Zmiana krajobrazu w NBA. Podsumowujemy letnie ruchy wszystkich 30 drużyn

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Free agency NBA
Graf. Michał Kołodziej, fot. Getty Images

Początek sierpnia to w tym roku prawdziwe trzęsienie ziemi w NBA. Mocno zmienił się bowiem krajobraz ligi, bo wiele zespołów przywitało w szeregach nowe twarze. Po czymś takim warto więc podsumować i ocenić najważniejsze zmiany, jakie do tej pory zaszły we wszystkich 30 zespołach.

Za nami największe szaleństwo na tegorocznym rynku wolnych agentów. Na początku sierpnia prawie 200 zawodników NBA wypełniło dotychczasowe umowy i mogło poszukać sobie nowych pracodawców. Dziś zdecydowana większość z nich podpisała już kontrakty, a najbardziej zadowoleni mogą być chyba Chris Paul, Mike Conley czy Kyle Lowry. Spora grupa zawodników – a wśród nich Kevin Durant, Stephen Curry, Trae Young, Luka Doncić czy Jimmy Butler – zdecydowała się też przedłużyć obowiązujące umowy z obecnymi klubami.

Łącznie drużyny wydały już ponad dwa miliardy dolarów na nowe kontrakty (licząc te miliony, które zawodnicy mają w nowych umowach zagwarantowane). To jasny sygnał, że w NBA żadnego kryzysu finansowego nie ma. Na rynku wciąż jest za to kilka mniej lub bardziej znanych nazwisk. To przede wszystkim tacy gracze jak Dennis Schroeder, Lauri Markkanen czy Josh Hart. Oni wciąż mogą zasilić jakiś zespół – my tymczasem prześledźmy dotychczasowe ruchy wszystkich 30 zespołów NBA.

*****

NA PLUS

Brooklyn Nets

Na dłużej z Brooklynem związał się Kevin Durant (198 milionów dolarów za cztery lata), a w jego ślady tego lata mogą pójść także Kyrie Irving i James Harden. Za kilka tygodni Nets mogą więc zostać najdroższą drużyną w historii NBA ze względu na podatek, jaki będą musieli zapłacić. Właściciel klubu nie ma jednak nic przeciwko, tym bardziej że jeśli zdrowie nowojorskiej drużynie dopisze, to w przyszłym sezonie Nets znów będą w gronie największych faworytów do tytułu. Szczególnie że KD znów jest wielki.

Udało się też zatrzymać w drużynie przydatnych Bruce’a Browna i Blake’a Griffina, a odejście Jeffa Greena oraz Spencera Dinwiddie nie boli aż tak bardzo, skoro na Brooklynie zagrają od przyszłego sezonu Patty Mills oraz James Johnson. Szczególnie australijski obrońca jawi się jako świetne wzmocnienie ławki rezerwowych. Mills ma zresztą za sobą znakomity turniej olimpijski w Tokio, gdzie był jednym z najlepszych zawodników – znalazł się nawet w najlepszej piątce zawodów obok m.in. Duranta.

Charlotte Hornets

Fani Hornets najbardziej cieszyli się z draftu, bo trafiło im się dwóch bardzo ciekawych zawodników (James Bouknight oraz Kai Jones), którzy razem z LaMelo Ballem mogą stworzyć w Charlotte bardzo ciekawy trzon. Do tego Szerszenie całkiem nieźle wykorzystały wygospodarowane wolne środki, pozyskując Isha Smitha oraz Kelly’ego Oubre Jra. I chyba nikt w Północnej Karolinie nie będzie płakać za Devonte’ Grahamem, który trafił do Nowego Orleanu – tym bardziej, że jego odejście odblokuje minuty na dość zapchanym obwodzie.

Chicago Bulls

Byki dały tego lata jeden z najlepszych kontraktów (dla Lonzo Balla) i jeden z najgorszych (dla DeMara DeRozana). Mimo wszystko wychodzą na plus, bo wzmocnieni tą dwójką powinni wskoczyć wreszcie do grona najlepszych drużyn konferencji wschodniej. Obawiać można się tylko o obronę, bo nawet dodanie do składu Alexa Caruso może okazać się niewystarczające. Pierwsze skrzypce wciąż odgrywać będą też przecież Zach LaVine oraz Nikola Vucević, którzy akurat z dobrej gry w defensywie znani nigdy nie byli i nie będą.

