Z NOGĄ W GŁOWIE. Trener jak James Bond. Tymczasowi strażnicy klubowej tożsamości

Zobacz również:TYGODNIÓWKA #23. Namalowany na murach, wyryty w sercach. Surowy szef, który bywa ojcem i bratem na zawsze wszedł do rodziny Liverpoolu
mural
fot. Simon Stacpoole/Offside/Getty Images

To paradoks współczesnej piłki, że najbardziej chwiejne stanowisko w branży coraz częściej jest jednocześnie tym, które ma być klubową banderą. Świadectwem tego, czym klub jest, albo czym chciałby być. Współczesny trener rządzi już nie tylko szatnią. Jest liderem całej społeczności. Może dlatego blisko połowa klubów z najsilniejszych lig europejskich zatrudnia trenerów, którzy pracowali dla nich wcześniej na innych stanowiskach.

Awantura, która niedawno wybuchła w Moenchengladbach po decyzji Marco Rosego o odejściu do Borussii Dortmund, pokazała bardzo wyraźnie, że kibicowsko-medialny świat ma wobec trenerów inne oczekiwania niż wobec piłkarzy. O ile wszyscy zaakceptowali już dawno, że piłkarze grają dla pieniędzy oraz sukcesów i w kwestii planowania kariery muszą być indywidualistami, o tyle wobec trenerów zwykle tej akceptacji nie ma. Niemal każdy, kto decyduje się odejść, bo gdzie indziej widzi lepsze możliwości rozwoju, wywołuje burzę. Akceptowalny przez środowisko sposób zakończenia relacji na linii trener – klub to zerwanie kontraktu przez klub. Ewentualnie odejście trenera na urlop spowodowany zmęczeniem, wypaleniem, problemami zdrowotnymi, czy chęcią poprawienia relacji rodzinnych. Jeśli trenerem powoduje wyłącznie kariera – sukcesy, trofea, lepsze perspektywy, bardzo często jest narażony na ostracyzm. Niezależnie od tego, czy mowa o Niko Kovacu zamieniającym Eintracht Frankfurt na Bayern, czy o Dariuszu Kubickim, przeprowadzającym się z Bielska-Białej do Nowosybirska. Jest burza, są rozczarowani kibice i zdradzeni piłkarze.

TRENER JAKO BANDERA

To zjawisko wiąże się z ciągłym wzrostem znaczenia trenerów w branży piłkarskiej. Nie tyle wzrostem znaczenia na wyniki zespołu, bo to przełożenie wciąż nie za bardzo widać, ile na samopoczucie społeczności wokół klubu. Kibice przyzwyczaili się, że do piłkarzy nie ma sensu za bardzo się przywiązywać. W wielu miejscach świata nie traktuje się działaczy własnego klubu jako przesadnie mądrych ludzi. Za to dobry trener potrafi być najważniejszą osobą w życiu każdego kibica. Słucha się, co powiedział na konferencji prasowej. Z zachwytem czyta się relacje piłkarzy na temat metod trenera. Widzi się w nim kogoś, którego decyzjami nie rządzi chęć zarobku, czy wypromowania się do lepszego klubu, jak w przypadku piłkarzy, ani też zrównoważenia budżetu, jak w przypadku działaczy. Trener zwykle chce tego samego, co kibice. By klub jak najwięcej inwestował w drużynę. By odnosiła sukcesy. By ciągle, z roku na rok, rosła. Jeśli ktoś, kto namawia piłkarzy do projektu, przekonując ich znakomitymi perspektywami, jakie będą mieli w danym miejscu, odchodzi, bo gdzieś dostrzeże lepsze możliwości rozwoju, sam często jest traktowany jak zdrajca.

DNA W ZGLOBALIZOWANYM ŚWIECIE

Być może dlatego tak wiele klubów robi coś tak pozornie nieracjonalnego, jak zatrudnianie trenerów, którzy już kiedyś w danym miejscu pracowali. To nielogiczne, bo przecież zawęża się w ten sposób rynek. Teoretycznie każdy trener w każdym miejscu powinien pracować z pełnym zaangażowaniem, bo od tego, jak sobie poradzi, zależy jego pozycja na rynku. Teoretycznie wszystkie kluby są już takie same, bo piłkarze krążą między nimi jak nomadzi, a jakieś specyficzne dla danego miasta czy państwa klimaty już z większości szatni zniknęły. A jednak im bardziej zglobalizowany jest futbol, tym częściej słyszy się o „klubowym DNA” i o „tożsamości”. I zwykle słyszy się to w kontekście trenerów.

