Z NOGĄ W GŁOWIE. Superliga a Podbeskidzie. Walka o utrzymanie jako sedno futbolu

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
ekstraklasa
Jakub Ziemianin/400mm

Kryzys związany z chaotycznym powstaniem Superligi wywołał sporo ważnych tematów i propozycji reform w piłce nożnej. Zmusił też wielu fanów do zastanowienia się, dlaczego właściwie są kibicami. Ja swoją odpowiedź już znalazłem. Emocje związane z futbolem podtrzymuje we mnie świadomość, że każdy sezon może się zakończyć spadkiem mojej drużyny z ligi.

Zamieszanie, które wywołało kilka tygodni temu powstanie Superligi, skłoniło wiele osób na świecie do refleksji nad własnym i innych przeżywaniem piłki nożnej. Dlaczego właściwie ją oglądam? Dlaczego 11-latek jej nie ogląda? Czy będę oglądał Superligę? Czy będę kibicował mojemu klubowi, jeśli dołączy do Superligi? Efektem ubocznym chwilowego zniszczenia systemu, jaki znamy, było dla kibiców zatrzymanie się w natłoku meczów i chwila refleksji nad tym, po co właściwie to oglądają, czego tam szukają i czy po zmianach będą to znajdować nadal.

DROGA W GÓRĘ

Śledząc dyskusje o Superlidze, starałem się nie ufać demagogicznym wizjom o bogaczach, którzy ukradli nam piłkę nożną. Forma, w jakiej całą sprawę przeprowadzono, okazała się groteskowa, ale problemy, które przy tej okazji pojawiły się w dyskusji, nie są wyimaginowane. Warto rozmawiać o tym, jak utrzymać zainteresowanie futbolem wśród kolejnych pokoleń i o sposobach wpływania na nie. Szczególnie pouczający był dla mnie artykuł Michaela Coxa z “The Athletic”, który zwracał uwagę, jak konkurencyjne sportowo i wyrównane są zwykle drugie poziomy rozgrywkowe. Udaje się to osiągnąć poprzez coroczne odcinanie tych, którzy nie pasują do reszty towarzystwa: najsłabsi spadają, najlepsi awansują, przez co śledzenie zmagań w Championship, 2. Bundeslidze czy I lidze jest często tak emocjonujące. Najwyższe poziomy są tego elementu pozbawione. Nie ma z nich drogi w górę. Najlepsi wchodzą do europejskich pucharów, które sprawiają, że są jeszcze bogatsze od reszty swoich lig. W Niemczech wiele dyskutuje się na temat podziału praw telewizyjnych i o tym, że powinien on być bardziej wyrównany niż obecnie, jednak koniec końców Bayern aż tak dominuje finansowo przede wszystkim dlatego, że odkąd istnieje Liga Mistrzów, jest w niej praktycznie zawsze, podczas gdy wśród pozostałych jej niemieckich uczestników rotacja jest potężna. Cox, wcielając się w rolę adwokata diabła, sugerował, że być może Superliga jest konieczna właśnie po to, by stworzyć coś ponad ligami krajowymi. By Premier League, Bundesliga czy Serie A nie były szczytem piramidy.

PIĘKNO WALKI O UTRZYMANIE

Ja też miałem w minionych tygodniach moment refleksji nad własnym kibicowaniem. Żyję z futbolu, więc śledziłem informacje zawodowym okiem, ale też żyję futbolem i czuję połączenie dusz z tym kibicem Chelsea, który poszedł pod Stamford Bridge, by upomnieć się o swoje mroźne popołudnia w Stoke. To, co w idei Superligi jest dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania, uświadomiłem sobie w miniony weekend, śledząc mecze, które z elitarnymi rozgrywkami najlepszych klubów nie miały nic wspólnego — Podbeskidzia Bielsko-Biała przeciwko Lechowi Poznań i Stali Mielec z Pogonią Szczecin. Pod koniec sezonu w niemal każdej lidze najciekawsze nie są mecze, które decydują o mistrzostwie, czy o miejscu w pucharach, lecz te o uniknięcie degradacji. Tam widzi się najwięcej walki, piłkarzy dochodzących do granic wytrzymałości i najwięcej dramatycznych rozstrzygnięć. To też wywołuje w kibicach największe emocje. Zdobycie mistrzostwa czy awans do pucharów są ważne, ale jeśli się nie uda, za rok będzie kolejna szansa. Spadek to brak kolejnej szansy. Spadek to ostracyzm. Wykluczamy cię. Nie chcemy cię w swoim gronie. Odchodzący piłkarze, zwolnienia pracowników, długi. Wstrzymywanie projektów rozwojowych na wiele lat. Uniknięcie tego wszystkiego to otrzymanie drugiego życia.

