Z NOGĄ W GŁOWIE. Szkodliwa duma z pracoholizmu. O odwadze pójścia na urlop

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Dyrektor sportowy Borussii Moenchengladbach
Mario Hommes/DeFodi Images via Getty Images

Bohaterem tegorocznego okna transferowego nie będzie żaden dyrektor sportowy, który przeprowadził udaną transakcję, czy piłkarz, który zrobił kolejny krok w karierze. Będzie nim Max Eberl, dyrektor sportowy Borussii Moenchengladbach, który wybrał się w Alpy na miesięczne wakacje.

Ta wiadomość z końca poprzedniego roku przeszła w Polsce niemal niezauważona. A szkoda, bo warto się przy niej zatrzymać. Podczas negocjacji na temat przedłużania umowy z Borussią Moenchengladbach do 2026 roku, dyrektor sportowy Max Eberl, który w ciągu dekady zmienił ten klub z najgorszego w Bundeslidze, w uczestnika fazy pucharowej Ligi Mistrzów, zapewnił sobie miesięczny urlop w styczniu 2021. Borussia nie ma żadnych palących tematów. Kadra jest skompletowana. Nikt w zimie nie przyjdzie. Nikt nie odejdzie. Jedynie dwóch zawodników przeznaczonych do wypożyczeń ma odejść do innych klubów. Ale z tym poradzą sobie pracownicy działu sportowego. Nie potrzeba do tego samego dyrektora.

WIDOK NA SZCZYTY

Trener Marco Rose i drużyna też poradzą sobie bez obecności Eberla na ławce rezerowych podczas meczów Bundesligi. Gladbach przezimowało na trzech frontach. W lutym zagra z Manchesterem City w Lidze Mistrzów. Jeszcze dość meczów dyrektor sportowy będzie musiał w 2021 roku obejrzeć. Nie jest oczywiście tak, że działacz wyłączy telefon i będzie dla nikogo nieosiągalny. Jego współpracownicy są przekonani, że i tak będzie oglądał mecze i regularnie rozmawiał z trenerem. Ale z widokiem na alpejskie szczyty i tak łatwiej mu będzie odpocząć.

ODWAGA ZATRZYMANIA SIĘ

Wymaga naprawdę dużej odwagi, by w tak wielkim klubie i w pędzącej tak szybko branży po prostu się zatrzymać, gdy inni biegną. Do tego w środku okna transferowego. W klubie piłkarskim zawsze coś się dzieje. Zawsze jest jakaś decyzja do podjęcia. Ciągle jakaś sprawa do skomentowania. Eberl żył w tym trybie przez piętnaście lat. Praktycznie bez przerwy. Teraz między wierszami dał do zrozumienia, że jeśli świadomie nie zrobi sobie przerwy dziś, kiedyś może być za późno. Bo organizm upomni się o nią w najmniej odpowiednim momencie.

OPOWIEŚĆ PRACOHOLIKA

Dwa lata temu Eberl opowiadał w rozmowie z „Expressem”, że jest pracoholikiem. – Jako zawodnik miałem jeszcze dużo wolnego czasu. Kiedy zacząłem być koordynatorem szkolenia młodzieży, po trzech miesiącach żona bardzo delikatnie zapytała, czy byłaby szansa, żebyśmy pojechali do Duesseldorfu na kawę. To mi uświadomiło, że przez trzy miesiące wyłącznie pracowałem. A gdy kończyłem karierę, obiecywałem jej, że pojedziemy kiedyś na trzy-czterotygodniowy urlop. Do dziś tego nie zrobiliśmy. Kiedy raz spróbowaliśmy w niezbyt fortunnym momencie wyjechać, a ja nie potrafiłem się oderwać od pracy, żona stwierdziła, że nigdy więcej się na taki urlop nie wybierzemy – opowiadał.

DUMA Z OBSESJI

Wtedy była to jeszcze typowa opowieść człowieka ze świata piłki. Miejsca, w którym pracoholizm nie jest chorobą, którą trzeba wyleczyć, tylko powodem do dumy. Puszczeniem oka do publiki. Takim, jak powiedzenie na rozmowie kwalifikacyjnej, że kogoś największą wadą jest perfekcjonizm. Trenerzy i działacze z dumą opowiadają, jak to żyją tylko futbolem, mają obsesję, pierwsi przychodzą do klubu i ostatni z niego wychodzą, myślą o piłce 24 godziny na dobę. Media z zachwytem to podchwytują. A kibice dokładnie tego od pracowników swoich klubów wymagają.

