Zakochany w Rzymie. Filmowa historia miłosna Francesco Tottiego i jego miasta

totti.jpeg
MB Media/Getty Images

Premiera dokumentu „Mi chiamo Francesco Totti” we włoskich kinach i na Amazonie zbiega się z informacjami o możliwym powrocie legendy. Widocznie i do amerykańskich właścicieli klubu dotarła fraza z filmu, że Roma bez Tottiego jest jak miasto bez słońca.

Sznur dzieci ustawia się na szczycie wysokich i szerokich schodów. Po kolei zaczynają powoli iść wzdłuż nich, zstępując stopień po stopniu. Stojące na samym dole dziecko z piłką celuje w tego ludzkiego węża. Wygrywa ten, kto ustrzeli najwięcej kolegów. Grę, którą wspomina jako swoją piłkarską inicjację, Francesco Totti nazywa w filmie o samym sobie, „paparella”. Dźwięczna włoska nazwa pasuje do słonecznej, rzymskiej scenerii szkoły, o której opowiada. Zupełnie nie zdradza tragedii, która za nią stoi. W 1979 roku 33-letni mechanik Vincenzo Paparella, udał się w towarzystwie żony na derby Rzymu. Wystrzelona przez 18-letniego kibica Romy raca morska przeleciała 160 metrów i trafiła w głowę ojca dwójki dzieci, który zmarł w drodze do szpitala. W mieście ogłoszono dzień żałoby, a cała drużyna Lazio wzięła udział w jego pogrzebie. Fani Romy jeszcze lata później wznosili jednak hasła fetujące tamto wydarzenie. Jak widać, także w dzieciństwie Tottiego, który w dniu tragedii miał ledwie trzy lata, w dzielnicach kibiców Romy wciąż nazywano tak trafienie kogoś. Sama ta pozornie niewinna dziecięca zabawa pokazuje, w jakim duchu wychowywał się Totti na rzymskich osiedlach i każe wierzyć w anegdotę o tym, jak jego matka Florella miała kiedyś w niegrzeczny sposób wyprosić spod drzwi skautów Lazio, wyraźnie mówiąc, że mają nigdy więcej nie przychodzić, bo jej syn należy tylko do Romy.

OKAZJE DO HOŁDÓW

Gdyby nie pandemia, premiera filmu o Francesco Tottim byłaby pewnie kolejną okazją, by stolica Włoch pogrążyła się w orgii hołdów oddawanych swojemu bohaterowi. Ze względu na szczególne okoliczności, premiera dokumentu „Mi chiamo Francesco Totti”, na podstawie wydanej wcześniej biografii o tym samym tytule, odbyła się w spokojnej atmosferze. Film, który od października był wyświetlany we włoskich kinach, od tego tygodnia pojawił się we włoskiej części Amazona. Obraz, którego narratorem jest sam piłkarz, to nie tyle jego historia, ile historia jego odwzajemnionej miłości z miastem, w którym spędził całe życie. O tym, że patos nie jest przesadzony, można się przekonać, oglądając kadry z jego ostatniego meczu w karierze, na którym płakał cały Rzym. Kamera przesuwa się wolno pomiędzy krzesełkami. Płacze Totti. Płaczą jego dzieci. Płacze Ilary Blasi. Płaczą żony innych piłkarzy. Płaczą starzy rzymianie w szalikach i młodzi ze smartfonami. Trzynaście lat wcześniej całe miasto było na jego ślubie. W 2017 roku wieczne miasto przyszło pożegnać wiecznego piłkarza.

