Z NOGĄ W GŁOWIE. Rafał Boguski, czyli symbol tego, co dobre, a nie tego, co złe

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Wisła Kraków
Jakub Gruca/400mm

Rafał Boguski przez lata był pochyłym drzewem, na które skakał każdy kibic sfrustrowany sytuacją w klubie. Symbolem stopniowego przemijania dawnej potęgi. A jednak jego odejście to dla Białej Gwiazdy potencjalnie niebezpieczny moment. Bo Boguski był nie tylko strażnikiem tożsamości, ale też gwarantem utrzymywania ekstraklasowych standardów, nawet jeśli kolejne transfery znów nie wypaliły.

Stosunek do powieści “Nad Niemnem” mam taki, jak pewnie wszyscy, którzy byli zmuszeni do czytania jej w XXI wieku. Ale jeden zastosowany w niej patent zapadł mi w pamięć. Postaci w fabule były dzielone przez stosunek do mogiły, który był miarą ich człowieczeństwa. Albo jesteś z nami, albo przeciw nam. Powiedz mi, co myślisz o mogile, a będę wiedział, jakim jestem człowiekiem, bez zagłębiania się w zbędne szczegóły. W rozmowach o piłce, zwłaszcza z kibicami Wisły, szczególnie w internecie, Rafał Boguski był dla mnie taką mogiłą. Stosunek do niego określał, czy mamy jakąkolwiek płaszczyznę porozumienia, czy warto na jakikolwiek temat dyskutować, czy tylko stracimy czas. Rafał Boguski był dla mnie prostym i użytecznym papierkiem lakmusowym pojęcia o piłce mojego rozmówcy.

NATURALNI LIDERZY

Wisła miała wiele oczywistych legend. Trudno kibicować temu klubowi i nie uwielbiać Jakuba Błaszczykowskiego, czy tego młodego, dryblującego po skrzydle, czy starego, ratującego klub i imponującego na boisku mądrością nabytą w lepszym świecie. Nietrudno było uwielbiać Pawła Brożka, skoro nawet z bolącą łydką i strzykającymi plecami był w stanie z niczego strzelać gole w ekstraklasie, a potem jeszcze zabawnie je skomentować. Nie mówiąc już o Arkadiuszu Głowackim, którego każdy kibic każdego klubu chciałby mieć w swojej drużynie. Marcin Wasilewski, który pograł w Wiśle krócej, ale też wypracował sobie mocną pozycję, też jest oczywistym bohaterem. Ocieka testosteronem, buzuje ambicją, nie tylko gra, tak, jak kibice sobie wyobrażają, ale nawet w taki sposób patrzy. Jakby naprawdę walczył o życie. Każdy z nich był postacią łatwą do uwielbiania.

Wisła Kraków
Michał Chwieduk/400mm

NIEOCZYWISTA LEGENDA

Rafał Boguski, przynajmniej ten późniejszy, z czasów po ciężkiej kontuzji, która zahamowała rozwój jego dobrze zapowiadającej się kariery, był innym piłkarzem. Sprawiał wrażenie kogoś, kto muchy by nie skrzywdził. O rywalach zawsze wypowiadał się z szacunkiem. I na boisku wcale nie zamieniał się w bestię, lecz – jak piątkowy uczeń — zawsze pamiętał o zasadach dobrego wychowania. Wielu piłkarzy, słysząc z trybun “nie ma litości, połamcie tym k... kości”, daje się takiemu nastrojowi ponieść. Boguski zawsze po prostu grał w piłkę. Wywiadów udzielał może nie nudnych, ale takich, żeby możliwie nikogo nie urazić. A do jego wizerunku pasował jeszcze głos, bardziej alt niż baryton. Kibice raczej wolą liderów ryczących jak niedźwiedzie. Pewnie dlatego, gdy Boguski nosił opaskę kapitańską, zawsze pytano, czy potrafi krzyknąć.

