Zaplecze pełne nowych ludzi. Reprezentacja Polski z podpisem Paulo Sousy

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Polska - San Marino
Piotr Kucza/400mm

Patrząc na liderów kadry, można odnieść wrażenie, że od lat bardzo niewiele się w niej zmieniło. Ale jeśli spojrzy się poza sam kręgosłup widać, że, kadra dość niepostrzeżenie została mocno przebudowana personalnie. I to w dużej mierze za sprawą nowego selekcjonera.

Kiedy Robert Lewandowski zszedł z boiska na pół godziny przed końcem meczu z San Marino, z dość dużą ciekawością oglądałem, kto przejmie od niego opaskę kapitańską. Choć Bartosz Bereszyński nie nosił jej w reprezentacji chyba nigdy wcześniej, tak naprawdę był jedynym naturalnym kandydatem. Właściwie wszyscy pozostali, którzy przebywali wtedy na murawie, w kadrze dopiero raczkują albo stawiają pierwsze kroki. Najwięcej występów miał Karol Linetty, który przed miesiącem w San Marino kończył już mecz jako kapitan, ale i on przecież w kadrze, w meczach o punkty, na dobrą sprawę zaczął grać dopiero w tym roku. U Jerzego Brzęczka w eliminacjach nie dostał ani minuty, u Adama Nawałki przesiedział dwa turnieje. Żaden z niego doświadczony reprezentant. Bardziej doświadczonych jednak nie było. A przecież nie było też wrażenia, że na Stadionie Narodowym gra jakiś zupełnie eksperymentalny skład, który nigdy wcześniej się ze sobą nie spotkał. Do obecności wielu z tych mało doświadczonych piłkarzy zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

NOWI WKOMPONOWANI

Powtarza się często, że selekcjoner sam z siebie niewiele może wymyślić. I że ktokolwiek pracowałby na tym stanowisku, powoływałby mniej więcej tych samych piłkarzy. Jednak na przykładzie tego meczu, niezależnie od klasy rywala, toczonego jednak o punkty, widać wyraźnie, jak bardzo zmieniła się personalnie kadra na przestrzeni tego roku. Po boisku biegało aż pięciu piłkarzy, którzy nie pamiętają innego selekcjonera niż Sousa. Adam Buksa, Kacper Kozłowski, Radosław Majecki, Michał Helik i Karol Świderski w momencie, gdy Zbigniew Boniek zwalniał Jerzego Brzęczka, nie mieli jeszcze żadnego meczu w kadrze. Podobnie jak siedzący tym razem na ławce Tymoteusz Puchacz. Robert Gumny miał jeden, a Przemysław Płacheta dwa. A przecież gdyby na zgrupowanie mogli przyjechać Kamil Piątkowski i Nicola Zalewski, bardzo prawdopodobne, że też dostaliby z San Marino szansę. Sousa wpuścił do kadry naprawdę dużą grupę nowych zawodników. I całkiem ciekawie ich wkomponował.

WIELU ZADOWOLONYCH

Nie ma oczywiście sensu rozpływać się nad akcjami z meczu z najsłabszą drużyną świata. Ale warto odnotować, że Buksa jak na razie w kadrze zawsze coś daje i już po czterech meczach ma na koncie pięć goli. Że Kozłowski zakończył mecz z dwiema asystami i wieloma podaniami znamionującymi świetną technikę. Że sztuczki techniczne, którymi Świderski popisuje się na treningach, potrafi też wykonać w meczach, dobrze łącząc umiejętności z zadziornością. Wreszcie, że Gumny pozwolił w końcu Bereszyńskiemu wejść na swoją pozycję, na której tak dobrze spisuje się we Włoszech. Obsada pozycji półprawego środkowego obrońcy była dotąd jednym z największych problemów Sousy, więc warto wykorzystywać to, że wychowanek Lecha w Augsburgu ostatnio gra najczęściej właśnie w tym miejscu boiska. Po Płachecie widać było długą przerwę, ale też, dlaczego Sousa stara się go zbudować: drugiego tak dynamicznego i chętnie wchodzącego w pojedynki zawodnika na polskich skrzydłach nie ma. Warto przynajmniej jednego piłkarza o takim profilu mieć do dyspozycji. I on też, choć nie rozgrywał wybitnego meczu, zaliczył jednak asystę przy pierwszym golu. A Helikowi, choć nie został mocniej przetestowany, każdy taki 90-minutowy występ w roli lidera obrony pomoże pewniej poczuć się w środowisku reprezentacyjnym. To mecz, po którym całkiem spora grupa piłkarzy może być dość zadowolona.