Los Angeles Lakers

Coraz szybciej zamyka się okienko mistrzowskie LeBrona Jamesa w Los Angeles, dlatego Lakers zaryzykowali i w dzień draftu ściągnęli do siebie Russella Westbrooka. Potem uzupełnili skład całym szwadronem weteranów (m.in. Dwight Howard, Tervor Ariza, Wayne Ellington czy Carmelo Anthony). Na koniec dodali jeszcze nieco młodszych Kendricka Nunna oraz Malika Monka. Średnia wieku i tak mocno skoczyła, a zdrowie będzie dla tej drużyny czynnikiem numer jeden, jeśli chodzi o nadzieje mistrzowskie w przyszłym roku.

Skład Lakers na pewno robiłby więc dużo większe wrażenie 5-7 lat temu, natomiast po sięgnięciu po Westbrooka te ruchy na rynku wolnych agentów mają jednak sporo sensu. Nie będą już LAL tak dominującą drużyną w obronie, ale ofensywa zespołu Franka Vogela powinna wyglądać dużo lepiej niż w poprzednim sezonie. Na papierze zdrowi Lakers mogą wrócić do finałów, szczególnie jeśli duet LeBron-Davis uniknie takich problemów zdrowotnych jak w rozgrywkach 2020/21. Jest to jednak całkiem sporych rozmiarów „jeśli”.

Miami Heat

Jedni z największych zwycięzców ostatnich dni, bo w Miami udało się zlepić skład, który wygląda jak prawdziwy kandydat do mistrzostwa. Przyszedł do Heat przede wszystkim Kyle Lowry, czyli największe nazwisko – poza Leonardem i CP3 – na tegorocznym rynku wolnych agentów. Oprócz niego Heat bardzo zręcznie uzupełnili też skład (doszli m.in. PJ Tucker czy Markieff Morris) oraz przedłużyli umowy z Duncanem Robinsonem oraz Jimmym Butlerem. Zapłacą za to wszystko ogromne pieniądze, ale cena walki o tytuł taka właśnie jest.

New York Knicks

Mieli w Nowym Jorku sporo wolnych środków, ale gwiazdy nie pozyskali żadnej. Trudno za taką brać Evana Fourniera, choć to niewątpliwie bardzo dobry zawodnik. Część pieniędzy Knicks przeznaczyli na niego, a resztą na przedłużenie kontraktów z takimi graczami jak Derrick Rose, Nerlens Noel czy Alec Burks. Mniej lub bardziej ich przepłacili, ale zapisane w ich umowach opcje zespołu dają NYK spore pole do manewru. Udało się też Nowojorczykom porozumieć z Juliusem Randle’em w sprawie czteroletniej umowy o wartości 117 milionów.

Randle mógł wejść na rynek za rok i poszukać jeszcze większych pieniędzy. Zamiast tego zostawił trochę grosza na stole, by zostać w miejscu, gdzie stał się all-starem. To bardzo miłe z jego strony, a jest to też kolejny dowód na to, że przebudowa NYK idzie w bardzo dobrym kierunku. Znaleźli też wreszcie Knicks ciekawego rozgrywającego, bo do rodzimego Nowego Jorku wraca Kemba Walker – w tym przypadku nawet słaby stan kolan 31-latka nie martwi fanów NYK, którzy cieszą się z tego, że nie będą musieli już oglądać Elfrida Paytona.

Washington Wizards

Zdawało się, że lada dzień z Waszyngtonem pożegna się Bradley Beal, a tymczasem Wizards mocno postarali się w ostatnich tygodniach, by jednak swojego wychowanka w klubie jeszcze zatrzymać. Oczywiście ten wciąż może jeszcze zażądać transferu, choć Wizards będą mogli teraz przynajmniej powiedzieć, że próbowali. Oddali co prawda Russella Westbrooka (o dziwo ten kontrakt można było całkiem sprawnie ruszyć), ale dzięki temu zyskali aż pięciu zawodników do rotacji, w tym przede wszystkim Spencera Dinwiddie.

