Zawsze „ten trzeci”. W jaki sposób Chris Bosh odcisnął piętno na NBA

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Chris Bosh
Fot. Mike Ehrmann/Getty Images

Gdy w 2010 roku Chris Bosh, Dwyane Wade i LeBron James połączyli siły w Miami, było to wydarzenie przełomowe. Oczywiście wcześniej znane było już pojęcie „superteamu” – tu jednak wyjątkowe były okoliczności. Dziś można powiedzieć, że tamta trójka przetarła szlaki innym zawodnikom. Uważa tak m.in. sam Bosh, czyli zapomniany już nieco gracz, który w NBA swoje piętno odcisnął zresztą także na kilka innych sposobów.

Suma talentu nowej wielkiej trójki na Brooklynie to coś, czego w NBA nie widziano dawno. Dobrym porównaniem może być tercet z Miami Heat, który w 2010 roku zatrząsł ligą i stał się swego rodzaju pionierem, jeśli chodzi o decyzje podejmowane przez zawodników w kolejnych latach. Chris Bosh opuścił Toronto, a LeBron James porzucił Cleveland, by dołączyć do Dwyane’a Wade’a w Miami. Z wielkich zapowiedzi niewiele zostało, bo zamiast sześciu, siedmiu, może nawet ośmiu tytułów były tylko dwa.

Z tych trzech graczy największy krok do tyłu zrobić musiał Bosh. Wcześniej lider i twarz organizacji w Toronto, później trzecia gwiazda w Miami obok LeBrona i Wade’a. Do dziś pozostaje on „tym trzecim”, choć trudno sobie wyobrazić sukcesy Heat bez jego wkładu. Podkoszowy jest idealnym przykładem na to, że w każdym wielkim tercecie potrzeba wyrzeczeń. Mało kto rozumie to tak dobrze, jak Bosh właśnie. Bez jego wyrzeczeń, bez jego pracy i postawy sukcesów wielkiej trójki w Miami mogłoby po prostu nie być.

POCZĄTKI

Bosh trafił do NBA w drafcie w 2003 roku, który określa się jako jeden z najlepszych w historii. Co z tego, że Pistons zmarnowali – całkiem dosłownie – drugi wybór na Darko Milicica. Tylko w pierwszej piątce tego draftu do ligi trafili LeBron James, Carmelo Anthony, Chris Bosh oraz Dwyane Wade. Wybrany z czwartym numerem Bosh od początku traktowany był jako zawodnik z dużym potencjałem. Nie poszło mu zbyt dobrze na treningach przed draftem, a pewnym momencie chciał nawet wrócić jeszcze do NCAA.

Wcześniej dał się poznać jako kolejny potencjalnie znakomity silny skrzydłowy. Gracz z pozycji numer cztery, który potrafi dobrze bronić, szybko biega i ma spory potencjał rzutowy. Nic więc dziwnego, że w silnym drafcie rozkochał w sobie skautów. Ostatecznie postawili na niego Toronto Raptors, choć wątpliwości wokół 19-latka było sporo. Bosh potrzebował bowiem zmężnieć, nabrać siły i przygotować swoje ciało do trudów długiego sezonu NBA. W związku z tym jawił się jako młody talent, który potrzebuje oszlifowania.

NA WZMOCNIENIA NIE MA SZANS

Szybko okazało się, że wątpliwości były mocno przesadzone. Bosh z roku na rok wyglądał coraz lepiej i już w trzecim sezonie w lidze zameldował się w Meczu Gwiazd. Zdążył się tam zadomowić na dobre – aż do końca swoich dni w NBA rok w rok był all-starem. Za sukcesami indywidualnymi nie szły jednak sukcesy drużyny. Raptors potrafili wygrać swoją dywizję, lecz w fazie play-off nie wygrali nawet choćby serii. Brakowało wzmocnień, a sam Bosh po latach przyznał, że do klubu z Kanady wolni agenci po prostu nie chcieli zaglądać.

