Z taką skutecznością nie będzie TOP4. Liverpool znów powtórzył doskonale znany motyw

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Liverpool v Newcastle United - Premier League - Anfield
Fot. David Klein/PA Images via Getty Images

Mecz z Newcastle był dla Liverpoolu niczym powolna śmierć. Mimo że zaczęło się od prowadzenia już w trzeciej minucie, to każda kolejna, która upływała na Anfield zbliżała gospodarzy do tego, by potwierdziła się znana piłkarska prawda o niewykorzystanych sytuacjach. Raz w doliczonym czasie się The Reds upiekło, za drugim już nie. Stracone punkty oddalają ich od TOP4, ale frustrować musi kolejne spotkanie według tego samego scenariusza.

Liverpool i zmarnowana dogodna sytuacja bramkowa to już w tym sezonie Premier League niemal nierozłączny duet. W sobotnim meczu przeciwko Newcastle wszystko wprawdzie zaczęło się bardzo dobrze, od prowadzeniu po golu Mohameda Salaha już w trzeciej minucie, ale z każdą kolejną wśród kibiców narastała złość. Ani Egipcjanin, ani Diogo Jota, ani Roberto Firmino, ani Sadio Mane i wszyscy inni gracze, którzy mieli dobre szanse bramkowe, nie umieli ich wykorzystać i z drużyny uchodziło powietrze.

Piłkarze Newcastle tymczasem zwietrzyli szansę. Nawet gdy VAR wymazał wyrównują trafienie Calluma Wilsona z ostatniej minuty, nie załamali się. W doliczonym czasie bramkę na 1:1 zdobył Joe Willock – superrezerwowy, którego gole dawały w ostatnich tygodniach remis z Tottenhamem, wygraną z West Hamem i teraz kolejny punkt z Liverpoolem – i dopełnił doskonale znany scenariusz, według którego przebiega w tym sezonie wiele spotkań The Reds.

Steve Bruce mógł triumfować, bo wie, że Srokom niemal nie grozi już spadek, za to po drugiej stronie znów było mnóstwo złości i wzjemnych pretensji. – Kiedy strzelisz po pierwszej akcji, a potem marnujesz drugą, trzecią i czwartą, to pewność siebie stopniowo spada – mówił po meczu Jürgen Klopp. Nawet on jednak nie dowierzał, że jego drużynie stało się to po raz kolejny.

Ten rok to dla Liverpoolu jedna wielka niemoc na Anfield. W meczach u siebie zdobył tylko pięć punktów na możliwych 27. Spośród wszystkich drużyn w Premier League gorszy bilans w roli gospodarza ma w tym czasie jedynie Fulham, które nie umie wydostać się ze strefy spadkowej. W tych spotkaniach domowych Liverpool oddał 146 strzałów i mniej niż 3% z nich wpadało do siatki.

Sobotni remis dałoby się jeszcze zaakceptować, gdyby nie fakt, że to powrót starych bolączek. Kiedy na przełomie grudnia i stycznia The Reds się zablokowali, można było odnieść wrażenie, że co kolejkę rozgrywają taki sam mecz – przeważają, atakują, strzelają, ale nic nie wpada do bramki, a rywalowi wystarczy pół sytuacji i tę zamienia na bramkę na wagę remisu albo zwycięstwa.

Liverpool już w poprzedniej kolejce wrócił do złych nawyków. Objął prowadzenie z Leeds i nie poszedł za ciosem, za to w drugiej połowie dał się rywalowi zepchnąć i w końcu zremisował, a mógł nawet przegrać. Minęło kilka dni i z Newcastle stało się to samo. Znów w bolesnych okolicznościach (bramka na 1:1 dla Leeds padła przecież w 87. minucie) i znów w momencie, w którym można było wiele zyskać.