*****

NA MINUS

New Orleans Pelicans

Miał być atak po Kyle’a Lowry’ego, ale nic z tego nie wyszło. Była też propozycja dla Chrisa Paula na powrót do Nowego Orleanu i oferta 3-letniej umowy o wartości 100 milionów. Z tego też nic nie wyszło. W najgorszym razie do NO wrócić miał Lonzo Ball, za czym optowali chyba Brandon Ingram oraz Zion Williamson. Ale i z tego nic nie wyszło, bo Pelicans zamiast wyrównać wcale nie jakąś astronomiczną ofertę dla Balla, to oddali wybór w pierwszej rundzie draftu, by pozyskać nieco starszego Devonte’ Grahama.

Tym samym w ciągu ostatnich tygodni ekipa z Nowego Orleanu straciła łącznie dwa wybory w pierwszej rundzie naboru –zdaje się po to, by zaoszczędzić trochę pieniędzy na przyszłoroczne lato. Sporo ich to kosztowało, a graczem na rynku wolnych agentów Pelikany i tak nie będą zbyt atrakcyjnym. Wszystko to sprawia, że trzeci rok z Zionem zapowiada się dość przeciętnie. Stąd już niedaleka droga do tego, by Williamson w 2023 roku przyjął ofertę kwalifikacyjną i latem 2024 tak po prostu uciekł z Nowego Orleanu.

Portland Trail Blazers

Damian Lillard dawał jasne sygnały, że skład Blazers wymaga poprawy, jeśli w Portland chcą myśleć o walce o mistrzostwo. I powtarzał, że zmiana trenera – Terry’ego Stottsa na Chaunceya Billupsa – nie wystarczy. Mimo tego Blazers swojego lidera nie wysłuchali, bo trudno ekscytować się takimi graczami jak Cody Zeller, Ben McLemore czy Tony Snell. Aż 90 milionów powodów do ekscytacji ma za to Norman Powell, którego Blazers pozyskali z Toronto przed trade deadline w zamian za Gary’ego Trenta Jra.

Co ciekawe, Trent Jr. też od przyszłego sezonu zarabiać będzie 18 milionów rocznie – różni się tylko liczba lat w kontrakcie jego (3) i Powella (5). Obaj mogą być więc zadowoleni, ale pytanie, czy zadowolony jest Dame. Na razie rozgrywający cieszy się jeszcze ze złotego medalu olimpijskiego, ale wciąż istnieje spora szansa, że niedługo zażąda jednak wymiany. Na to czekają już m.in. drużyny Golden State Warriors czy Philadelphia 76ers, które od dłuższego czasu ostrzą sobie zęby na Lillarda.

San Antonio Spurs

To właśnie Spurs – obok Knicks – mieli tego lata najwięcej pieniędzy do wydania. Ulokowanie większości w takich graczach jak Doug McDermott (42 miliony za trzy lata) czy Zach Collins (22 milionów za trzy lata) wygląda jednak na pomyłkę. Sytuację ratuje nieco uzyskanie wyboru w pierwszej rundzie draftu w zamian za DeMara DeRozana, choć to i tak marne pocieszenie. Nikt już w San Antonio nie udaje, że do walki o tytuł im daleko – szczególnie że wciąż nie widać w zespole gracza, na którym można oprzeć budowę drużyny.

*****

BEZ FAJERWERKÓW

Atlanta Hawks

Najważniejsze dla Hawks było tego lata porozumienie się z Trae Youngiem w sprawie przedłużenia umowy. Ten temat udało się zamknąć bardzo szybko, bo Hawks dali swojemu liderowi maksymalną kwotę, czyli 207 milionów za pięć lat gry. Koniec końców w Atlancie zostaje także John Collins. On z kolei za pięć kolejnych sezonów w barwach Hawks otrzyma 125 milionów. To dużo, choć 23-latek swoją postawą w tegorocznej fazie play-off pokazał, że już niedługo może ten kontrakt uzasadnić.

