Zapowiedź najlepszego finiszu od lat. Raków jako specjalista od nieprzyjemnego grania (KOMENTARZ)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Lech Poznan - Rakow Czestochowa
fot. Pawel Jaskolka

Nie pomogło 27,5 tysiąca kibiców przy Bułgarskiej, energia własnej publiki ani trzy bramki zdobyte z Pogonią Szczecin. Bardziej niż entuzjazm po awansie do półfinału Pucharu Polski i wylosowaniu Olimpii Grudziądz, był wyczuwalny natłok meczów w głowach lechitów. Potwierdziło się też, że polskie hity bardzo często są meczami do pierwszego strzelonego gola, bo wtedy zamiast zachowawczości z obu stron, oglądamy skupienie prowadzącej drużny na defensywie i osiągnięciu celu. Raków Częstochowa potrafi to robić, a Marek Papszun przygotować drużynę na najtrudniejsze rywalizacje, mimo że cały czas wymiksowuje się deklaracjami z gry o tytuł. Pogoń, Lech i Raków na dziesięć kolejek przed końcem dzieli tylko jeden punkt, co zapowiada nam najbardziej ekscytujący finisz ekstraklasy od lat.

Ciasno jest na samym dole i ciasno jest na górze tabeli. 7 ostatnich zespołów dzielą wyłącznie cztery punkty. Wygrywa ostatnia Termalika, a w grę o utrzymanie mocno zamieszane są Wisła Kraków, Legia, Zagłębie Lubin czy Śląsk Wrocław. Ale wcale mniej emocji nie oglądamy na szczytach ekstraklas, gdzie pierwszą trójkę dzieli jeden punkt. A to oznacza zapewne przetasowania co kolejkę aż do końca ligi. Na razie najbardziej komfortową sytuację ma szczecińska Pogoń, która przegrała trzy mecze – najmniej w lidze. Byłoby jednak majstersztykiem Kosty Runjaicia, gdyby wytrzymał tę presję w kolejnych 10 meczach.

Potwierdziło się, że polskie hity słyną przede wszystkim z zachowawczości i obawy przed wykonaniem pierwszego fałszywego ruchu. Oglądaliśmy to tydzień po tygodniu zarówno w spotkaniu Lecha z Pogonią, jak i Lecha z Rakowem, gdzie do przerwy zapamiętaliśmy tylko wejście w pole karne Kuby Kamińskiego i uderzenie prosto we Vladana Kovacevicia. Ze strony Dawida Kownackiego padło później słynne hasło, że „na boisku mieliśmy dużo boiskowych szachów”.

Klasycznie wszystko przełamuje pierwsze trafienie i bardzo często takie spotkania są właśnie meczem do pierwszej bramki. Gdy Lech przełamał defensywę Pogoni w Szczecinie, zdobył trzy bramki w zaledwie sześć minut. Nagle jakby rywal padł mentalnie, a z Kolejorza całkowicie zeszło ciśnienie. W Poznaniu wszystko ustawiło trafienie głową Iviego Lopeza po dośrodkowaniu Frana Tudora. W kryciu zawalił Joel Pereira, bohater poprzedniego meczu, więc nic dziwnego, że tylko z rozpaczą przytulił się do słupka.

I obraz końcówki był już jasny – Raków się zamyka, a Lech za wszelką cenę naciska. Trzeba oddać, że Marek Papszun potrafi ustawić taktycznie drużynę jak mało kto, ona potrafi się zorganizować i dzielnie odpierać ataki, czuje się wygodnie w niższym ustawieniu i nie przeszkadza jej taki układ. Poznaniacy oddali aż 16 strzałów, z czego tylko 2 sprawdziły Kovacevicia. Głównie królowała nieskuteczność jak w najlepszej sytuacji Kownackiego, gdy wszedł w pole karne z głębi pola. Kapitalnie kierunkowo ustawił sobie piłkę przyjęciem, lecz pomylił się ze strzałem z bliskiej odległości. Nieszczęście i brak skuteczności to 9 takich pomyłek, za to w 5 akcjach to gracze Rakowa ofiarnie blokowali uderzenia. Mimo nacisku do samego końca, swoje wywalczyli. Postawili mur i potrafili o niego zadbać. Potwierdzili też, że w ostatnich tygodniach to oni punktują najlepiej ze ścisłej czołówki.

Jeśli Raków czymś wygrał to spotkanie, to przede wszystkim agresją i sumiennością wykonywanych zadań. Piłkarze Marka Papszuna nie mają takiego potencjału ofensywnego jak Lech Poznań, nie mają tak szerokiej kadry ani tak głośnych nazwisk, mimo że cała drużyna absolutnie nie ma się czego wstydzić. Jeśli jednak wziąć pod uwagę taki aspekt jak „nieprzyjemność gry”, to pewnie Raków miałby najwięcej punktów w całej ekstraklasie. Fizyczna, bezpośrednia, agresywna gra, mnóstwo doskoków do przeciwnika, prób pressingowych, pojedynków wygrywanych na ziemi i w powietrzu, nieustanny nacisk. Jeśli ktoś po mistrzowsku zabiera rywalowi płynność i wyrzuca go z rytmu swoimi zachowaniami, to ekipa Marka Papszuna niewątpliwie może to traktować jako swój atut. Nie potrzebuje dziesięciu sytuacji, aby świętować w bezpośrednich hitach.

Żeby też nie sprowadzać Rakowa do najprostszych metod, bo byłoby to absolutnie nieuczciwe przy ich grze w piłkę, drużyna Papszuna świetnie potrafiła omijać wysoki pressing gospodarzy. Grają mądrze i odważnie piłką, nie boją się trudnych sytuacji, wiedzą jak wyjść spod nacisku. Potrafią też podejmować ryzyko przy wyższym podejściu przeciwnika, więc prędzej trzeba Raków chwalić za całą organizację, niż tylko ten aspekt przeciwstawiania się rywalowi.

Pogoń po raz pierwszy padła w Szczecinie tydzień temu, Lech po raz pierwszy padł w Poznaniu w ten weekend. Każdy z tej trójki miesza mocno w hierarchii, chociaż Marek Papszun niczym Diego Simeone przez lata mówi uparcie: my gramy tylko o puchary. „Dla mnie Lech cały czas jest głównym kandydatem do mistrzostwa i tak go postrzegam, mimo tej porażki z nami” – podkreślał. Na dziesięć kolejek przed końcem mają jednak tyle samo punktów i jeden straty do Pogoni, z którą zagrają w Szczecinie pod koniec kwietnia. Zoran Arsenić i Tomáš Petrášek dali popis gry w defensywie, a Raków znów wywrócił do góry nogami grę o mistrzostwo. I zapewne to nie ostatni raz, kiedy w tej kolejności doszło do zamieszania. Nie będzie niczym zaskakującym, jeśli ta presja lidera będzie spadać na kogo innego co kolejkę. Legii w grze o tytuł nie ma, a to prawdopodobnie oznacza najlepszy finisz od dawna.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Komentarze 0