SPOSÓB NA KONCENTRACJĘ

Część kibiców nie lubi, gdy dziennikarze publicznie przyznają się do kibicowania jakiemuś klubowi i jeszcze wnikliwie o tym opowiadają, ale potraktuję samego siebie jako studium przypadku: Podbeskidzie, któremu nie grozi degradacja, nie wywołuje we mnie nieprawdopodobnych emocji. Sprawdzam wyniki, cieszę się ze zwycięstw, ale gdy ze względów zawodowych muszę przegapić jego mecze, nawet aż tak bardzo mi nie żal. Oczywiście, że walka o awans wywołuje emocje i jeśli kończy się sukcesem, przynosi radość. Lecz to wielogodzinne myślenie o nadchodzącym meczu, siedzenie na krawędzi tapczanu, tak, jakby wygodne oparcie się miało wywołać odprężenie u tych na boisku, i ruszanie w środku nocy po wino, gdy Marko Roginić huknie w okienko, odbywa się tylko w końcowych fazach sezonów, które grożą katastrofą. Szaloną atrakcyjność zyskuje nagle cała liga. Każdy, z neutralnej perspektywy nieznaczący mecz, staje się nagle kluczowy. Ogląda się, kto, jaki ma terminarz. Zaczyna się kibicować drużynom, na które zwykle patrzy się z obojętnością, bo akurat grają z głównymi rywalami twoich. Mówi się, że młodzi ludzie mają problem ze skupieniem uwagi na meczu przez 90 minut. Nie tylko młodzi. Ręka wielu kibiców w trakcie meczów sięga po telefony. Ale nie kibiców, których zespół walczy akurat o utrzymanie. Oni zwykle boją się, że gdy opuszczą wzrok, wydarzy się akurat coś złego. Gdyby wszystkie zespoły grały zawsze o utrzymanie, kibice nie mieliby problemu z utrzymaniem koncentracji.

JEDYNY POWÓD DO ŚWIĘTA

Jeśliby się dobrze zastanowić, niemal wszystkie moje najsilniejsze emocjonalne doznania związane z futbolem, odbywały się podczas walki o utrzymanie. Najradośniejsza ze stadionowych pieśni to wykrzykiwane wspólnie przez kibiców i piłkarzy: “Nigdy nie spadnie”. Być może gdybym wychowywał się na stadionie Legii Warszawa, Wisły Kraków czy Lecha Poznań, nie wiedziałbym, co takiego elektryzującego jest w grze o utrzymanie. Ale wychowałem się tam, gdzie przez lata od początku zbierało się punkty przybliżające do utrzymania. Piszę o Podbeskidziu, ale takich klubów jest na świecie tysiące. Większość klubów nigdy niczego znaczącego nie wygra. Ich największym osiągnięciem i jedynym powodem do świętowania jest uniknięcie spadku.

WOJNA KULTUROWA

Nie od dziś wiadomo, że właśnie ludzkie dramaty, które są pożywką wielkich emocji związanych z grą o utrzymanie, są tym, co najbardziej nie podoba się amerykańskim właścicielom inwestującym w europejskie kluby. Ich biznesy są przez to narażone na nieprzewidywalność. Kyle Krause, Amerykanin, który rok temu kupił Parmę, właśnie spada z nią do Serie B. On akurat na Twitterze wypowiadał się przeciwko Superlidze. Ale wśród inwestorów zza oceanu to rzadkość. Inwestując w futbol, chcą go upodabniać do dyscyplin, które znają z ojczyzny. I o ile amerykański sport ma do zaoferowania wiele ciekawych i dobrze działających rozwiązań, jak salary cup czy draft z kolejnością premiującą słabszych, o tyle propozycja zamknięcia lig prowokuje do wszczynania wojny kulturowej o nasz futbol. By jeśli chcą się bawić w europejski sport, grali wedle europejskich reguł. Albo wcale. Gdyby moim jedynym zmartwieniem było, czy klub w mój wejdzie do play-offów, już dawno futbol przestałby wywoływać we mnie emocje.