SKLEJENIE WIZERUNKÓW

Jeśli spojrzeć na największe kluby świata, uderza, jak wiele z nich zatrudnia obecnie jako trenerów swoich byłych piłkarzy. Robią tak Real Madryt, Barcelona, Atletico, Paris Saint-Germain, Bayern Monachium, Juventus, Manchester United, Lazio czy Arsenal. Kilka innych klubów, jak Borussia Dortmund czy Bordeaux sięgnęło po ludzi, którzy pracowali już w klubie na innych stanowiskach. Łącznie blisko połowa (44%) trenerów pracujących obecnie w najsilniejszych ligach Europy była już wcześniej w jakiejś roli zatrudniana w swoich klubach. Od ludzi, którzy żyją na walizkach i podkreślają, że zawsze są spakowani, zaczęło się oczekiwać, że będą banderami. Uosobieniami tego, jak klub chciałby być postrzegany. Najlepiej to sklejenie wizerunków widać w przypadku Borussii Dortmund i Juergena Kloppa, gdzie klubowe hasło „Echte Liebe” idealnie zlewało się z bluzą z kapturem i czapeczką z daszkiem jej trenera. W badaniach przeprowadzonych w 2019 roku, cztery lata po odejściu trenera z Dortmundu, już po jego największych sukcesach z Liverpoolem, 25% respondentów wciąż jako jedno z pierwszych skojarzeń z BVB wymieniało Kloppa.

klopp-e1595360541940.jpg
Getty Images

WAŻNA OSOBA W ŻYCIU

O szczególnej relacji trenera z kibicem pięknie pisał swego czasu Michał Okoński, który nie ukrywał, że Mauricio Pochetino stał się ważną osobą w jego życiu. Nie dlatego, że poprowadził jego ulubiony Tottenham do sukcesów. A przynajmniej nie tylko dlatego. Dlatego, że to, co mówił o swojej drużynie, piłkarzach, relacjach w grupie, można było łatwo odnieść do własnego życia, relacji w pracy, czy w rodzinie, wychowywania dzieci, czy wymagania od samego siebie.

NOWE EMOCJE

W jakimś sensie sam tego doświadczam. Roberta Kasperczyka na pewno nie wskazałbym jako życiowego przewodnika, zbyt jawnie obnosił się z niepasującymi mi poglądami. Jednak o dziwo, po latach przerwy, zacząłem się od tego roku emocjonować meczami Podbeskidzia. Jasne, że zawsze życzyłem mu dobrze, sprawdzałem wyniki, oglądałem mecze i byłem na bieżąco. I cieszyłem się, gdy wygrywało. Jednak nawet awans do ekstraklasy nie wywołał jakiejś ponadprzeciętnej euforii. Tłumaczyłem to sobie dziennikarską znieczulicą, która wielu dopada. Teraz czuję po hormonach, że nawet wybronienie jakiegoś rzutu rożnego daje mózgowi pozytywny zastrzyk. Nie czułem tego za Krzysztofa Bredego. Nie czułem za Adama Noconia. Jana Kociana. Dariusza Dźwigały. Roberta Podolińskiego. Dariusza Kubickiego (oj, zdecydowanie nie). Ani Leszka Ojrzyńskiego. Poprzednio czułem za Czesława Michniewicza, bo on jako ostatni roztoczył w kibicach poczucie, jakby był najszczęśliwszy na świecie, że pracuje akurat tam. To dziwne, bo pewnie nie był. Ale potrafił stworzyć takie wrażenie.

IRRACJONALNA ULGA

Gdy w grudniu Podbeskidzie szukało trenera, chciałem, by wzięło kogoś, kto będzie najmocniejszy merytorycznie i który wedle racjonalnych przesłanek da największe szanse na utrzymanie. Nie trafiały do mnie argumenty typu „zna klub”, bo co to niby miałoby zmienić? Czasem nawet lepiej, gdyby nie znał. Sięgnięcie po Kasperczyka było tego przeciwieństwem. Graniem na sentymentach, uderzaniem w czułą strunę kibiców i całego otoczenia, ale trudnym do rozumowego obronienia. A jednak, gdy podpisał kontrakt, poczułem coś w rodzaju ulgi. Że nawet jeśli się to nie uda, mój klub będzie miał trenera, którego też uznaję za mojego. W którego życiu Podbeskidzie to naprawdę szczególne miejsce. I który doda walce o utrzymanie ludzki aspekt. Nie dość, że nie chcę, żeby spadło Podbeskidzie, to jeszcze nie chcę, żeby spadł Robert Kasperczyk. Bo czuję do niego sympatię. Jak widać, sama świadomość istnienia tego mechanizmu, nie chroni przed jego działaniem.

