Zion pod obręczą jak Shaq. Coraz większa dominacja Williamsona w NBA

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
NBA: Zion Williamson
Fot. Jonathan Bachman/Getty Images

Shaquille O'Neal w ciele obrońcy. Koszykarz grający jak futbolista amerykański. Brutalna siła połączona z fantastyczną szybkością. Wiele jest sposobów na to, by opisać 20-letniego Ziona Williamsona. W swoim ledwie drugim sezonie w NBA numer jeden draftu z 2019 roku stał się jednym z najlepszych strzelców w lidze.

25 kolejnych meczów z dorobkiem 20 lub więcej punktów na co najmniej 50-procentowej skuteczności. Amerykanie lubują się w tego typu statystykach. Ta jednak akurat doskonale oddaje ostatnią dominację pewnego 20-latka. Takiej serii w historii NBA nie miał nikt inny prócz wspomnianego już Shaqa. To robi wrażenie, podobnie jak średnie na poziomie 29 punktów, siedmiu zbiórek i czterech asyst na przestrzeni tych 25 spotkań.

Takie liczby wykręca ostatnio Zion Williamson. 20-latek, który za trzy rzuca raz na pięć meczów, a obok niego w pierwszej piątce Pelicans wychodzi Steven Adams. Nie ma w tej piątce ani jednego gracza, który z dystansu rzucałby na co najmniej 40-procentowej skuteczności. A mimo tego Zion dominuje pod koszem jak nikt inny od czasów O’Neala. Dopiero w środę jego serię przerwali Nets, ale Williamsona stać na kolejną taką passę.

Przez długi czas Zion był oczkiem w głowie mediów. Jednak najpierw kontuzje, a potem pandemia sprawiły, że na eksplozję jego talentu musieliśmy poczekać. Przez to odłożenie w czasie obecne wyczyny 20-latka przechodzą o dziwo nieco pod radarem. Tymczasem skrzydłowy dokonuje rzeczy bezprecedensowych. Williamson jest na dobrej drodze do tego, by zostać jedynym obok Shaqa graczem w historii NBA, który co mecz zdobywa co najmniej 19 oczek spod samego kosza.

Ta zielona plama to trafienia Ziona w okresie dwóch miesięcy. Dokładniej mówiąc między 6 lutego a 6 kwietnia, czyli w czasie 25-meczowej serii:

mapa Ziona

W jaki sposób 20-latek robi takie rzeczy? Przede wszystkim Zion Williamson jest niesamowicie szybkim graczem przy swojej masie (około 118 kilogramów wagi). Często wchodzi więc pod kosz jak gracz obwodowy, którym zresztą był przez całą swoją juniorską karierę. Zanim trafił do Duke, przez długi czas grał jako rozgrywający.

Williamson potrafi więc zejść nisko na nogach, a do tego jest na tyle zwinny, by z łatwością zmienić kierunek w trakcie wejścia na kosz. Choć jest głównie leworęczny, coraz lepiej może zaatakować także na prawą stronę. W tym momencie dziewięć na dziesięć rzutów oddaje albo spod obręczy, albo z linii rzutów wolnych.

Jak sam zresztą przyznaje, bardzo mocno przydaje mu się doświadczenie zebrane podczas gry… w futbol amerykański. Nie trwało to długo, ale swoje lekcje Williamson zdążył z tego wyciągnąć. To tam nauczył się atakowania przeciwników pod odpowiednim kątem, by uniknąć faulu w ataku, albo wymusić na rywalu wybranie jednej z dwóch złych opcji. Przepuść mnie lub sfaluj i wyślij na linię rzutów wolnych.

Przydaje się również eksplozywność 20-latka, który ma nie tylko znakomity wyskok i potrafi wzbić się wysoko do góry, ale też momentami zdaje się szybować w powietrzu. Dzięki temu może wyskakiwać znacznie dalej kosza, by chwilę potem i tak zmaterializować się zaraz przy obręczy. W tym przypadku jego wyskok ma znaczenie nie tyle wertykalne, co horyzontalne.

Fakt faktem, że w NBA nie ma częściej blokowanego zawodnika – tylko w trwających rozgrywkach Williamson już 99 razy został zablokowany. Jakby nie patrzeć, brakuje mu trochę centymetrów (około 200 centymetrów wzrostu, przeciętny zasięg ramion). On i na to ma jednak sposób.

Bardzo szybko potrafi bowiem po pierwszym wyskoku zebrać się do dobitki, odbijając się od parkietu niemal jak od trampoliny. Robi to w zasadzie od początku swojej kariery w NBA. Ten jego tzw. second jump pozwala zamieniać początkowo niecelne rzuty w punkty drugiej szansy. W trwających rozgrywkach tylko Clint Capela (45), Nikola Jokic (43) oraz Jonas Valanciunas (31) mają więcej Z-Bounds – statystyka nazwana oczywiście na cześć Zacha Randolpa – od Ziona (29).