Dallas Mavericks

Nikt nie chciał przejąć od Dallas wielkiej umowy Kristapsa Porzingisa (ponad 100 milionów do końca sezonu 2023/24), dlatego Mavericks najpewniej rozpoczną sezon z Łotyszem w składzie. Pozbyli się za to Josha Richardsona i znaleźli Reggiego Bullocka, który dużo lepiej powinien odnaleźć się w roli gracza 3-and-D. Nowe umowy z Mavs podpisali natomiast Tim Hardaway Jr. czy Boban Marjanović. Niedługo zrobi to też Luka Doncić. Mavericks nie czekali na jego powrót do Teksasu – sami polecieli z ofertą kontraktu do Słowenii.

Denver Nuggets

Także w Denver postawili na sprawdzone nazwiska. Nuggets na dłużej zatrzymali więc u siebie JaMychala Greena czy Willa Bartona – obu za całkiem rozsądne pieniądze. Udało się też podkraść Jeffa Greena z Brooklynu. Dla skrzydłowego Nuggets będą już 12. w karierze zespołem w NBA! Przed drużyną z Kolorado kolejny sezon w podobnym składzie, choć na razie nie wiadomo kiedy w trakcie rozgrywek 2021/22 do gry wróci kontuzjowany Jamal Murray. Sądząc jednak po ostatnich filmach z treningów, może to nastąpić całkiem szybko.

Detroit Pistons

Co tam Kelly Olynyk czy Trey Lyles, gdy w Detroit zagra w przyszłym sezonie Cade Cunningham. Dotychczasowe ruchy Pistons na rynku wolnych agentów nie robią dużego wrażenia, natomiast menadżer Troy Weaver od tygodni zapowiadał, że cel na przyszły sezon, to przede wszystkim rozwój młodych zawodników, którzy już są w składzie. Tłoki muszą teraz sprawdzić, jaki tak w zasadzie jest Cunningham i kto z obecnych w drużynie graczy do niego pasuje – tak właśnie wygląda początek przebudowy w Motown.

Golden State Warriors

Na razie bez fajerwerków, ale chyba większość kibiców Warriors liczy, że jeszcze w to lato uda się cokolwiek „odpalić”. Pozostaje cieszyć się powrotem Andre Iguodali, który w Golden State chce chyba zakończyć swoją piękną karierę. O tym samym myśli też Stephen Curry, z którym Wojownicy przedłużyli umowę o cztery kolejne lata, dając mu aż 215 milionów. Duża to cena, ale 33-letni Curry to taka marka, że raczej się to GSW zwróci. A mogą sobie na to pozwolić skoro Otto Porter Jr. czy Nemanja Bjelica chcą grać za kontrakty minimalne.

Indiana Pacers

Najważniejszym letnim ruchem Pacers jest przedłużenie kontraktu z niedocenianym TJ McConnellem. Nowy trener Rick Carlisle raczej będzie więc musiał lepić z tej samej gliny, co jego poprzednik. Ciekawą drogę do miejsca w składzie Pacers zaliczył natomiast Keifer Sykes, który na początku sierpnia w turnieju TBT (gdzie nagroda dla zwycięzców wynosi okrągły milion dolarów) trafił rzut na zwycięstwo w wielkim finale zawodów. Mierzący około sześć stóp 27-latek w barwach Indiany zadebiutuje w NBA.

Los Angeles Clippers

Przez chwilę zdawało się, że Kawhi Leonard może odejść z Los Angeles np. na rzecz Dallas Mavericks, ale była to bardzo krótka chwila. Skrzydłowy zdecydował się bowiem podpisać przedłużenie kontraktu z Clippers. Na dodatek udało się też zatrzymać w składzie Nicolasa Batuma oraz Reggiego Jacksona, co należy uznać za sukces. Podczas absencji Leonarda spowodowanej kontuzją kolana szansę ma dostać także jedyny nowy nabytek LAC, czyli Justise Winslow – jeśli sam wreszcie będzie zdrowy.