RUCHOME SCHODY HISZPAŃSKIE

Ujęcia z meczów i bramek Tottiego, przenikają się właśnie ze scenami jego dzikiej popularności. Tego, jak na jego osiemnaste urodziny przychodzi o północy Giuseppe Giannini, idol z dzieciństwa. Tego, jak z okazji jego dwudziestki, trzydziestki i czterdziestki organizuje się wielkie imprezy dla całej śmietanki towarzyskiej stolicy, przypominające te z „Wielkiego piękna” Paolo Sorrentino. Albo tego, jak Totti sam opowiada, że niektórych najpopularniejszych części Rzymu nie widział od lat, bo gdyby się w nich pojawił, nie byłby nawet w stanie wysiąść z samochodu. Zostałby zadeptany jak jakieś Schody Hiszpańskie. Albo Koloseum. Do którego zresztą kiedyś porównał go wściekły Luciano Spaletti. – Łatwiej usunąć z Rzymu Koloseum niż Tottiego – powiedział. To nie był komplement, lecz bezradność. Bo kiedy wychowanek przestał już być zbawcą, został balastem, którego nie można było ruszyć. „Wyrzucasz mnie z domu?” – pytał wściekły piłkarz. „Tottiego się nie tyka” – ostrzegali fani. Potrafili wygwizdać trenera nawet po upokorzeniu Milanu na San Siro. Za to, że ani na minutę nie pokazał im ich ulubieńca. Wściekły trener, na zarzuty, że nie traktuje już Tottiego jak piłkarza, odpowiadał, że to właśnie on, jako jedyny, traktuje go jak piłkarza

CUKIERKOWA MOTYWACJA

Oczywiście, że nie licząc spięć ze Spalettim, to jest cukierkowa historia. Chyba najbardziej w momencie, gdy opowiada, jak pierwszy raz przyprowadził na stadion celebrytkę Blasi, z którą jeszcze wtedy nie był, ale już zamierzał. Na derby Rzymu założył pod strój meczowy koszulkę z napisem „6 unica” („jesteś wyjątkowa”). Zaliczył trzy asysty, jego drużyna prowadziła w najważniejszym meczu sezonu, ale ciągle był niezadowolony, bo nie mógł pokazać, co nosi na brzuchu. Dopiero strzeliwszy lobem pięknego gola, jednego z ładniejszych w karierze, mógł wysłać pozdrowienia swojej piękności. Co daje widzom pouczający wgląd w psychikę piłkarza. Kibicom, przychodzącym na trening przed derbami, wydaje się, że zmotywowali zawodników, bo krzyknęli „tylko zwycięstwo, hej w derbach tylko zwycięstwo”. Tymczasem bardziej motywująca niż derby, może być kobieta oglądająca derby.

OBIEKT KPIN

Te fragmenty pokazują też kicz, towarzyszący postaci Tottiego niemal przez całą karierę. Bo z jednej strony w Rzymie kochano go, jak pewnie nie będzie się już kochać nikogo. A z drugiej, w całych Włoszech był często obiektem żartów i kpin. Ze względu na pozerstwo, ubogi zasób słów i właściwie wszystko inne, co kojarzy się ze stereotypem piłkarza. W czasach jego szczytowej popularności zastępował policjantów jako półgłówek, o którym opowiada się w kawałach. Takich z gatunku „co to znaczy carpe diem? – daj mi spokój, nie mówię po angielsku”. Potrafił to jednak odbić, wydając książkę z żartami o samym sobie, która sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy.

POCZUCIE WIELKOŚCI

Śmiano się z niego, ale też z każdym rokiem coraz bardziej go Romie zazdroszczono. Bo naprawdę miała w nim piłkarza, który oparł się wszelkim zalotom Reali, Manchesterów i Milanów tego świata. Kogoś grającego na tak wysokim poziomie, a przy tym tak przywiązanego do nie najsilniejszego przecież klubu, nie miał nikt inny. Dlatego ostatnie miesiące jego kariery w Serie A często zamieniały się w pożegnalne tournée, podczas którym owację na stojąco gotowali mu także kibice innych drużyn. Totti dał klubowi, który istniał od 90 lat i uzbierał w tym czasie marne trzy mistrzostwa Włoch, poczucie, że jest naprawdę wielki. Jest wielki, bo Totti za taki go uznaje. W stolicy Włoch ponoć nietrudno znaleźć osoby, które twierdzą, że kardynał Bergoglio jako papież przybrał akurat takie imię, bo Francesco w Rzymie dobrze się kojarzy.

