Zabawa w kto kogo zje. Instrukcja obsługi Roberta Lewandowskiego

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Spain v Poland - UEFA Euro 2020: Group E
Fot. Marcelo Del Pozo - Pool/Getty Images

Na taki mecz Roberta Lewandowskiego jak z Hiszpanią czekaliśmy z utęsknieniem. I absolutnie nie chodzi o bramkę, będącą pokazem jego siły, bo przecież Aymerika Laporte przestawił jak juniora wchodzącego na trening Bayernu. Bardziej o samo nastawienie, odwagę, wygrywanie pojedynków, emanowanie wielkością i przekonaniem, którymi jako kapitan zarażał pozostałych. Ocena napastników to jedna z większych pułapek świata piłki, w jaką można się złapać, tym bardziej gdy mówisz o Lewandowskim.

Korespondencja z Sewilli

Przed tym meczem Hiszpania bardziej rozmawiała o Alvaro Moracie, niż o samej rywalizacji. Stał się ucieleśnieniem upartości Luisa Enrique, a w poprzednich zawodach ze Szwecją i Portugalią został wygwizdany przez własną publiczność. Morata dzieli naród, a selekcjoner robi wszystko, aby zbudować 28-latka z Juventusu.

Na konferencję wyszedł z hasłem na ustach o wystawieniu „Moraty i 10 innych”. Potem wyjął kartkę niczym Jose Mourinho i zaczął recytować statystyki: 19 goli w 41 meczach, na tym etapie więcej niż Raul czy Fernando Torres, przebił go jedynie David Villa, a w skali międzynarodowej Harry Kane. Ich uścisk po bramce na 1:0 z kadrą Paulo Sousy był zwieńczeniem całego tego procesu psychologicznego, aby Moracie uwić wygodne gniazdko. I pewnie narracja by się odwróciła, gdyby tylko dobił karnego Gerarda Moreno na 2:1.

Kiedy rozmawialiśmy z Alvaro Moratą, zapytałem go o specyfikę gry i oceny napastnika, podając przykład Roberta Lewandowskiego odbieranego skrajnie inaczej w Bayernie Monachium oraz reprezentacji. Interesowało mnie, na ile czuje się uzależniony od pomocników i pozostałych, aby skończyć spotkanie z satysfakcją. „To jest pewna pułapka, gdy grasz w różnych środowiskach. Przywykliśmy, że napastników rozliczamy z goli, ale to czasem bywa mylące. Sam miewałem wiele takich meczów, kiedy czułem się okropnie, niewiele wychodziło, ale dwa razy wbiłem piłkę do pustej bramki i robili ze mnie bohatera. Innym razem, jak ze Szwecją, czułem się świetnie, pracowałem w defensywie, wykonałem sporo odbiorów, pomogłem drużynie, ale nic nie strzeliłem, więc już pojawia się problem” – tłumaczył Hiszpan, który zdobył bramkę z naszą reprezentacją.

Powinna istnieć instrukcja obsługi, jak oceniać napastników pokroju Roberta Lewandowskiego na wielkich turniejach. Największym powszechnie popełniałbym błędem jest kategoryzowanie go – tak jak powiedział Morata – na zasadzie strzelił lub nie strzelił. Bo chociaż nieustannie wymagamy od niego bramek i mamy prawo narzekać po sytuacji z pierwszej połowy, gdy nie pokonał Unaia Simona, to akurat specyfiką tego turnieju jest, że wielu okazji może nie mieć. Tym bardziej grając w słabszej reprezentacji, zdecydowanie odstając poziomem i nazwiskiem od reszty, kiedy cała uwaga przeciwników koncentruje się na Lewandowskim.

Mecz ze Słowacją rzeczywiście był jednym z jego gorszych w drużynie narodowej. Nie pomógł, nie potrafił się uwolnić od Milana Skriniara, wygrał połowę pojedynków w powietrzu, cofał się do rozgrywania, jednak nie wykorzystał swojego potencjału, aby dać nam przewagę w tej rywalizacji. Z Hiszpanią wręcz odwrotnie – cała moc przekonania płynęła z akcji Roberta Lewandowskiego. Jak wtedy, kiedy przejął piłkę na własnej połowie, Unai Simon był wysunięty, przed nim kilku rywali, ale odważnie ruszył na nich, wierząc że poradzi sobie z kilkoma oponentami. Finalnie zadecydowała asekuracja i szybkość Jordiego Alby, jednak impet tej akcji pokazał: próbujmy, tu się nie ma czego bać.

