyna Ronalda Koemana wygląda jak podzielona na dwie frakcje – atakujących i broniących. Zdecydowanie brakuje jej równowagi. Suwaki nie zostały odpowiednio poprzestawiane, bo środek pola często wygląda jak bezludna wyspa, kiedy przeciwnik rusza z kontratakiem. Widzieliśmy to nawet w spotkaniu z Deportivo Alaves (1:1) – czwartym ligowym z rzędu, którego Blaugrana nie może wygrać. Mówimy o ekipie z dwoma zdobytymi punktami w poprzednich czterech meczach.

Tu wiele sprowadza się do aktualnej dyspozycji Sergio Busquetsa, zazwyczaj podstawowego piłkarza. Niestety z każdym miesiącem coraz bardziej spóźnialskiego, ślamazarnego, niemogącego nadążyć za przeciwnika nawet ze średniej półki. Pewnie wiedziałby, jak się zachować w danej sytuacji, tym bardziej ze swoim doświadczeniem i mądrością, ale niekoniecznie potrafi to zrobić. A już takie zawody jak z Realem Madryt (1:3) totalnie obnażają jego słabości – przy energetyce Fede Valverde czy obyciu Toniego Kroosa wyglądał jak chłopak z innej ligi.

Katalończyk wymaga ciągłej asekuracji. Nie radzi sobie, kiedy trzeba zabezpieczyć większą przestrzeń. Na orliku powiedzielibyśmy, że gra Stojanowa. I jakkolwiek brzydko brzmi to w kontekście legendy Barcelony – tak, Busi nią jest – to jednak dzisiaj 32-latek gra na stojąco. Wydaje się, jakby nadawał się tylko do gry na małej przestrzeni. I kiedy w elektrycznym, rock and rollowym nowoczesnym futbolu środkowi pomocnicy przerzucają się na statystyki sprintów, pokrytej przestrzeni od pola karnego do pola karnego, przebiegniętych kilometrów na wysokiej intensywności, Busquets przy nich wypada niesamowicie blado. A to nie pozwoli Barcelonie zrobić kolejnego kroku ani rozwinąć się. Nie pozwoli oderwać się od przeszłości, którą w stolicy Katalonii nadal żyją.

Sergio Busquets nie jest całym złem ani jedynym winnym. Ale jednym z bardziej widocznych elementów, które stały się hamulcem bieżącej gry wicemistrza Hiszpanii. Środkowy pomocnik nadal potrafi zagrać genialną prostopadłą piłkę czy odebrać ją rywalowi, kiedy jest przyciśnięty do ściany, ale nie połapie już zabójczych kontrataków pędzących na bramkę Barcelony ani nie zagwarantuje spokoju przy szalonej wymianie ciosów. Przede wszystkim nie odnajdzie się w niej – będzie tylko wodził głową od jednej do drugiej strony. Najgorszy jest moment, kiedy Blaugrana musi bronić się po stracie piłki, kiedy nie wykorzystała magicznych kilku sekund na odebranie jej czy przerwanie akcji, wtedy zaczyna się koszmar środka pola.

Wydaje się, że czym prędzej Koeman powinien zwrócić się w kierunku Miralema Pjanicia. Aby chociaż trochę odciążyć Frenkiego de Jonga. Holender miał być gwiazdą drugiej linii na dekadę – na razie obrywa mu się za to, że jego otoczenie nie pozwala mu całkowicie rozwinąć skrzydeł. Indywidualnie nie jest zagubiony, po prostu ciągle ktoś dokłada mu czarnej roboty. W takich realiach trudno zostać ocenionym pozytywnie, gdy załamuje się cały środek pola.

Oglądamy w ostatnich miesiącach bolesny upadek Sergio Busquetsa. Nigdy nie był demonem fizyczności, nadrabiał mózgiem i szybkością myślenia, w tym był najlepszy, ale teraz widzimy jak pomniki upadają. Każdy kolejny wielki mecz, starcie z renomowanym przeciwnikiem, może mu tylko zrobić krzywdę przy takiej postawie. To klasyczny przypadek, kiedy zadecyduje moment zejścia ze sceny. Już pięć lat temu Luis Enrique zaznaczał, że Busquets jest spektakularny, ale zaczyna dostrzegać u niego pewne spadki. W 2020 roku nadal powołuje go do drużyny narodowej, ale już nie pełni tam pierwszoplanowej roli. Musiał przystać do roli zadaniowca – człowieka na konkretne mecze, który pomoże zdominować Rumunię albo Szwecję. Ale nie do każdego planu na grę powinien być wykorzystywany.

Sergio Busquets w pewnym sensie naznaczył epokę swoją grą. Był moment, że nie miał sobie równych. Zachwycał inteligencją, drygiem, mądrością w rozegraniu. Decydował w ułamku sekundy, a teraz dopadła go machina czasu. Wymagania stały się inne, jego możliwości też już nie są identyczne. Dlatego coraz smutniej i coraz częściej objawiają się pewne ułomności Busquetsa. To nie jest czas, aby wysyłać go na emeryturę. Ale to ostatni moment, aby inaczej podejść do jego osoby. Na nim w aktualnej formie nowoczesny klub nie może już opierać środka pola. I Barcelona przekonuje się o tym dobitnie. Nawet jeśli co jakiś czas przywróci wspomnieniami zjawiskowymi meczami, to już nigdy nie będzie jak kiedyś.

Podziel się lub zapisz
Dominik Piechota
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.