Dla piłkarzy Kloppa to kolejne frustrujące popołudnie. Według expected goals „wygrali” 2.85 do 0.86, jednak pękli w decydującym momencie, ale sami się w ten dołek wkopali. Takich meczów rozegrali jednak w tym sezonie całą masę:

– prowadzili 2:1 z Evertonem, by zremisować 2:2,

– prowadzili 1:0 z Manchesterem City i skończyło się remisem 1:1, – w 92. minucie stracili gola na wagę remisu 1:1 z Brightonem, – prowadzili 1:0 z West Bromem, nie wykorzystali wielu okazji, a rywal trafił po jednej z niewielu i wywiózł z Anfield remis

– zremisował z Newcastle 0:0 mimo wielkiej przewagi, a kilka dni później w meczu o podobnym przebiegu przegrał 0:1 z Southamptonem, – przegrał po 0:1 na własnym stadionie z Burnley, Brightonem i Fulham, choć w każdym meczu mógł strzelić po kilka goli

Co gorsza, większość ekip stanowią tutaj te z dolnej połowy tabeli. Stracone punkty z nimi bolą najbardziej. Z zespołami, które zajmują obecnie miejsca od 11. do 20., Liverpool uzbierał tylko 23 punkty w 16 meczach. Dla ekipy, któa broni mistrzostwa Anglii, to wstydliwy bilans. Szczególnie, że bez wygranych nad czerwoną latarnią Sheffield United, robi się jeszcze gorzej i zostaje 17 oczek w 14 spotkaniach!

Ostatnie tygodnie przyniosły nadzieję na poprawę. Od wpadki z Fulham udało się piłkarzom Liverpoolu wygrać trzy kolejne spotkania, aż przytrafiły się dwa niemal identyczne spotkania z Leeds oraz Newcastle. Kiepskiej skuteczności nie naprawił też fakt, że Klopp wystawił wszystkich czterech najlepszych ofensywnych graczy – Salaha, Mane, Jotę i Firmino.

– To kusząca perspektywa – mówił niemiecki menedżer o takim rozwiązaniu przed sobotnim meczem. – Nie mogliśmy jednak tego ustawienia zbyt często wykorzystywać, bo zawsze ktoś miał problemy zdrowotne – dodawał. W końcówce sezonu wszyscy czterej są jednak gotowi i szczególnie powrót Joty w ostatnim czasie dał tej ofensywie iskrę. Portugalczyk jednak zatracił swój magiczny dotyk w ostatnich dwóch meczach i przeciwko Newcastle sam mógł podwyższyć wynik kilka razy, ale przed upływem godziny został jednak zmieniony.

Słaby sezon rozgrywa Mane, który za często kombinuje, a za rzadko opiera się na instynkcie i wybiera trudniejsze rozwiązania niż to konieczne. Jeśli doliczymy do tego Salaha, który za często gra pod siebie (ile razy w tym sezonie można było mieć do niego pretensje, że nie podał do lepiej ustawionego kolegi w polu karnym) oraz pomocników, którzy praktycznie nie wnoszą liczb do ofensywy, mamy pełen przekrój problemu. TOP4 to coraz bardziej odległy cel, a z taką skutecznością zwyczajnie nie uda się go osiągnąć.

Widać również, jak bardzo doskwiera brak liderów. Bez Virgila Van Dijka i Jordana Hendersona na boisku, nie ma nikogo, kto mógłby poderwać kolegów do walki i samą mową ciała pokazywać, że wszystko jest pod kontrolą. Urazy to inny motyw, jaki towarzyszy The Reds od początku sezonu, ale poza tym, że ograniczają one pole manewru menedżerowi, to przekładają się na morale zespołu. Henderson czy Van Dijk to punkty odniesienia, którzy regularnie rozstawiają kolegów po boisku i zawsze dają sygnał do walki. Bez nich reszta zdaje się chować od odpowiedzialności.

Podczas piątkowej konferencji prasowej Klopp stwierdził, że jego drużynę czeka do końca sezonu sześć finałów. Pierwszego nie potrafili wygrać i do końca kolejki muszą nerwowo obserwować wyniki innych z nadzieją, że stracą jak najmniej. Kiepską wiadomość jest też ta, że za tydzień trzeba będzie pojechać na mecz z Manchesterem United i tam wpadka nie wchodzi w rachubę. W przeciwnym wypadku nawet korzystny terminarz w końcówce (Southampton, West Brom, Burnley, Crystal Palace) nie pozwoli wrócić do Ligi Mistrzów. Patrząc jednak na problemy, które ciągną się za Liverpoolem od miesięcy, coś takiego jak „korzystny terminarz” nie istnieje.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.