Pewnie nie byłoby tego punktu, gdyby nie gol wyczarowany po ataku pozycyjnym i doświadczenie Roberta Lewandowskiego. Wiedział, jak zaatakować Laporte, aby sędzia nie musiał używać gwizdka, wytrącił go z równowagi, zawisnął nad nim, nie dał mu szans swoją siłą fizyczną i sprytem – dał lekcję środkowego obrońcy, za którego Manchester City zapłacił 65 mln euro. Za chwilę za podobną, pewnie nieznacznie mniejszą kwotę, może odejść z Villarrealu Pau Torres, a też był przestawiany do tego stopnia, że pomocy zwykle szukał u arbitra. Błagalny wzrok mówił wiele: odgwiżdżesz wreszcie faul? Ale pan Daniele Orsato widział, że kapitan Polaków robi swoje.

„Zachęcałem zawodników, by byli bardziej odważni. Widzieliśmy na boisko kilku liderów, ale przede wszystkim Roberta Lewandowskiego. Jeśli masz takiego zawodnika, jednego z najlepszych na świecie, który potrafi tak walczyć, to ma to ogromny wpływ na zespół” – powiedział Paulo Sousa. Zwykle oczekujemy od Lewandowskiego rzeczy nierealnych, widzimy w nim kogoś, kim nie jest, bo de facto stał się najlepszym napastnikiem świata. Ale jak wszyscy ma swoje ograniczenia i pewną charakterystykę gry. Mecz z Hiszpanią powinien być wizytówką tego, czego od niego oczekiwać w trudnych rywalizacjach z lepszymi od siebie.

Oczekując od niego roli lidera, nie możemy wymagać, że zaskoczy bombą z 30 metrów jak Gareth Bale, bo chociaż potrafi strzelać z dystansu, to zwykle szuka pewniejszych rozwiązań bliżej bramki. Nie możemy oczekiwać, że będzie jak Romelu Lukaku odjeżdżać rywalom jak pociąg. Nie możemy oczekiwać, że będzie dryblował między rywalami jak Memphis Depay ani bawił się piłką jak Kai Havertz.

Część z tych rzeczy na pewno wykona, ale Lewandowskiego powinniśmy rozliczać z jego gry. Czyli właśnie takiej jak w Sewilli, kiedy niezwykle mądrze rozgrywał piłkę, dawał oddech utrzymując się przy niej, przede wszystkim wywoływał strach w stoperach i przestawiał ich jak nowicjuszy na tym poziomie. Pau Torres i Aymeric Laporte, wcale nie małe chłopy, odbijały się od niego.

Lewandowski zbudował przewagę mentalną, bo kiedy się zbliżał, nie czuli już takiej pewności. A za nim poszli inni. I o to powinno chodzić w naszej grze, ale też kapitan musi czuć wsparcie: kogoś do grania obok jak Świderskiego albo do strącania mu piłki, kogoś pokazującego się do gry jak Zieliński albo nie obawiającego się ryzyka i ruszenia do przodu jak Moder. Jak zaznacza Sousa: tajemnica nie tkwi w nazwiskach, a w nastawieniu.

Ferran Torres wypalił przed tym spotkaniem, że chociaż podziwia Lewandowskiego i ma go za idola w kwestii podejścia do pracy, to nie obawia się go, bo środkowi obrońcy Hiszpanów „zjedzą go”. Luis Enrique najpierw nie wierzył, że 21-latek to powiedział, zrzucił na interpretację dziennikarzy, po czym odbył z nim rozmowę wychowawczą i jeszcze skarcił w pomeczowym wywiadzie: „Ferran musi się jeszcze wiele nauczyć, teraz to zwróci się przeciwko niemu”.

Przebojowy chłopak z Manchesteru dostał szybką lekcję pokory. Bo chociaż Lewandowski ze Słowacją nie wyglądał dobrze, to z Hiszpanią natchnął inspiracją i ustawił spotkanie. Tak jak powinniśmy tego od niego wymagać. Gra Lewandowskiego z obrońcami polega na tym, by pokazać swoją potęgę w wielu aspektach: fizyki, sprytu, szybkości reakcji. Zwykle to Polak gra sam na kilku. Ale tym razem to jemu udało się, jak to narzucił w narracji Ferran, połknąć przeciwników.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.