Z NOGĄ W GŁOWIE. Trenerze, nie wychylaj się. Czy naprawdę lubimy wyraziste postaci?

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
derby Krakowa
Jakub Gruca/400mm

Gdzie spojrzeć, tam widać narzekania, że polskiej lidze brakuje twardych charakterów, ludzi wywołujących emocje, piłkarzy oraz trenerów idących pod prąd. Kiedy jednak ktoś próbuje wprowadzać do futbolu element show także poza boiskiem, natychmiast jest równany z ziemią. Znacznie łatwiej być spokojnym, skromnym i cichym.

Lata temu, gdy nadawano polskim trenerom przydomki zaczerpnięte od popularnych zagranicznych postaci, coś ewidentnie poszło nie tak. “Polskim Mourinho” w często powtarzanej narracji został Czesław Michniewicz, zdecydowanie najbardziej otwarty na media polski trener. “Polskim Guardiolą” ochrzczono Michała Probierza, którego styl gry, ale też sposób myślenia o piłce, stawia dokładnie na przeciwległym biegunie niż trenera Manchesteru City. Wystarczyło kilka razy się nie ogolić i nie być przesadnie kędzierzawym, by zostać połączonym w niewłaściwą parę. Odkręcanie tego po latach jest niemożliwe. A szkoda, bo jeśli szukać podobieństw, Probierz to wykapany polski Mourinho. Widać to zarówno w ich momentach chwały, jak i porażki.

MENTALNI BRACIA

Obaj doszli na sam szczyt, stosując cyniczne metody i promując pragmatyczne podejście do gry. Gdzieś po drugiej stronie byli ci, którzy chcieli się futbolem bawić. Oni byli tymi, którzy zawsze chcieli psuć zabawę. Przywiązywali wagę do defensywy, stałych fragmentów gry i kontrataków. Potrafili się taktycznie zmieniać w zależności od drużyn, które prowadzili. Na każdą porażkę mieli wytłumaczenie, wchodzili w każdy konflikt, byli głównymi gwiazdami swoich klubów. Zawsze mieli przygotowaną odpowiedź. Nigdy nie dawali się wytrącić ze swojej narracji. Budowali oblężoną twierdzę. Uwielbiały ich media i kibice drużyn, które prowadzili. Nie cierpieli fani przeciwników. Kiedy zwracano im uwagę na brzydki styl, wyciągali listę własnych osiągnięć. Jednocześnie obaj nigdy nie pozostawiali wątpliwości, że występując publicznie, naciągają na twarze maski. Przyprawiają sobie gęby, których na co dzień wcale nie noszą, będąc podobno całkiem normalnymi facetami.

ZUŻYTE GIERKI

Mniej więcej w podobnym momencie pojawili się na wielkiej i małej scenie, w podobnym czasie osiągali szczyty i w podobnym czasie zgaśli. Przestali być modni. Oni się nie zmienili, ale zmienił się świat. Ich proste tricki psychologiczne spowszedniały. Do szatni weszły pokolenia piłkarzy, którzy potrzebują nawiązać z trenerem relację. Futbol oparty na samym pragmatyzmie zaczął przegrywać walkę o uwagę. Przez co trenerzy, którzy kiedyś byli gwarancją sukcesu i teraz także potrafili przez jakiś czas pokazywać, że jeszcze sporo potrafią, musieli oddać laury innym. Ci, którzy wcześniej nie byli aż tak wyraziści, mogli się zmienić, ewoluować, rozwinąć. Jednak Probierz i Mourinho byli aż tak przerysowani, że gdy przestało to robić wrażenie, nie mogli po prostu zdjąć masek i zacząć działać zupełnie inaczej, bo nie byliby wiarygodni. Jest więc ryzyko, że zamiast rozsiadać się na szczycie, będą się od niego coraz bardziej oddalać.

UWAGA NA PROBIERZA

Łączy ich również to, że ich upadek cieszy opinię publiczną bardziej niż niepowodzenia kogokolwiek innego. Cracovia przez lata nie była klubem, który generowałby masę kliknięć i wielki szum medialny. Zmieniło się to dopiero, gdy przejął ją Probierz. Każdy artykuł z trenerem Pasów na zdjęciu, z jego wypowiedzią w tytule, zaczął wywoływać reakcje. Zwykle negatywne. I nie tylko z Krakowa, lecz także z innych stron. Cracovia, która wcześniej była poza swoim miastem raczej neutralna, dla wielu osób przestała taka być. Na Cracovię zaczęło się w Polsce zwracać uwagę. Jednak zwykle była to uwaga skierowana na Probierza. I życząca mu jak najgorzej. Kiedy wiodło mu się dobrze, wypominano, że nie ma jeszcze ani jednego mistrzostwa Polski, że ma fatalny bilans w pucharach, sprowadza obcokrajowców i jego gry nie da się oglądać. Kiedy wiedzie mu się źle, wszystkie te głosy jeszcze bardziej się nasilają.