SYMBOL SCHYŁKOWEJ WISŁY

Problem z Boguskim był też natury piłkarskiej. Choć zdążył z klubem zdobyć trzy mistrzostwa Polski, był już raczej piłkarzem schyłku wielkiej Wisły. Nie załapał się na mecze z Schalke i Lazio, nie bił się w Atenach o Ligę Mistrzów, grał wtedy, gdy Żurawscy, Frankowscy i Szymkowiaki rozjechali się już po świecie. W pewnym sensie został więc symbolem stopniowego przeciętnienia klubu. W całej jego długiej karierze Wisła rozegrała więcej sezonów rozczarowujących niż satysfakcjonujących. A że Boguski zawsze był na miejscu, wydawał się dobrym kandydatem, by obwinić go za postępującą degrengoladę klubu. Zwłaszcza że jego charakter odbijał się też w sposobie gry. Choć jest zawodnikiem ofensywnym, nigdy nie grał egoistycznie, nie pchając się do pierwszego szeregu. Jeśli kibice mieli jakieś przelotne miłostki, byli nimi gwiazdorzy w stylu Carlitosa, których talent bił po oczach. Żeby zobaczyć umiejętności Boguskiego, trzeba było oglądać mecze, a nie tylko skróty. I jeszcze choć trochę z nich rozumieć.

ULUBIENIEC TRENERÓW

W czasach kariery Boguskiego Wisła przeżyła wszystkie rodzaje trenerów. Od zamordystów, po kumpli. Od dziadków, po rozpoczynających kariery. Od Hiszpanów, przez Rumuna, po wszelkich trenerów z polskiej karuzeli. Gdyby wszyscy usiedli przy jednym stole i spróbowali znaleźć jedną rzecz, która ich łączy, okazałoby się, że byłby nią stosunek do Boguskiego. Którego zawsze wystawiali, zawsze uznawali za pożytecznego i z którym nigdy nie mieli problemów. Dopiero w tym sezonie Boguski stracił miejsce w składzie i przez większość czasu przesiadywał na ławce. Niekoniecznie dlatego, że był słabszy od tych, którzy grali, raczej dlatego, że próbowano pomyśleć choć trochę przyszłościowo. Wcześniej niezależnie od systemu, koncepcji, czy wyobrażeń trenera, zawsze było gdzieś na boisku miejsce dla Boguskiego. A on w tym miejscu zwykle dawał sobie radę, nie narzekając, że nikt tak do końca nie wie, na jakiej pozycji najlepiej się czuje.

STRAŻNICY PAMIĘCI

Wisła ma na ścianie myślenickiej szatni slogan o tym, że, aby wejść do tej szatni trzeba zasłużyć, a żeby w niej zostać, trzeba się poświęcić. Przy całym patosie tego hasła, jest w nim cząstka prawdy. To właśnie specyficzna wiślacka szatnia utrzymała w ostatnich dziesięciu latach ten klub na powierzchni. Wisła z każdym rokiem miała coraz mniej, aż doszła do momentu, w którym miała tylko szatnię. Czyli ludzi, żywych strażników pamięci o lepszych czasach, starających się trzymać standardy, nawet gdy nikt wokół już ich nie trzymał. To już dawno przestało wystarczać do walki o trofea, miejsca pucharowe czy nawet górną połowę tabeli. Ale wciąż jeszcze wystarczało, by przetrwać. Bo większość klubów tego rodzaju strażników nie ma.

TRZYMANIE POZIOMU

Posiadanie w szatni Głowackiego, Wasilewskiego, Brożka, Burligi, Boguskiego, czy Sadloka, który nic z tym klubem nie wygrał, ale jednak przesiąknął tym, co w nim dobre i został częścią starej gwardii, dawało Wiśle jedną, niepowtarzalną przewagę w walce o przetrwanie: nieważne, jak bardzo kolejni działacze przestrzelili z transferami, na miejscu zawsze był ktoś, kto nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Nowy czarnogórski skrzydłowy jednak do niczego się nie nadaje? Nie szkodzi, może zagrać Boguski. Hiszpański ofensywny pomocnik ma problemy z aklimatyzacją? Całe szczęście, że jest alternatywa w postaci Boguskiego. Jest plaga kontuzji wśród środkowych pomocników? Z konieczności na tę pozycję można przesunąć Boguskiego. Argentyński napastnik rozsypał się na pół roku? Boguski już wiele razy grał w ataku. Nie ma kogo wystawić na prawej obronie? Ewentualnie może tam się pojawić Boguski. Kibiców może frustrowało, że przez lata nie udało się klubowi ściągnąć nikogo, kto byłby od Boguskiego wyraźnie lepszy. Ale to już nie wina zawodnika. Jeśli chcesz grać w Wiśle, musisz być lepszy od Boguskiego. A to właśnie nazywa się utrzymywaniem odpowiednich standardów.

