Zizou żegna się na swoich zasadach. Dlaczego drugiego takiego już nie będzie?

Zobacz również:Człowiek, którego trzymają się kilogramy. O Hazarda skłonności do nadwagi
Zidane-467637912.jpg
Fot. Dean Mouhtaropoulos/Getty Images

Za pierwszym razem Zinedine Zidane żegnał się z Realem Madryt w chwale tuż po wygraniu trzeciej Ligi Mistrzów z rzędu. Teraz odchodzi po raz drugi – bez trofeów, lecz z poczuciem, że stał się znacznie lepszym trenerem. Sam sposób pożegnania go przez piłkarzy i wszystkie czułe reakcje pokazują, jak wyjątkową postacią jest Francuz. Nie będzie już drugiego trenera o tak powszechnym autorytecie, niezwykłym połączeniu z piłkarzami oraz uderzającą siłą spokoju. To, czego dokonał Zidane, długo będzie punktem odniesienia w gabinetach na Bernabeu. Jego wyczyny zyskają prawdziwe docenienie dopiero po czasie.

Wcale nie jest wypalony tak jak za pierwszym razem. Piłkarzom, którym zresztą ogłosił swoją decyzję jako pierwszym, miał przekazać, że najpewniej już w następnym sezonie podejmie pracę w innym miejscu. Teraz świat powinien zabijać się o to, aby przekonać Zidane'a do swojego projektu. Był lekko zmęczony, głównie przeciwnościami losu i niewdzięcznymi warunkami pracy, w końcu madryckie media nawet jego – oazę spokoju – doprowadzały do wybuchów. Bardziej jednak zabolał go brak ochrony ze strony klubu. W tych najtrudniejszych chwilach poczuł się jak wystawiony na ostrzał, bez odpowiedniego zaufania i wsparcia, co przyjął z dużym rozczarowaniem. Nikt nie stanął za nim murem, więc teraz Florentino Perez nie był w stanie już go zatrzymać.

Zinedine Zidane kilkukrotnie wysłuchiwał w tym sezonie że poleci. W październiku, w listopadzie czy w grudniu. Zaryzykował swoją renomę, wyciągnął drużynę z kryzysu po nieudanych przygodach z Lopeteguim i Solarim, przywrócił jej dawne miejsce. Naznaczył epokę, miał wyjątkowe miejsce w sercach sympatyków Galacticos, a mimo wszystko czuł, że stąpa po grząskiej powierzchni. I to go wykańczało. Ile trzeba zrobić w futbolu, aby zapewnić sobie święty spokój i komfort pracy? Ile pucharów daje ci nietykalność, skoro w Madrycie dwa remisy równają się z podnoszeniem alarmu? Kiedy brali go na celownik, zawsze bronił się swoimi najważniejszymi cechami: spokojem, mentalnością zwycięzcy i klasą.

Mogło w nim coś pęknąć, kiedy wrócił z kwarantanny. Siedział zamknięty w czterech ścianach, wpatrywał się w telewizor i słuchał, że nadchodzi jego koniec. To wtedy, tuż po powrocie do sali konferencyjnej, zobaczyliśmy jego inną twarz. „Naprawdę to nieuczciwe. Powiedzcie mi to w twarz, a nie zwalniacie mnie za plecami przy pierwszej możliwej okazji. Zasłużyliśmy na minimum szacunku. Chociaż na to, aby spróbować. I pozwólcie nam tylko na tyle, bo my wierzymy do samego końca” – apelował Francuz wyprowadzony z równowagi.

I chociaż Real zakończył sezon bez trofeum, rzeczywiście walczyl do samego końca. Zinedine Zidane wyciągnął drużynę z największego bagna, gdy wszyscy stawiali na niej kreskę. Ponad 60 kontuzji, czyli rekordowa liczba problemów zdrowotnych, regularnie rujnowało jego plany i przygotowania. Piłkarze jechali już na oparach. Byli wycieńczeni fizycznie, ale też psychicznie, bo nigdzie nie potrzeba tak niewiele jak w Madrycie, by stać się ofiarą. Zinedine przekonał się o tym najlepiej. Ukochane miasto zaczęło go uwierać. Przekonał się, jak niewdzięczna może być to praca. Bo trzy Ligi Mistrzów z rzędu czy mistrzostwo Hiszpanii po odbudowaniu ekipy dotkniętej odejściem Cristiano Ronaldo niewiele znaczą, kiedy w weekend zremisujesz z Getafe.