Milwaukee Bucks

Mistrzowie NBA będą bronić tytułu w bardzo podobnym składzie. Spośród ważniejszych postaci odszedł tylko PJ Tucker, choć Bucks szybko znaleźli zastępstwo w tańszym, ale też jednak nie tak pewnym zawodniku, jakim jest Semi Ojeleye. Były gracz Celtics jak mało kto potrafił spowolnić Giannisa Antetokounmpo, a teraz zagra u jego boku. Dużo więcej radości przyniosła jednak fanom Milwaukee informacja, że w klubie zostanie Bobby Portis. Podkoszowy odrzucił zresztą ponoć lepsze finansowo oferty, by dalej grać dla Bucks.

Philadelphia 76ers

Wymienili jednego starego środkowego (Dwight Howard) na drugiego nieco młodszego (Andre Drummond), a do tego zatrzymali w składzie Danny’ego Greena i Furkana Korkmaza. Na ten moment w Filadelfii wciąż jest też jeszcze Ben Simmons. Ponoć 76ers mają na celowniku Damiana Lillarda i to dopiero byłby fajerwerki. Na razie jednak najlepsza drużyna konferencji wschodniej ubiegłego sezonu zasadniczego stoi w rozkroku i dopóki nie rozwiąże się kwestia Simmonsa, to o fajerwerkach myśleć w Filadelfii nie mogą.

Phoenix Suns

36-letni Chris Paul jeszcze kilka lat temu był najgorszym kontraktem w NBA. Najpierw odrodził się w Oklahomie, a potem w Phoenix pomógł stworzyć finalistę ligi. Za to został przez Suns sowicie wynagrodzony 4-letnią umową o wartości 120 milionów, przy czym „tylko” 75 milionów jest w pełni gwarantowane. Udało się również Słońcom porozumieć z Cameronem Payne’em na bardzo przyjaznym kontrakcie, a dodanie do składu Landry’ego Shameta i JaVale’a McGee także należy ocenić całkiem pozytywnie.

Sacramento Kings

Alex Len, Tristan Thompson i Terence Davis – te nazwiska oblicza Kings w przyszłym sezonie nie zmienią. Dwóch z nich to zresztą gracze podkoszowi, a przecież ekipa z Sacramento zatrzymała też w składzie Richauna Holmesa. Szykuje się więc kolejny bolesny sezon dla Królów, którzy w tej chwili mają najdłuższą w NBA serię bez awansu do fazy posezonowej. Po raz ostatni Kings w playoffs zameldowali się w 2006 roku! Ich letnie ruchy raczej tej złej passy nie pomogą przerwać.

Toronto Raptors

Z kanadyjskim klubem pożegnał się Kyle Lowry, a paczka zwrotna z Miami (Goran Dragić oraz Precious Achiuwa) każe się zastanowić, czy nie lepiej było jednak 35-letniego rozgrywającego oddać już w marcu. Fani Raptors tak czy siak za Lowrym zapłaczą, ale łzy otrzeć będzie mógł Masai Ujiri. Architekt sukcesów Toronto ostatecznie zostaje bowiem w klubie, choć był kuszony z wielu różnych stron. To niewątpliwie najważniejsza informacja lata dla kibiców Raptors, którzy liczą, że Ujiri niedługo znów wprowadzi Raptors na szczyt.

Utah Jazz

Po znakomitym sezonie, który jednak zakończył się w drugiej rundzie fazy play-off, w Utah postawiono na ten sam trzon zespołu. Do składu wróci więc Mike Conley (72.5 miliona na trzy lata), który w poprzednich rozgrywkach po raz pierwszy w karierze zagrał przecież w Meczu Gwiazd, a jego uraz w playoffs był jednym z głównych powodów porażki Jazz. W walce o lepszy wynik pomóc mają Rudy Gay oraz Hassan Whiteside, jak i pozyskany z Warriors w ramach transferu Eric Paschall.

*****

MAŁO AKTYWNI

Boston Celtics

Czają się w Bostonie na lato 2022, kiedy na rynek wejdzie m.in. Bradley Beal. To dlatego w tym roku byli niezbyt aktywni, a z rynku wolnych agentów sprowadzili tylko Enesa Kantera. Udało im się też jeszcze przejąć Josha Richardsona z Dallas Mavericks, do czego umiejętnie wykorzystali pozostałości z trade exception po Gordonie Haywardzie. Ostatecznie dla Celtics najważniejsze było jednak, aby nie przyjmować do siebie żadnych długich kontraktów i zachować elastyczność finansową. Z tego powodu odpuszczono więc Evana Fourniera.