DZIESIĘCIOKROTNE SCUDETTO

Przy całej jego pomnikowości bijącej z filmu, można sobie jednak również przypomnieć, że mowa o naprawdę świetnym piłkarzu, który sporo wygrał, jak na to, że nigdy nie ruszył się ze swojego miasta. Nie każdy może przecież o sobie powiedzieć, że jest mistrzem świata, królem strzelców Serie A, zdobywcą Złotego Buta i w sięgnął w klubowej piłce po pięć trofeów. Nie o każdym Cristiano Ronaldo mówi, że „to wzór dla wszystkich, bo pokazuje, że nie ma granic wiekowych dobrej gry w piłkę”. Choć po prawdzie, na razie Ronaldo jest na to lepszym dowodem niż Totti. Karierę skończył, zdobywając tylko jedno scudetto, ale sam liczy ich sobie o wiele więcej. Bo „jedno mistrzostwo w Rzymie, to jak dziesięć gdzie indziej”. On mówił to w kontekście świętowania – w innych miastach feta po zdobyciu tytułu trwa tylko jeden wieczór. W stolicy, której w 2001 roku zesłał tytuł, jedna feta mistrzowska następowała po drugiej, przez co świętowanie rozciągnęło się nawet do tygodnia. Ale podobne zdanie byłoby też prawdziwe sportowo. Bo zdobyć z Romą mistrzostwo, pierwsze od osiemnastu lat, naprawdę jest wyczynem. Rok wcześniej, gdy tytuł świętowało Lazio, Totti na kilka dni zamknął się w mieszkaniu, zamykając okna i okiennice. Wspomina to jako najgorsze dni, jakie przeżył kiedykolwiek w tym mieście. To też cały Totti. Puszczający pod publiczkę oko do fanów. Tak, jak wtedy, gdy mówi, że grę w piłkę zaczynał w Lodigiani, czyli „drugiej sile Rzymu”.

5 TYSIĘCY ZA GOLA

Im głębiej reżyser Alex Infascelli cofa się do młodości Tottiego, tym jest ciekawiej. A to dowiadujemy się, że ojciec i wujek dawali mu po pięć tysięcy lirów (około 3 euro) za każdego gola, zanim zorientowali się, że wkrótce w ten sposób pójdą z torbami. A to poznajemy historie z pierwszych lat w Romie, kiedy został ściągnięty z boiska w trakcie spotkania juniorów, w którym strzelił dwa gole, by natychmiast wziąć prysznic i ruszyć na mecz pierwszej drużyny do Brescii, gdzie zadebiutował w Serie A. A to widzimy go, gdy jeszcze przed osiemnastymi urodzinami w debiutanckich derbach Rzymu cwaniacko wymusza rzut karny, co będzie stanowiło zapowiedź wszystkich kontrowersji, które w przyszłości wywoła.

ULTIMATUM BIANCHIEGO

Nade wszystko poznajemy jednak z bliska kulisy historii, które mogły sprawić, że ta piękna opowieść miłosna nigdy by się nie wydarzyła. Bo tuż po debiucie Tottiego Roma stała na skraju bankructwa i uratowało ją tylko wejście do klubu rodziny Sensich. A gdy sytuacja się ustabilizowała, trener Carlos Bianchi upatrzył sobie w miejsce Tottiego Jariego Litmanena, piłkarza o uznanej już marce, zdobywcy Ligi Mistrzów z Ajaksem Amsterdam. Idealną okazję, by mu się przyjrzeć, Argentyńczyk miał podczas towarzyskiego Torneo Citta di Roma. Tottiego miało na nim nie być, ale niespodziewanie nie dostał powołania do reprezentacji młodzieżowej. Został więc w klubie i rozegrał świetny turniej, podczas gdy Fin się nie wyróżnił. Po zakończeniu rozgrywek prezydent Sensi stwierdził przed kamerami, że Totti zostaje. Ani nie zostanie sprzedany, ani wypożyczony. Kiedy Bianchi postawił szefa przed ultimatum, Franco Sensi, jak przystało na rzymianina, wybrał Tottiego. A potem zatrudnił Zdenka Zemana, radykała gry ofensywnej, który – zobaczywszy 21-latka, powiedział mu: „wbiegaj i strzelaj. Z takimi stopami musisz zawsze strzelać”. Posłuchał 307 razy. W ostatnich dniach media huczały o spotkaniu pomiędzy Tottim a nowymi właścicielami Romy na temat jego powrotu do klubu. To oznacza, że Amerykanie odrobili pierwszą lekcję z rzymskiej piłki. Że Roma bez Tottiego jest jak miasto bez słońca. To jedno ze zdań otwierających film.

Podziel się lub zapisz
Michał Trela
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.