I nie chodzi tutaj nawet o wielkie nazwiska. W 2006 roku dogadany z Raptors był już John Salmons, a więc solidny gracz zadaniowy. Jednak w ostatniej chwili wycofał się ze swojej decyzji, by podpisać podobny kontrakt w Sacramento. Bosh właśnie wtedy uświadomił sobie, że wygrywanie w Kanadzie może okazać się dużo trudniejszym wyzwaniem. Podkoszowy nawet teraz zauważa zresztą, że Toronto pozostaje niezbyt atrakcyjnym rynkiem. – Z reguły Raptors robią po prostu rozsądne wymiany – stwierdził jakiś czas temu.

PORADA OD GARNETTA

Latem 2010 roku zawodnikowi kończyła się umowa z Raptors. Na miesiące przed koniecznością podjęcia decyzji, umysł Bosha był w rozsypce. Chciał walczyć o najwyższe cele, być w centrum batalii o mistrzostwo, ale w Toronto te rzeczy pozostawały w strefie marzeń. W międzyczasie w 2006 roku tytuł zdobył Dwyane Wade. Rok po nim w finałach zameldował się LeBron James. Tymczasem Bosh mógł się temu wszystkiemu tylko i wyłącznie przyglądać. Nie wiedząc, co ma dalej zrobić, poprosił o radę Kevina Garnetta, gdy spotkali się w szatni przed Meczem Gwiazd w Dallas.

Kilku innych weteranów odrzuciło prośbę Bosha, ale KG wysłuchał młodszego kolegę. Bosh chciał po prostu wiedzieć, kiedy Garnett poczuł, że nastał czas, by opuścić Minneapolis. Ówczesny gracz Celtics – mając już na koncie tytuł – sam przeżywał trudne momenty, gdy jako gracz Wolves rokrocznie przeżywał rozczarowanie. Jego rada? – Powinieneś chcieć połączyć siły z kimś, kto zdejmie z ciebie presję, byś nie musiał się martwić niczym innym i mógł po prostu grać w koszykówkę – stwierdził Garnett. Te słowa mocno do Bosha trafiły i zostały w jego głowie, gdy kilka miesięcy później opuszczał Toronto.

WIELKIE DWA I PÓŁ

James, Wade i Bosh wcale nie umówili się z dużym wyprzedzeniem, by połączyć siły w Miami. Cała trójka zdążyła polubić się m.in. podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. Wtedy nikt jednak jeszcze nie myślał o graniu dla jednego zespołu. Gdy latem 2010 roku wszyscy trzej weszli na rynek, tylko Miami Heat mieli odpowiednio dużo miejsca (i pieniędzy) dla każdego z nich. Wielu wierzyło, że James i Wade zostaną jednak w swoich dotychczasowych klubach. Głównie dlatego to Bosh miał być „nagrodą główną” i to na niego zęby ostrzyła sobie większość klubów. 26-latek był po swoim najlepszym w karierze sezonie i wyglądało na to, że jego odejście z Toronto może zmienić układ sił w NBA.

Tymczasem podkoszowy wybrał rolę „tego trzeciego” w Miami, zgadzając się na tego typu poświęcenie, by zdjąć wreszcie z siebie presję. Tyle tylko, że stało się coś zupełnie odwrotnego. Nowa wielka trójka była teraz na ustach wszystkich, tym bardziej po szumnych zapowiedziach LeBrona. W związku z tym Bosh był pod jeszcze większą presją, szczególnie gdy Heat niemrawo rozpoczęli sezon. Tercet zaczęto nawet nazywać „wielkim dwa i pół”, a największa krytyka spadła na byłego gracza Raptors. Nie pomogła porażka Heat w finałach i kamera, która zarejestrowała rozpacz Bosha i jego płacz po przegranej z Mavs, gdy w drodze do szatni upadł na kolana obezwładniony przez emocje.

