Zniszczona kariera, zyskana chwała. Jak spiker Borussii Dortmund został legendą

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Spiker Borussii Dortmund i Juergen Klopp
TF-Images/Getty Images

Powtarza się często, że finały tworzą bohaterów. Nikt nie uosabia tego lepiej, niż Norbert Dickel, którego nazwisko wyśpiewują fani BVB już od ponad trzydziestu lat i którego głos do dziś unosi się nad Signal-Iduna Park. Jest jednak cena, którą musiał zapłacić za zostanie ikoną: sportowe kalectwo i konieczność sprzedawania bębnów napędowych do przenośników taśmowych już niespełna rok po tym, jak został królem Dortmundu.

Gdyby historię życia Norberta Dickela pisał Goethe, na pewno zawarłby w niej jakąś postać diabła, która odwiedziłaby piłkarza w przeddzień najważniejszego meczu w życiu i zaproponowała mu układ: “sprawię, że wszyscy po wsze czasy będą wychwalać twoje imię, ale już nigdy więcej nie zagrasz w piłkę”. Jest coś magicznego w rozegraniu meczu życia akurat tuż przed zejściem ze sceny. W historii o tym, że za bohaterstwo płaci się wysoką cenę, także. Tak, jakby napastnik Borussii Dortmund przed wejściem na boisko rzucił wtedy któreś z tych często powtarzanych przez ludzi zdań, w stylu: “tydzień życia za dzisiejsze zwycięstwo”. A ktoś potraktował je zbyt dosłownie. To pewnie ten tragizm uczynił z Dickela w Dortmundzie postać na wpół mityczną.

WYCZEKIWANY SUKCES

W czerwcu 1989 roku Borussia Dortmund wywoływała zupełnie inne skojarzenia niż obecnie. Ledwie kilka lat wcześniej z trudem utrzymała się w Bundeslidze, zostając później solidnym średniakiem. Przez ponad dwadzieścia lat czekała na jakiekolwiek trofeum. W finale Pucharu Niemiec przeciwko Werderowi Brema, czołowej drużynie tamtych czasów, była skazywana na porażkę. Zwłaszcza że to rywale wyszli w Berlinie na prowadzenie. Czterdzieści tysięcy dortmundczyków, którzy pojechali tamtego dnia na drugi koniec kraju, by wreszcie świętować jakiś sukces, znów musiało przeżywać rozczarowanie. Wielu z nich nigdy jeszcze nie widziało ulubionej drużyny unoszącej trofeum.

Z WOJSKA DO KOLONII

Jedną z nadziei Dortmundu na sprawienie niespodzianki mógł być Norbert Dickel, bardzo skuteczny napastnik pozyskany z Kolonii trzy lata wcześniej. Wychował się w Westfalii, sto trzydzieści kilometrów od Dortmundu. Do 23. roku życia kopał amatorsko w Sportfreunde Siegen, łącząc grę ze służbą wojskową. Wcześniej ukończył szkołę jako fachowiec od budowy narzędzi. W dniu, w którym zmarł jego ojciec, lokalny agent piłkarski zadzwonił z kondolencjami i obiecał, że uczyni z niego zawodowca. Pół roku później załatwił mu kontrakt w 1. FC Koeln. W silnej drużynie napastnik był głównie rezerwowym. Wystąpił jednak choćby w finale Pucharu UEFA przeciwko Realowi Madryt. Gdy więc Dortmund, tuż po utrzymaniu w lidze po barażach, ściągał go z Kolonii, mógł mieć poczucie, że bierze piłkarza z wyższej półki.

POSTAWIONY NA NOGI

Dickel błyskawicznie podbił serca kibiców, bo choć nie miał wielkiego talentu, potrafił strzelać gole. Stworzył znakomity duet z Frankiem Millem i pozwolił kompletnie zapomnieć o sprzedanym do Schalke Juergenie Wegmannie. W debiutanckim sezonie w BVB strzelił dwadzieścia goli i na ogół utrzymywał formę także w kolejnych latach. Przez sześć tygodni poprzedzających finał z Werderem, Dickel walczył jednak z kontuzją kolana, w ogóle nie pojawiając się na boisku. Pytany, czy w dniu berlińskiego starcia udało się go doprowadzić do sprawności, odpowiada, że udało się go postawić na nogi. A ta różnica okazała się znacząca.