PROBIERZ BEZ PRZERW

Pamiętam, że półtora roku temu w trakcie naszego wywiadu wyśmiewał takie podejście Michał Probierz. Wspominał rozmowę z Tałantem Dujszebajewem, trenerem piłki ręcznej, którą kiedyś przeczytał. Probierzowi spodobało się, jak Dujszebajew opowiadał o tym, że musi się codziennie wyspać po dziesięć godzin, by być w stanie dobrze funkcjonować na wysokich obrotach. Trenerowi Cracovii musi się podobać takie podejście, bo gdyby miał inne, już dawno by zwariował. Nie tylko prowadzi drużynę, ale też cały pion sportowy, więc ma największą odpowiedzialność spośród wszystkich trenerów w lidze. Odkąd piętnaście lat temu wskoczył na ławkę Polonii Bytom, jego najdłuższa przerwa od pracy trwała pół roku i miała miejsce siedem lat temu. Gdyby przy takim natężeniu pracy i tylu obowiązkach opowiadał jeszcze, że od świtu do zmierzchu myśli o piłce i nigdy nie wychodzi z klubu, nie skończyłoby się to dla niego dobrze. Dla klubu, w którym pracuje, raczej też nie.

ZWOLNIENIA JAKO DETOKS

W Polsce ten problem dotyczy nie aż tak wielu osób, bo paradoksalnie o zdrowie psychiczne większości trenerów „dbają” działacze, co jakiś czas ich zwalniając. Mało kto w lidze jest tak rozchwytywany, jak Probierz, by natychmiast po jednej pracy dostać drugą. Zwykle nawet ci najbardziej popularni trenerzy mają przynajmniej po kilka miesięcy na odpoczynek, spędzenie czasu z rodziną, życie w spokojniejszym tempie. U tych, którzy pracują w jednym miejscu znacznie powyżej przeciętnego stażu, jak Marcin Brosz z Górnika czy Marek Papszun z Rakowa może się to z czasem stać problemem. Jeszcze wyraźniejsze jest to jednak za granicą, gdzie są trenerzy, którzy mogliby mieć pracę właściwie non-stop.

TRENERZY MÓWIĄ „STOP”

Świadomie przerwy robi sobie jednak coraz więcej trenerów z najwyższej półki. Przykład dał Pep Guardiola między zatrudnieniem w Barcelonie i Bayernie. Podobną drogą poszli Thomas Tuchel pomiędzy Moguncją a Borussią Dortmund, a w ostatnich latach także Mauricio Pochettino, Antonio Conte czy Massimiliano Allegri. Juergen Klopp także planuje po wygaśnięciu kontraktu z Liverpoolem zrobić sobie rok przerwy. Chyba że zostanie selekcjonerem, którego praca toczy się siłą rzeczy trochę spokojniej niż trenera klubowego. Christian Streich, najdłużej nieprzerwanie pracujący trener Bundesligi, nie bierze z kolei urlopów w trakcie sezonu i nie prosi o przedwczesne rozwiązanie kontraktu, ale też dba o zdrowie psychiczne. Gdy tylko skończą się jedne rozgrywki, zakłada plecak i rusza w wędrówkę po górach Schwarzwaldu, odcinając się od świata. Kto chce się do niego dostać, raczej nie ma po co dzwonić. Łatwiej złapać go gdzieś na szlaku.

PRZESYT PIŁKI

W ostatnich miesiącach poświęcono sporo miejsca temu, jak przeładowany kalendarz wpływa na przeciążenia mięśniowe oraz zwiększoną liczbę kontuzji piłkarzy. Gdzieś w tym wszystkim umyka jednak jeszcze aspekt ludzki. Od wznowienia rozgrywek w maju czy czerwcu ci ludzie nie tylko grają non stop. Oni non stop są pod prądem. Muszą jeździć na mecze, koncentrować się, trenować, analizować rywali, wykazywać się odpornością na stres, pilnować diety, rozciągania, udzielać wywiadów, brać udział w konferencjach prasowych. Jeśli my, przed telewizorami, czujemy często przesyt meczów, co muszą czuć ci, którzy w tej branży funkcjonują?

ŁATWIEJ NIE BĘDZIE

Taki stan trwa od pół roku. I potrwa jeszcze przynajmniej kilka miesięcy. O ile nie dłużej, bo przecież już wkrótce trzeba będzie jakoś wkomponować w kalendarz europejskich lig rozgrywany w zimie mundial w Katarze. Świat piłki szczególnie teraz potrzebuje mniej dumy z opowiadania o czyimś pracoholizmie, a więcej świadomości, że to wcale nic dobrego. Potrzebuje więcej Maksów Eberlów. Cały świat się nie zawali, gdy jeden dyrektor sportowy wybierze się kiedyś na cztery tygodnie w góry. Ale jeśli jeden dyrektor sportowy nie wybierze się na cztery tygodnie w góry, może się kiedyś zawalić cały jego świat.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.