O KROK DALEJ

Bosh już w tamtym momencie wiedział, że media i kibice zjedzą go za ten moment słabości. Pojawiły się kolejne docinki, przezwiska, choć przecież podkoszowy Heat pokazał wtedy po prostu, jak bardzo zależało mu na zwycięstwie. Po latach przyznał, że wtedy zbyt mocno przejmował się opinią publiczną. Gdy rok później Heat przegrywali 1-2 w półfinałach konferencji z Indiana Pacers, kontuzjowany wtedy Bosh nie mógł się powstrzymać. Włączył telewizję, a to, co chwilę później usłyszał, prawie spowodowało, że się poddał. Nie pozwoliła mu na to żona, którą sam Bosh uczulił w trakcie sezonu zasadniczego na to, że po drodze do chwały będzie trzeba pokonać sporo przeciwności.

Heat odwrócili losy tamtej serii, kiedy Erik Spoelstra – niejako z przymusu – wstawił Shane’a Battiera do pierwszej piątki. Bosh wrócił do gry pod koniec finałów konferencji przeciwko Celtics. W pierwszym meczu lepszy był Garnett, ale potem Bosh przesunięty na pozycję środkowego pomógł Miami wygrać sześć z kolejnych siedmiu spotkań (dwa z Celtics, cztery w finałach z Thunder) i zdobyć mistrzostwo. Przy okazji odkrył także nową pozycję dla siebie, a w połączeniu z częstszym niż zwykle oddawaniem rzutów za trzy zaczął zmieniać NBA. Był wszak jednym z pierwszych podkoszowych, którzy poszli o krok dalej – w dosłownym znaczeniu – i rzuty z dalekiego półdystansu (w czym specjalistą był m.in. KG) zamienili na trójki.

PIONIER

Zdobycie tytułu i odkupienie win było dla Bosha fantastyczną sprawą. Pozwoliło mu też to odbudować się mentalnie. Po wielu latach starań wreszcie był na szczycie. W kolejnym sezonie udowodnił zresztą, że wielka trójka Miami to żadne tam „dwa i pół”. Heat w drodze po drugie z rzędu mistrzostwo wygrali 27 spotkań z rzędu, a zawodnik odegrał kluczową rolę w finałach. To on jest wszak autorem jednej z najważniejszych zbiórek w historii ligi, kiedy to złapał piłkę po niecelnym rzucie LeBrona i oddał ją do Raya Allena w rogu boiska. Marzenia o three-peat boleśnie zniszczyli w następnym roku Spurs, a wielka trójka rozpadła się kilka miesięcy później, gdy James zdecydował się na powrót do Cleveland.

Bosh pozostał w Miami i wciąż był jednym z najlepszych graczy na swojej pozycji. Doskonale odnajdował się w nowej roli i pozostał all-starem, wyznaczając niejako trendy. Dość powiedzieć, że w ostatnim sezonie w Miami oddawał średnio ponad cztery trójki na mecz, co było siódmym najlepszym wynikiem w lidze. Dziś z taką średnią byłby dopiero w trzeciej dziesiątce wśród podkoszowych. Co więcej, w ślady jego, Wade’a i Jamesa w kolejnych latach szli inni zawodnicy, którzy podobnie jak wielka trójka w 2010 roku, zaczynali brać sprawy w swoje ręce. Patrz: np. Kevin Durant w 2016 roku. Pod tym względem Bosh także mógł czuć się więc jak pionier przecierający szlaki.

TRZECI, ALE WAŻNY

Swój ostatni mecz w NBA zagrał prawie pięć lat temu, w lutym 2016 roku. Rok wcześniej wykryto u niego zakrzep krwi w płucach, a potem także w łydce. Przez lata bezskutecznie starał się wrócić do ligi, ale mimo pozytywnych opinii lekarzy żaden klub nie chciał ryzykować. W lutym 2019 roku zaakceptował brutalną rzeczywistość i porzucił swoje starania o powrót. Miesiąc później Heat zastrzegli jego numer.

Łatwo sobie jednak wyobrazić, że Bosh – urodzony w tym samym roku co LeBron – w dzisiejszej NBA odnalazłby się znakomicie. Wszak sam pomógł ją ukształtować, zarówno na parkiecie (jako nowy rodzaj podkoszowego), jak i poza nim (jako koszykarz, który patrzy przede wszystkim na swoje własne dobro).

„Ten trzeci” okazał się więc równie ważny: nie tylko dla sukcesów swojej drużyny, ale także dla historii NBA.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.