KONIEC KARIERY

Dawno nieoglądany napastnik strzelił na Stadionie Olimpijskim dwa gole, które pomogły Borussii niespodziewanie rozbić Werder 4:1 i przywieźć do Dortmundu pierwsze od 23 lat trofeum. Dickel został bohaterem, a jego kultowy status pogłębiło to, co działo się z nim później. Występ w meczu o taką stawkę w środku rehabilitacji zdecydowanie nie pomógł jego rozsypującemu się kolanu. Kolejne miesiące napastnik spędził na kozetce. W następnym sezonie próbował wracać, uzbierał nawet sześć ligowych występów, ale ciągle odczuwał ból. Pół roku po tamtym wielkim zwycięstwie ogłosił zakończenie kariery. W pożegnalnym meczu zdążył jeszcze strzelić 50. gola w barwach BVB.

TRZY LATA TUŁACZKI

To nie była jeszcze epoka, w której napastnik strzelający dwadzieścia goli w sezonie Bundesligi, był ustawiony na resztę życia. Za zarobione w ciągu sześciu lat zawodowej kariery pieniądze Dickel zdołał postawić dom. W wieku 29 lat, jako sportowy inwalida, musiał zacząć nowe życie. Niespełna rok po tym, jak cały Dortmund wyśpiewywał jego imię, został zatrudniony przez jednego ze sponsorów klubu jako sprzedawca bębnów napędowych do przenośników taśmowych (“do dziś nie do końca wiem, co to jest” - mówił w wywiadzie dla “11Freunde”). Później sprzedawał odzież sportową, a następnie kuchnie. Jedną urządzał nawet w domu państwa Sammerów.

— W ciągu trzech lat zajmowałem się trzema różnymi rzeczami, które łączyło tylko to, że nie miałem o nich zielonego pojęcia — mówił. Aż w 1992 zadzwoniła Borussia, proponując zastąpienie ustępującego stadionowego spikera. — Ale ja się na tym nie znam! — powiedział prezesowi do słuchawki. — A na kuchenkach się znasz? — usłyszał w odpowiedzi.

KULTOWA POSTAĆ

Nie na każdym stadionie kibice uwielbiają spikera. Czasem w Polsce da się usłyszeć, jak proszą go o zamilknięcie, gdy próbuje zagłuszać ich przyśpiewki. W Dortmundzie Dickel cieszy się jednak uwielbieniem już od trzydziestu lat. Wielu byłych piłkarzy zostaje przy futbolu jako trenerzy, agenci, działacze, czy eksperci telewizyjni. Bardzo rzadko zdarza się jednak, by zostawali spikerami. W czasach pełzającego marketingu Borussia starała się wykorzystywać sławę Dickela, wrodzoną komunikatywność oraz umiejętności nabyte w czasach, gdy pracował jako sprzedawca, do kontaktów z potencjalnymi sponsorami. Z czasem jego kompetencje się rozszerzały. Od 1999 roku w internetowym radiu Borussii komentuje mecze, zachowując się jak kibic, przez co kilkakrotnie wpadał w kłopoty, gdy w stylu Wojciecha Hadaja obrażał rywali Dortmundu oraz sędziów. Zyskał jednak taką popularność, że niektórych transmisji słuchało nawet pół miliona ludzi. Przeprowadza też wywiady z piłkarzami dla klubowego magazynu oraz pełni funkcję konferansjera podczas organizowanych przez klub wydarzeń.

SZLAGIERY I AKROBACJE

Kiedy Borussia po latach przerwy znów włączyła się do walki o mistrzostwo, Dickel wraz z chórem kibiców nagrał szlagier “Borussia, schenk uns die Schale”, który przez jakiś czas podbijał listy przebojów. Z kolei w duecie z Karelem Gottem nagrał singiel “Żółto-czarny jak pszczółka Maja”. Nie bał się żadnego wyzwania. Gdy w 1996 roku chciano z pompą otworzyć nową trybunę, wymyślono, że skład odczyta, stojąc na rozciągniętej pomiędzy dachami linie. Zrobił to, mimo lęku wysokości. W ciągu 29 lat pracy w Borussii w nowej roli opuścił tylko dwa mecze. Raz miał grypę, a innego razu musiał przejść zabieg. W wywiadach żartował, że był trochę rozczarowany, że klub nie zdecydował się na przełożenie tych spotkań. Do dziś, gdy tylko się odezwie, po trybunach Signal-Iduna Park niesie się piosenka “Norbert, Norbert, Norbert Dickel. Wszyscy znamy go jako bohatera z Berlina”. Kiedy spikera Borussii Dortmund od czasu do czasu pytają w wywiadach, czy oddałby tamten puchar za dodatkowych kilka lat kariery w dobrym zdrowiu, zawsze gwałtownie protestuje. Bez namysłu podpisałby cyrograf jeszcze raz.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.