LUDZKA STRONA TRENERA

W pracy trenera najważniejszy wcale nie jest bowiem aspekt merytoryczny, lecz ludzki. Ten, który najtrudniej zmierzyć i który najtrudniej poznać na odległość. Sięgając po trenerów, którzy już w klubie byli, działacze nie tylko grają na pozytywnych wspomnieniach kibiców, sponsorów i lokalnych mediów. W pewnym sensie minimalizują ryzyko wpadki. Często nie mają oczywiście pojęcia, jak ktoś poradzi sobie z typowo trenerskimi aspektami pracy, jednak tutaj ewentualne braki można zatuszować bardzo dobrym merytorycznie sztabem. Za to wiedzą, czy trener, którego zatrudniają, jest charyzmatycznym liderem, jakie ma podejście do pracy, czy jest profesjonalistą, czy leniem, czy dobrze się czuje w danym mieście, czy mówi „dzień dobry” pani Władzi z pralni i czy zdemoluje ściankę działową, jeśli dowie się, że czegoś nie uda się czegoś załatwić po jego myśli, pomaga w podjęciu dobrej decyzji. Kluby w Polsce nie różnią się pod tym względem od reszty świata i też chętnie sięgają po trenerów, których już znają. Zrobiło tak nie tylko Podbeskidzie. Marcin Brosz i Radosław Sobolewski w przeszłości grali w drużynach, które dziś trenują, a Dariusz Żuraw i Piotr Tworek pracowali wcześniej w strukturach klubu na innych stanowiskach. Podobnie zadziałała w niedalekiej przeszłości choćby Wisła Kraków z Maciejem Stolarczykiem, czy Legia Warszawa z Aleksandarem Vukoviciem.

ELEMENT WARSZTATU

Nie jest oczywiście tak, że tylko trener, który wcześniej spędził lata w danym klubie, może zostać postacią, z którą utożsamiają się kibice. Jest mnóstwo przykładów ludzi z zewnątrz, którym udało się to osiągnąć. Przecież Pochetino nigdy nie grał w Tottenhamie, Michniewicz nie szkolił młodzieży w Podbeskidziu, a Klopp nie pracował w akademii Borussii Dortmund. By jednak to osiągnąć, trzeba mieć naturalną albo wypracowaną umiejętność zjednywania sobie ludzi. Poruszania tłumów. Zdobywania rządu dusz. Trener w tym ujęciu jest nie tylko liderem szatni i ważną osobą w klubie, ale też trybunem ludowym. W takiej sytuacji jest bardzo ważne, by komunikat, który przekazuje, pasował do klubu, w którym pracuje i by ludzie, do których jest kierowany, się z nim utożsamiali.

DOPASOWANIE KOMUNIKATU

Myślę, że Peter Hyballa pasuje do Wisły Kraków nie tylko dlatego, że jest dobrym trenerem i chce grać szybką piłkę, lecz także dlatego, że jest pewny siebie i lubi być w centrum uwagi. Wywoływać szum. Nawet jeśli Wisła Kraków to nie jest potęga i wcale nie najlepsza jest, on zachowuje się, jakby była. I ludziom to pasuje. Wisła potrzebuje lidera społeczności, o którym kibice powiedzą: „Wodzu, prowadź na fetę na rynku”. Ktoś, kto mówi o tym, że trzeba zająć piętnaste miejsce i szanować każdego rywala, nie pasowałby do Wisły. Za to pasowałby do Podbeskidzia. Kogoś, kto w Bielsku-Białej przemawiałby jak Hyballa, traktowałbym nieufnie i uznał, że prowadzi do niechybnej katastrofy. Z drugiej strony, z każdym miesiącem coraz bardziej też widać, jak bardzo nie pasuje pragmatyczny i niemający sentymentów Michał Probierz do Cracovii, klubu z nutką romantyzmu, lubującego się w pięknych katastrofach i pławiącego się w fatalizmie Pilcha. Starzy kibice Cracovii kochają Wojciecha Stawowego albo ewentualnie Jacka Zielińskiego, którzy osiągnęli mniej niż Probierz, ale ładniej. Gdyby dziś ogłoszono, że któryś z nich wraca, sporo osób w Krakowie ponownie odnalazłoby pasję do Pasów. Nawet jeśli racjonalnie wiedziałyby, że ze Stawowym ani nie wygrają żadnego pucharu, ani nie zakwalifikują się do Europy. Ale przynajmniej ICH klub będzie prowadził ICH trener.