Cleveland Cavaliers

100 milionów za pięć lat dalszego związku z Jarrettem Allenem to całkiem spore zobowiązanie ze strony Cavaliers. Szczególnie że jest raczej mało prawdopodobne, że Allen jako zastrzeżony wolny agent znalazłby na rynku podobną albo lepszą ofertę. Wystarczyło więc poczekać i pozwolić na to, by cena za Allena wypłynęła właśnie z rynku. 23-letni podkoszowy wnosi do gry sporo wartości (choćby jako znakomity obrońca obręczy), ale dziś w NBA takie pieniądze trafiają jednak do nieco bardziej wszechstronnych wysokich.

Houston Rockets

Największe znaczenie dla Rockets miał w tym roku draft, z którego udało się pozyskać aż czterech zawodników wybranych w pierwszej rundzie. W związku z tym na rynku wolnych agentów Houston już nie poszaleli, pozyskując tylko Daniela Theisa w miejsce Kelly’ego Olynyka. To akurat powinna być zmiana na lepsze, choć akurat Niemiec miałby dużo większą wartość dla którejś z ekip walczących o mistrzostwo, a nie dla Rockets, którzy dopiero podnoszą się po odejściu Hardena, a ich celem jest przede wszystkim rozwój talentów.

Memphis Grizzlies

Bardzo spokojne dni w Memphis, gdzie najważniejszy ruch wykonali jeszcze przed draftem. To wtedy oddali Jonasa Valanciunasa (po znakomitym sezonie pod względem indywidualnym) do Nowego Orleanu w zamian za Erica Bledsoe i Stevena Adamsa oraz zamienili się jeszcze wyborami w naborze. Decyzje Grizzlies w drafcie były już jednak dość wątpliwe, a na rynku wolnych agentów nie wykonali żadnego ruchu. Tym samym drużyna z Memphis kolejny rok liczyć będzie, że młodzi w składzie zrobią następny krok do przodu.

Minnesota Timberwolves

Nie pozyskali ani jednego gracza w drafcie, bo nie mieli swoich wyborów. Nie dodali też nikogo z wolnego rynku. Oddali jedynie Ricky’ego Rubio do Cleveland w zamian za Taureana Prince’a, choć to chyba nadal nie jest skrzydłowy, jakiego szukali Timberwolves. Nadal może trafić do Minneapolis choćby Lauri Markkanen, a z Wilkami łączony jest też od jakiegoś czasu Ben Simmons. Najważniejsza informacja dla fanów Wolves jest chyba jednak taka, że po zmianie właścicieli klub raczej na pewno pozostanie w Minneapolis.

Oklahoma City Thunder

Mieli sporo wolnych środków, ale jako że Thunder są w środku przebudowy, to od początku nie mieli zamiaru z tych środków jakoś przesadnie korzystać. Zamiast tego porozumieli się ze swoim najlepszym młodym graczem w sprawie przedłużenia kontraktu. Shai Gilgeous-Alexander przedłuży umowę o pięć lat za 172 milionów i to na nim OKC będą starali się dalej budować skład. Ani jednego spotkania w barwach Thunder nie rozegra za to pozyskany kilka tygodni temu Kemba Walker. OKC poszli mu na rękę i jego umowa została wykupiona.

Orlando Magic

Podobnie jak dla kilku innych drużyn, dla nich najważniejszy i tak był draft. Tam dwa razy wybierali w pierwszej ósemce i trafili nie tylko Jalena Suggsa, ale też Franza Wagnera, czyli dwa kolejne młode talenty. Na rynku wolnych agentów Magic od lat nie mają większego znaczenia, a w tym roku z jakiegoś powodu dodali do składu Robina Lopeza. Młodszy brat Brooka to przydatny weteran, natomiast niekoniecznie w Orlando. Tam przecież wśród wspomnianych talentów są już podkoszowi jak Wendell Carter Jr. czy Mo Bamba.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.