Zidane zrobił dla Madrytu wszystko jako piłkarz i szkoleniowiec. Jest drugim najbardziej utytułowanym menedżerem w dziejach Realu, ale w oczach wielu najlepszym. Przejął drużynę po raz drugi, kiedy tego potrzebowała i była pogrążona w marazmie, lecz ryzykował swoją reputację. Mógł obalić stojący pomnik, jednak chciał pomóc. I wyciągnął ich z najgorszego, dając mistrzostwo Hiszpanii zeszłego lata tuż po przerwie covidowej.

Mimo że bez wzbogaconej gabloty w tym sezonie, Zidane odchodzi jako znacznie lepszy trener. Nikt o zdrowych zmysłach nie nazwie go już „dobieraczem składu”, obserwując jego rozwój w samym planowaniu spotkań. Mnóstwo zaciętych rywalizacji Francuz wygrał przy tablicy taktycznej – czy to stawiając Fede Valverde jako wahadłowego w Klasyku, czy zmieniając balans rozegrania z wycofanym Kroosem i Modriciem, czy korzystając w Lidze Mistrzów z głębokiej defensywy i szybkości Viniciusa przy kontratakach. Dał drużynie większe możliwości, przechodząc również na system z trójką obrońców. Finalnie Zizou przekombinował szalonym planem w rewanżu z Chelsea w półfinale LM, kiedy to ustawił środkowych obrońców tak szeroko jak bocznych, ale wiele wcześniejszych rywalizacji Real wygrywał jego zmysłem.

Zidane odchodzi jako lepszy taktyk i z tym cechami co wcześniej: nigdy nie panikował, zawsze zarażał siłą przekonania oraz spokoju, wystarczyły mu dwie konkretne wskazówki jak w przerwie finału Ligi Mistrzów z Juventusem, aby odmieniać oblicze drużyny, klasycznie trafiał ze zmianami i czuł zarządzanie meczem. Kiedy wszyscy pukali się w głowę przy niektórych decyzjach, on udowadniał, dlaczego widzi więcej i należy ufać Zidane'owi. Rzecz jasna nie jest to postać krystaliczna, bo przecież takie jednostki jak Isco czy Marcelo dawno nie powinny mieć miejsca w klubie tego kalibru. Zarówno przekleństwem, jak i błogosławieństwem Francuza było jednak przywiązanie do nazwisk. Piłkarze tak bardzo go kochają i chcą pójść za nim w ogień, bo nigdy nie zdradzał swoich. Na dobre i na złe, do samego końca.

Powtórzyć jego styl będzie trudno. Zostawił dziedzictwo, do którego Madryt będzie odwoływał się latami. Bo można być znakomitym piłkarzem i trenerem, ale charyzma Zidane'a była czymś niepowtarzalnym. Nawet największe gwiazdy wpatrzone w niego, siła przekazu, moc nazwiska, przekaz ubierany w najprostsze słowa, ale mający wyjątkowy wydźwięk. Zidane sprawiał, że z najgorszych sytuacji dało się wychodzić i wierzyć, że do samego końca jest okazja na zwycięstwo. Nic dziwnego, że po napisaniu takiej historii i takim odbiorze jego dalszej pracy, miał już dość. Może nie był w stanie dźwignąć dalszej rewolucji pokoleniowej, może szefowie nie mogli mu zagwarantować odpowiednich narzędzi. Jedno jest pewne: skoro Zidane poczuł, że nadszedł ostateczny moment pożegnania, zapewne miał to doskonale przemyślane. Zrobił to na swoich zasadach. Jak zwykle. Doszedł do momentu, kiedy sam mógł powiedzieć „kończę”.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.