DRUDZY PO DANII

Najciekawiej zaczyna się prezentować sytuacja w polskim ataku. Pod względem liczby strzelonych goli Polska ustępuje w tej chwili w europejskich eliminacjach jedynie Danii. I nie jest to zasługa wyłącznie Roberta Lewandowskiego. Z Anglią strzelił Damian Szymański, teraz żadnego z pięciu goli nie strzeliła największa gwiazda, w San Marino hattricka zanotował Buksa, przeciwko Albanii Lewandowski zdobył tylko jedną z czterech bramek. Oczywiście, że Lewandowski strzela sporo, jest trzecim strzelcem europejskich eliminacji, ale jednak zdobył tylko 25% wszystkich bramek. To po prostu zespół, który często trafia do siatki. I rozkłada to na wiele barków.

BOGACTWO ATAKU

Od początku pracy w Polsce Sousa podkreślał, że siłą tej drużyną są napastnicy i stworzył system, w którym dwaj są na boisku praktycznie zawsze, a już kilka razy zdarzało mu się mieścić ich na boisku jednocześnie trzech. Wtedy za bogactwo uchodziła jednoczesna obecność Lewandowskiego, Piątka i Arkadiusza Milika. Jednak prawdziwe bogactwo ujawniły dopiero wielomiesięczne kontuzje dwóch z nich. Pozwoliło to na wymyślenie dla kadry Świderskiego i Buksy, którzy wykorzystali szansę, a przecież i Jakub Świerczok miał w lecie niezłe momenty. Dziś Piątek i Milik wcale nie są już oczywistymi kandydatami do gry w ataku. Choć przecież też są zbyt dobrzy, żeby ich nie wykorzystywać. Piątek strzelił w reprezentacji już dziewiątego gola. Tyle, ile Paweł Brożek, Krzysztof Warzycha. Więcej niż Grzegorz Rasiak, Ireneusz Jeleń czy Andrzej Niedzielan. A przecież też jest w reprezentacji jeszcze świeży. Ma dopiero dziewiętnaście meczów, nie był na żadnym turnieju, pojawił się w czasach Brzęczka. Gdyby żył w innych czasach, byłby z takimi statystykami absolutnym królem polskiego ataku. A nie kimś, kto przy wszystkich zdrowych, może być na trzecim-czwartym miejscu w hierarchii.

WĘGRZY JUŻ POZA MUNDIALEM

W kwestii walki o awans wynik miał o tyle znaczenie, że pozwolił przebić rezultat, jaki osiągnęła Albania w rywalizacjach z San Marino i wyśrubować i tak już znakomity bilans bramkowy, który może być ważny w walce o baraże. Kiepską informacją dla Polski jest jednak to, że Albańczycy wygrali w Budapeszcie. Rywalizacja z Węgrami jest pierwszą w tej grupie, w której rywale z Bałkanów zdołali ugrać więcej niż Polacy, bo my po remisie na Węgrzech, zdobędziemy z tym rywalem maksymalnie cztery punkty (przy sześciu Albańczyków). Wyklarowało to sytuację na finiszu grupy: Węgrami można już przestać zaprzątać sobie głowę, ich listopadowy przyjazd do Warszawy wcale nie będzie punktem kulminacyjnym eliminacji. Prawdziwy finał nastąpi we wtorek w Tiranie.

MINIMUM REMIS W TIRANIE

Po bezpośrednim meczu Albańczycy zagrają jeszcze na wyjeździe z Anglią i u siebie z Andorą, a Polacy z Węgrami u siebie i z Andorą na wyjeździe. Kalkulacja jest więc dość klarowna: jeśli Albania wygra z Polską, awans do baraży będzie miała w garści. Będzie miała cztery punkty przewagi na dwie kolejki przed końcem i w zanadrzu “wolny los” w postaci meczu z Andorą. Jeśli Polska wygra, też będzie mogła świętować zajęcie drugiego miejsca: bo będzie miała dwa punkty przewagi, a w zanadrzu mecz z Andorą i wyjazd Albanii na Wembley (gdzie tylko zwycięstwo cokolwiek by jej dało). Wtedy nawet wygrana z Węgrami nie będzie już konieczna (choć bardzo pomocna w walce o rozstawienie w barażach). Remis będzie korzystniejszy dla Polaków niż dla Albańczyków: bo choć pozwoli im utrzymać drugie miejsce, to raczej nie na długo. Jeśli nie wygrają na Wembley, prawdopodobnie stracą tę pozycję na kolejkę przed końcem, po meczu Polski w Andorze. Wtedy nawet punkt z Węgrami da Polsce drugie miejsce dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu. I tu wracamy do meczu z San Marino: w tej grupie naprawdę może mieć kluczowe znaczenie, że Polacy strzelili mu dwanaście goli, a Albańczycy tylko siedem.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.