OCZEKIWANIE WIERNOŚCI

Problemem tego rodzaju trybunów ludowych zawsze jest to, że jeśli już rozkochają w sobie tłum, oczekuje się od nich, by zostali na długie lata i naprawdę prowadzili klub do wiecznej chwały. A przecież oni używali tej umiejętności tylko jako jednego z elementów warsztatu, potrzebnego do odniesienia sukcesu w zawodzie. Kto naprawdę ją posiada, ten jest bardzo pożądany na rynku, bo każdy klub chce mieć trenera, za którym idą masy ludzi. Większość szkoleniowców nie różni się tak bardzo od piłkarzy. Też chcą zarabiać jak najwięcej i odnosić jak największe sukcesy. Jeśli nie w tym miejscu, to w innym. O ile w przypadku zawodników sprawa jest jednak prosta i wystarczy powstrzymywać się od całowania herbu, by móc bezkonfliktowo odejść do lepszego klubu, o tyle trener, który nie „całuje herbu”, czyli nie mówi o klubie, w którym pracuje jako o najważniejszym na świecie, zawsze wydaje się podejrzany i nigdy nie porywa za sobą tłumów. Pamiętam prezentację Podbeskidzia na zamku w Bielsku-Białej, gdy trenerem był Leszek Ojrzyński, a drużyna zajmowała po jesieni siódme miejsce. Panowała euforia. Poczucie, że zespół startuje po coś wielkiego. Wisiało w powietrzu oczekiwanie, że teraz trener powie coś, po czym wszyscy podniosą szable w górę i wykrzyczą nazwisko wodza. Prowadzący wypuszczał Ojrzyńskiego jak mógł, by coś takiego powiedział. A on tylko kluczył i unikał jakichś wiążących deklaracji. Choć osiągnął najlepszy wynik w historii klubu, nigdy nie uznano go w Bielsku za swojego. Gdy parę miesięcy później go zwalniano, głosy oburzenia były tym głośniejsze, im dalej od stadionu Podbeskidzia.

JAMES BOND NA ŁAWCE

Mówi się często, że praca trenera jest o tyle trudna, że w sobotę połowie drużyny musi powiedzieć, że jest mu niepotrzebna, a w poniedziałek uwieść ją od nowa i sprawić, że pójdzie za nim w ogień. Bo akurat w przyszłą sobotę może mu być potrzebna. Współczesny futbol dodał mu jeszcze jedną trudność. Musi być przekonującą twarzą całego projektu, przekonując sponsorów, że warto zainwestować w klub, kibiców, że warto kupić karnet, piłkarzy, że warto akurat w tym miejscu rozwinąć karierę. Ale jednocześnie musi być gotowy, by lada moment zmienić projekt i tą samą twarzą przekonywać całe środowisko do zupełnie innego klubu. Juergen Klopp i w tym jest mistrzem. Można być pewnym, że gdy za kilka lat przestanie być trenerem Liverpoolu, jeszcze długo potem będzie się w badaniach marketingowych kojarzył z tym klubem. Zostanie bardzo przekonującym symbolem dwóch różnych marek z tej samej branży (a nawet trzech, bo z FSV Mainz też się kojarzy), choć w świecie reklamy to przecież praktycznie niemożliwe. Marek Kondrat reklamujący Alior Bank nie byłby raczej przekonujący. Tymczasem dobry trener musi być dziś Jamesem Bondem. Nawet jeśli zachodzi podejrzenie, że to samo mówi każdej, ta, z którą akurat spędza wieczór, musi się w tym momencie czuć jedyna na świecie. Inaczej sukcesu nie będzie. Dobry trener, który nie rozkochuje tłumów, kończy w najlepszym wypadku jak Lucien Favre. Z łatką pozytywnego świra niezdolnego do prowadzenia największych klubów.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.