Punkty drugiej szansy stanowią jednak tylko 15 procent wszystkich punktów zdobywanych przez 20-latka. To więc stosunkowo mała część, gdyż od początku lutego Stan Van Gundy zdecydował się oprzeć atak Pelicans właśnie na Zionie. Mniej więcej od tego czasu Williamson zdecydowanie częściej ma piłkę w rękach i swobodę atakowania pomalowanego. Nie przeszkadza nawet przeciętny spacing Pelikanów, bo Van Gundy nakazał swoim graczom stawiać Zionowi zasłony znacznie niżej.

Ten znakomicie czuje się również jako ścinający (co robi znacznie częściej, niż rzuca za trzy; w tym sezonie NBA częściej ścinają tylko Bam Adebayo i Aaron Gordon) oraz rolujący na tzw. short-roll, kiedy może pokazać się także jako kreator gry.

Można by pokusić się o to, by zostawić mu więcej miejsca na obwodzie, skoro i tak stroni od trójek. Williamson rzucać jednak potrafi. W dwóch sezonach trafił jak do tej pory 15 z 38 rzutów z dystansu, czyli prawie 40 procent. Do tego dochodzi jeszcze jeden problem. Im więcej mu zostawisz, tym lepiej będzie mógł rozpędzić się w drodze do kosza. Tym bardziej z jego szybkością, siłą, dryblingiem oraz umiejętnością zmiany kierunków. Wszystko to sprawia, że ataki 20-latka na obręcz powstrzymać jest piekielnie trudno.

Nie ma więc przypadku w tym, że Pelicans od początku lutego mogą pochwalić się piątą najbardziej efektywną ofensywą w całej lidze. A przecież wcześniej plasowali się pod koniec drugiej dziesiątki! Przez pierwsze dwa miesiące Zion dotykał piłki średnio 53 razy w meczu (czwarty wynik w Pelicans), mając ją w rękach przez około dwie minuty (piąty). Kolejne dwa miesiące aż do teraz to już średnio 62 dotknięć piłki na mecz (trzeci) oraz 3.6 minut w jej posiadaniu (trzeci).

Znacznie wzrosła także liczba akcji pick-and-roll, w których to Zion pełni rolę gracza z piłką. To coś, czego w grze 20-latka w ogóle nie było w zeszłym sezonie, ani nawet na początku obecnego. Tymczasem począwszy od lutego, Williamson przeprowadza nawet kilkanaście tego typu akcji w każdym spotkaniu. Także ze względu na to, że jest koszmarem do pokrycia i łatwo może znaleźć drużynie przewagę sytuacyjną jako silniejszy od niższych i szybszy od wyższych graczy.

Coraz częściej ma więc okazje wykorzystywać swój całkiem niezły playmaking. Tym bardziej teraz, gdy zabiera więcej uwagi drużynom przeciwnym, jest to rzecz konieczna dla jego dalszego rozwoju. Ma jednak do tego dobre zadatki. Jak wielu koszykarzy zaczynał wszak jako rozgrywający, zanim nie urósł o kilkanaście centymetrów. Dopiero wtedy konieczna była zmiana pozycji. Podobną drogą przeszedł swego czasu… Anthony Davis. W piątek Zion przeciwko 76ers pod nieobecność Lonzo Balla do 37 punktów i 15 zbiórek dołożył najlepsze w karierze osiem asyst.

Oczywiście sprawy nie mają się tak dobrze po drugiej stronie parkietu. Defensywa pozostaje w tym momencie piętą achillesową skrzydłowego. Williamson zbyt często jest spóźniony w rotacjach i łapie się na obserwowaniu piłki, zamiast reagowaniu na wydarzenia na parkiecie. Warunki fizyczne do bycia co najmniej dobrym defensorem na pewno są, a z czasem Zion powinien też uczyć się po prostu na błędach. Wszak jak do tej pory rozegrał w NBA łącznie ledwie 70 spotkań – to nie jest nawet jeden pełny sezon.

W tym czasie zdążył jednak pokazać, że Pelicans muszą budować wokół niego, a nie z nim. Najważniejszym zadaniem dla klubu z Luizjany jest otoczyć dwójkę swoich all-starów – a więc nie tylko Ziona, lecz także Brandona Ingrama – odpowiednimi graczami. Ci być może są już nawet w składzie, dlatego sporo zależeć będzie od rozwoju takich zawodników jak Jaxson Hayes, Nickeil Alexander-Walker czy Kira Lewis Jr. Przykre zakończenie przygody Anthony’ego Davisa w Nowym Orleanie niech będzie dla Pelikanów drogowskazem.

Gdy Zion debiutował dla Pelicans na lidze letniej w Las Vegas w 2019 roku, mecz został przerwany ze względu na trzęsienie ziemi. Dziś można spojrzeć na tamte wydarzenia jak na symboliczną przepowiednię. Od ponad dwóch miesięcy to Williamson jest jak trzęsienie ziemi, siejąc zamęt przy obręczy. 20-latek rozgrywa dopiero swój drugi sezon w NBA, ale z każdym tygodniem coraz mocniej poleruje nieobrobione wcześniej krawędzie swojego koszykarskiego rzemiosła. Na razie nie przekłada się to wyniki Pelicans: bilans 23-29 i dopiero jedenaste miejsce w konferencji. Dominacją Ziona zachwycać się już jednak trzeba.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.