ATAKOWANY HYBALLA

To chyba nie jest jednak kwestia tylko tego, że akurat Probierz niektórym ludziom działa na nerwy. Zjawisko jest raczej szersze. W znacznie mniejszej skali, bo jest tu krócej, doświadcza go właśnie Peter Hyballa z Wisły Kraków, który pod względem szumu tworzonego wokół siebie tylko nieznacznie ustępuje derbowemu rywalowi. Od kilku tygodni Niemiec obrywa ze wszystkich stron, choć jakichś bardzo wyraźnych powodów jeszcze do tego nie dał. Owszem, z drużyną z dołu tabeli przegrał cztery mecze z rzędu, co drużynom z dołu tabeli dość często się zdarza i zdarzało się też większości jego poprzedników w Wiśle. Hyballa jednak jest atakowany głośniej, bo wcześniej głośniej zapowiadał, czego to nie zrobi.

PIĘTNOWANIE POSTACI

Często mówimy, jak nam brakuje wyrazistych postaci. Jaka ta nasza liga nudna, jakie wywiady miałkie, jakie powtarzalne konferencje. Wspominamy z rozrzewnieniem postacie sprzed lat, które wyłamywały się z utartych schematów. Kiedy usłyszymy jakiś cytat ze Zlatana, jeszcze bardziej czujemy, jak smutna i szara jest ekstraklasa. Kiedy jednak pojawi się ktokolwiek, kto wyjdzie poza utarte schematy i bezpieczne ścieżki, ten może się liczyć z tym, że zostanie zaatakowany ze zdwojoną siłą. Nie muszą to być postaci aż tak uwielbiające medialny szum, jak Probierz i Hyballa. Może być Tymoteusz Puchacz mówiący, że “Mainz dostanie w trąbę”. Może być Nenad Bjelica krytykujący VAR. Czy Wojciech Pawłowski, który takim jak Saganowski łapie jedną ręką. Tyczy się to jednak nie tylko polskiej ligi, bo tak samo narzekano na paplanie Kamila Grabary, czy fikuśne płaszcze Grzegorza Krychowiaka. Wszystko, co choć trochę odbiega od panującej normy, jest natychmiast piętnowane. A potem tęskni się za postaciami.

LEPIEJ BYĆ NUDNYM

Młody piłkarz czy trener, wchodzący w świat polskiego futbolu, kiedy widzi, co się dzieje ze starszymi od niego, może dojść do tylko jednego wniosku: warto być nudnym. Trzeba udzielać nieciekawych wywiadów albo najlepiej nie udzielać ich wcale. Wtedy jest mniejsze ryzyko, że wokół kogoś rozpęta się negatywny szum. W mediach społecznościowych raczej nie zostawiać opinii. Wrzucać tylko grafiki meczowe z podpisami “Tylko zwycięstwo!” albo “Walczymy do końca!”. Nie wystawiać się do strzału, bo gdy tylko wychyli się nos zza firanki, za oknem czeka armia gotowa do ataku.

SYMPATYCZNY FABIAŃSKI

Obserwując reakcje na to, co robią wyraziste postaci, dochodzę do wniosku, że tak naprawdę w Polsce ich nie lubimy, nie tęsknimy za nimi i nie chcemy ich widzieć. Być może to stąd bierze się wciąż dość spore grono zwolenników wystawiania Łukasza Fabiańskiego kosztem Wojciecha Szczęsnego w reprezentacyjnej bramce. Nie ma to wiele wspólnego z porównaniem ich umiejętności bramkarskich, które są na tak zbliżonym poziomie, że aż tak wielkiej różnicy dla polskiej kadry nie ma. Szczęsny jednak pali papierosy, przez co miał problemy w Arsenalu, ma żonę celebrytkę, aktywnego medialnie ojca i sam udziela bardzo ciekawych wywiadów. Fabiański sprawia wrażenie po prostu sympatycznego i grzecznego. Widać, że ma charakter, ale swoje zdanie zazwyczaj zachowuje dla siebie. Przez co jest bardziej lubiany niż rywal, który czasem wywołuje szum nie tylko tym, jak gra.

NIEKONSEKWENCJA ŚRODOWISKA

Nie mam tu zresztą do nikogo pretensji. Sam w wielu z tych akapitów odnajduje siebie. Tak, odczuwam znacznie większą sympatię względem Fabiańskiego. Nie, nie mam dobrego zdania o Grabarze. Tak, wyżej cenię Marcina Brosza niż Michała Probierza. I tak, myślę, że Hyballa za mało w Wiśle zrobił, w stosunku do tego, co obiecywał. Warto jednak mieć świadomość, że jesteśmy w tej kwestii jako środowisko niekonsekwentni. Jeśli naprawdę chcemy, by w lidze były wyraziste postaci, które wywołują emocje, nie powinniśmy czuć oburzenia, gdy Probierz następnym razem zaatakuje dziennikarzy, a Hyballa skrytykuje piłkarzy. Ostatecznie derby Krakowa z Hyballą i Probierzem na ławkach, zapowiadają się znacznie ciekawiej niż takie, w których obie drużyny prowadziliby skromni i grzeczni trenerzy mówiący o pracy i skupieniu na najbliższym meczu. Jeśli chcemy futbolu jako show nie tylko boiskowe, upadek Mourinho i Probierza powinien być raczej powodem do zmartwień niż triumfów.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.