Z NOGĄ W GŁOWIE. Transferowa inflacja. Czy Ekstraklasa sprzedażowo goni Europę

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pogoń Szczecin
Jacek Prondzyński/400mm

Rekordem transferowym Ekstraklasy wciąż pozostaje Zbigniew Boniek. Z wyraźną przewagą nad Janem Bednarkiem, Łukaszem Fabiańskim i Adrianem Mierzejewskim. A na Artura Wichniarka Arminia Bielefeld wydała więcej niż Wolfsburg na Jakuba Kamińskiego. O tym, dlaczego porównywanie bezwzględnych kwot transferowych nie ma żadnego sensu.

Po tym, jak trzech młodych Polaków w odstępie kilkunastu miesięcy zostało sprzedanych za granicę za działające na wyobraźnię kwoty ponad dziesięciu milionów euro, zaczęło powstawać wrażenie, że w sprawach transferowych coś w Polsce drgnęło. Kiedyś gwiazdy ligi, jak Maciej Żurawski czy Robert Lewandowski, wyjeżdżały z kraju za mniej niż pięć milionów euro, a dziś Jakub Kamiński, Kacper Kozłowski czy Jakub Moder, którzy nigdy nie zdążyli osiągnąć w lidze choćby zbliżonego statusu, wyjeżdżają za dwa razy większe kwoty. Gdy widzi się, na które miejsca listy polskich rekordów transferowych wskakują dzisiejsze gwiazdki, nietrudno ulec złudzeniu, że rynek zaczął ufać polskiej lidze znacznie bardziej niż wcześniej. Dominik Piechota w ciekawej analizie porównawczej pokazywał ostatnio, jak Polska wypada pod tym względem na tle innych lig. Wyszło mu, że Ekstraklasa lepiej sprzedaje niż gra. Ranking UEFA lokalizuje polską ligę na końcu trzeciej dziesiątki, ale rynek widzi ją na jej początku. Kazachowie, Węgrzy, Bułgarzy czy Szwedzi wyprzedzają nas w klasyfikacji lig, lecz przegrywają kwotami transferowymi. I to trudno zanegować. Kluby z Zachodu zdają się rozumieć, że choć Polacy w pucharach często kaleczą, da się tu wyłowić relatywnie dużo perełek.

W transferach nie chodzi jednak tylko o kwoty bezwzględne, lecz o to, co za otrzymane pieniądze można kupić. Czyli o to, jakie konkretne liczby funkcjonują w ramach rynku piłkarskiego. Gdyby porównywać Lecha Poznań do jakiejkolwiek działającej w Europie firmy z dowolnej branży, okazałoby się, że dziesięć milionów euro uzyskane za jednego pracownika, to jakiś absolutnie szokujący wynik. Lecha nie porównuje się jednak do innych działających w Polsce firm, lecz do innych klubów działających w obrębie tego systemu. A w nim dziesięć milionów euro waży znacznie mniej niż w pozapiłkarskim życiu. Dlatego nie można porównywać kwot transferowych za konkretnych piłkarzy w oderwaniu od tego, co dzieje się na całym rynku. W drogich sprzedażach na Zachód chodzi o to, by uszczknąć dla siebie jak największy kawałek wypiekanego w czołowych ligach tortu. Skoro do coraz większych pieniędzy, które UEFA, telewizje i sponsorzy dają najsilniejszym klubom, nie możemy się dopchać poprzez puchary, musimy próbować zrobić to transferami. Czyli sprawiać, że w drugim obiegu, ale jednak skorzystamy z rozwoju branży piłkarskiej.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.