WARUNKI DLA SUPERLIGI

Superliga byłaby dla mnie do zaakceptowania. Niekoniecznie podoba mi się idea, że najlepsi grają tylko z najlepszymi i żaden Ferencvaros albo Legia nie mają nigdy szansy trafić na Real czy Barcelonę. Jestem jednak w stanie zrozumieć, że większość osób na świecie nie jest zainteresowana takimi meczami. Potrzebują częstszego oglądania starć potęg. Jednak mecze wielkich w Lidze Mistrzów są emocjonujące i ciekawe nie dlatego, że po obu stronach grają dobrzy piłkarze, ale dlatego, że widmo odpadnięcia zmusza wybitnych piłkarzy do maksymalnego wysiłku i pokazywania wszystkiego, co potrafią. Walka PSG z Bayernem nie byłaby tak rewelacyjna, gdyby jedni i drudzy wiedzieli, że i tak pozostaną w rozgrywkach. Superliga byłaby faktycznie ciekawa, ale tylko gdyby zawierała walkę o utrzymanie. Mistrzowie danej ligi do niej awansują i wypisują się z rywalizacji w Serie A czy w Bundeslidze. Ale gdy staną się zbyt słabi, wracają do gry w kraju. Premią za mistrzostwo Włoch byłby awans do Superligi, a karą za spadek, powrót do Serie A. Piramida nie zostałaby zniszczona, tylko zyskała kolejny poziom. Najlepsi graliby z najlepszymi, ale z widmem spadku, co potęgowałoby emocje, ligi krajowe stałyby się bardziej wyrównane, bo zniknęliby z nich ci, którzy je przerastają. Taka liga naprawdę mogłaby być super.

SPADKI WAŻNIEJSZE OD AWANSÓW

W czasie, gdy o nowym tworze powstawało najwięcej tekstów, podnoszono często przeciwko niej argument marzeń. Że każda Atalanta i Raków Częstochowa mogą marzyć, że kiedyś zagrają z najlepszymi, a zamknięty system im to uniemożliwia. To oczywiście prawda. Jednak dla mnie nawet nie brak awansów byłby największym problemem, a właśnie brak spadków. Gdyby w Superlidze uznano, że nikt nowy nie może do niej dołączyć, ale za to 20-zespołowe grono będzie co roku pomniejszane o dwie ekipy, aż dojdzie się do dziesięciu, by rozpocząć kolejny pięcioletni cykl z 20 zespołami, które wtedy byłyby najsilniejsze, też jakoś bym to przełknął. Bo dołującym mocarzom groziłoby wypadnięcie z elity, co znów dodawałoby rozgrywkom pieprzu.

WEWNĘTRZNY 13-LATEK

Na tym z mojej strony polega największy problem z potencjalnymi reformami futbolu: nie umierałbym za 90-minutowe mecze, siedmiometrowe bramki czy granie w weekendy tylko lig krajowych. Ale za pozostawienie w futbolu możliwości spadku z każdej ligi byłbym gotów przywiązać się do jakiegoś drzewa. Tylko możliwość degradacji w niewytłumaczalnych okolicznościach po nagłym dołku formy i pechowym rozstrzygnięciu w decydującym meczu sprawia, że mimo wszystkich przeszkadzających mi w futbolu rzeczy, wciąż jest we mnie pierwiastek 13-latka, któremu walił się cały świat, gdy 13 minut przed końcem barażu o utrzymanie w II lidze Piotr Gawlik z Pelikana Łowicz podchodził do rzutu karnego. Spudłował. A potem nasi strzelili trzy gole i życie rzadko było piękniejsze.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.