NOTORYCZNIE KWESTIONOWANY

Boguski, choć pochodzi z Łomży, został do tego stopnia “swoim chłopem”, że musiał się borykać z problemami, które spotykały kolejnych wychowanków w Wiśle. Z poczuciem, że zawsze nie jest odpowiednio dobry, że nie jest piłkarzem odpowiadającym ambicjom tego klubu, że zawsze chciano na jego miejsce sprowadzać kogoś nowego. Przeżywali to w różnych czasach Alan Uryga, Krzysztof Mączyński, Michał Nalepa, Michał Chrapek i wszyscy inni wychowankowie, którzy musieli wyjechać z Krakowa, by w Krakowie zaczęto ich postrzegać jako piłkarzy na poziom ekstraklasy. Boguskiego jednak nigdy nie pozwolił się pozbyć żaden trener. Bo praktycznie każdy trener na świecie lubi zawodników, którzy nie grymaszą, nie gwiazdorzą, tylko wykonują polecenia najlepiej, jak potrafią. I są na tyle inteligentni, że doskonale je rozumieją.

RYZYKOWNA PRZEBUDOWA

Nie chcę, by powstało wrażenie, że robię z Boguskiego jakiegoś nadpiłkarza. Zupełnie nie. Ale nie traktuję też Wisły jak naddrużyny, lecz jak zespół, który notorycznie i coraz bardziej balansuje na krawędzi spadku. I moment, w którym ktoś taki, jak Boguski odchodzi z klubu, jest dla niego szczególnie niebezpieczny. Zwłaszcza że jednocześnie odejdzie też Burliga i – niewykluczone — Sadlok. Dla każdego klubu walczącego o utrzymanie najgroźniejszy jest moment wielkiej przebudowy. Podczas gdy często postrzega się go jako szansę, bo wreszcie będzie można ściągnąć kogoś lepszego niż ten Boguski, tak naprawdę jest to wielkie ryzyko. Bo bardzo często okazuje się, że znów ściągnęło się kogoś gorszego niż Boguski. Tyle że wtedy już w klubie nie będzie nikogo, by tradycyjnie wskoczyć w miejsce któregoś z niewypałów. Rewolucje w drużynach walczących o utrzymanie bardzo często kończą się spadkami. Parę razy w ostatnich latach mówiono w przypadku Wisły, że to ostatni moment, by coś zmienić, ale w kwestii polityki personalnej to naprawdę ostatni moment: bo poduszek bezpieczeństwa w rodzaju Boguskiego jest w kadrze coraz mniej. Z każdym odejściem tego typu postaci Wisła coraz mniej jest już wielkim klubem, który popadł w tarapaty, a coraz bardziej zwykłym kandydatem do spadku.

KRÓL BEZ IRONII

W mediach społecznościowych występom Boguskiego towarzyszyły często ironiczne hasła “Boguś king” i ten genialnie uchwycony fragment, gdy widać go na tle reklamy Carlsberga z napisem „the best in the world”. Ale te hasła dziś absolutnie nie powinny mieć ironicznego zabarwienia. Bo to, że Wisła w najczarniejszych czasach miała kogoś takiego, jak Boguski naprawdę było najlepszą rzeczą, jaka mogła ją spotkać. Wisła chce zacząć nowy etap i pewnie ma rację, że to odpowiedni moment, by się rozstać. Ale to nie znaczy, że zasłużonego piłkarza nie będzie brakować. A Boguski wcale nie ma jeszcze zamiaru kończyć kariery. Gdybym był na miejscu jakiegoś beniaminka albo klubu, który obawia się, że w przyszłym sezonie spadnie z ligi, już zapraszałbym go na rozmowy. Zwłaszcza że ktoś taki na pewno nie będzie demoralizował szatni, a raczej ją moralizował. Ta historia ma wszelki potencjał, by zakończyć się jak ta Łukasza Trałki, który dwa lata po odejściu z Lecha kończy sezon wyżej niż Lech. Rafał Boguski to też jedna z postaci, którą, ile trzeba było cenić, kibic Wisły się dowie, gdy ją straci.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.