Z NOGĄ W GŁOWIE. Poprawianie ideału. Co Lewandowski może zyskać u Nagelsmanna

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bayern Monachium
Alex Gottschalk/DeFodi Images via Getty Images

Napastnikowi, który strzelił w sezonie 41 goli i pracował już z Juergenem Kloppem, Pepem Guardiolą, Carlo Ancelottim, Juppem Heynckesem czy Hansim Flickiem, raczej trudno powiedzieć wiele nowego. Robert Lewandowski rozpoczyna jednak współpracę z kimś, kto w niemieckich warunkach uchodzi za specjalistę od tworzenia napastnikom komfortowego środowiska. A to może przynieść kolejny niesamowity sezon Polaka.

Zacznę od bluźnierstwa, będę to miał za sobą: we wspaniałym bramkowym rekordzie Roberta Lewandowskiego z zeszłego sezonu wielką rolę odegrało szczęście. Większość chyba nawet intuicyjnie to czuje, skoro zewsząd słychać było w maju, że 41 goli to wynik, do którego nikt, nawet sam Lewandowski, długo się nie zbliży. Bo nie sposób przecież co sezon strzelać 40 goli w 34-kolejkowej lidze. A właściwie, dlaczego nie sposób, skoro mowa o wciąż tym samym zawodniku z tej samej drużyny, co do którego można mieć nadzieję, że tym razem nie zdarzy mu się najdłuższa w karierze kontuzja? Teoretycznie, skoro to wciąż ten sam Lewandowski w tej samej Bundeslidze, nie ma powodu, by nie strzelił 40 goli także w tym sezonie. A jednak, by strzelić aż tyle, trzeba mieć też sporo szczęścia. Co raczej nie zdarza się rok po roku.

MIERZENIE SZCZĘŚCIA

Od kilku lat szczęście w futbolu można zmierzyć dzięki wspaniałemu narzędziu, jakim są gole spodziewane. Spodziewany wynik Lewandowskiego sprzed roku to 32 bramki, co i tak wskazuje na kosmiczny sezon. Gdyby Polak nie miał żadnego szczęścia, ale też ani trochę pecha, trafiłby do siatki ponad 30 razy, co zdarzało się w historii Bundesligi bardzo nielicznym zawodnikom. To oznaczało, że znajdował się często w naprawdę znakomitych sytuacjach bramkowych i większość z nich wykorzystywał, a do tego szczęśliwie dołożył jeszcze kilka goli ze znacznie trudniejszych pozycji.

WYNIK Z KOSMOSU

Można by oczywiście próbować bronić tezy, że zdobycie większej liczby bramek, niż wynika z algorytmu, Lewandowski zawdzięcza ponadprzeciętnym umiejętnościom. Ale to nie byłaby prawda. Patrząc na cały okres jego pobytu w Bayernie, kapitan reprezentacji Polski strzelił o dwa gole więcej, niż wskazywałyby jego gole spodziewane. W zeszłym sezonie przebił ten wynik o dziewięć. To wynik, koło którego nie kręci się praktycznie nikt na świecie. Lionelowi Messiemu, piłkarzowi, który najbardziej regularnie wykręca lepsze wyniki niż spodziewane, zdarzył się tylko jeden sezon z aż tak wyraźnym przeskoczeniem xg. Cristiano Ronaldo także jeden. Większość znakomitych snajperów — Kylian Mbappe, Neymar, Luis Suarez, Romelu Lukaku – nigdy aż tak mocno nie “oszukało” spodziewanych goli.

Bayern Monachium mistrzem Niemiec
Alexander Hassenstein/Getty Images

WPŁYW TRENERA

Na to, ile bramek ostatecznie zdobędzie zawodnik, trener nie ma wpływu, bo to nie on stoi w polu karnym. Jednak trener ma wpływ na to, jak wyglądają spodziewane gole napastnika. Bo dobry wynik w tej klasyfikacji oznacza, że drużyna stwarza okazje, a napastnik dochodzi do dobrych pozycji. Najlepszy statystycznie w czasach gry w Bayernie wynik w tej klasyfikacji Lewandowski miał w pierwszym sezonie Niko Kovaca, gdy jego xg wynosiło 33 gole. Gdyby miał tyle szczęścia, ile w poprzednich rozgrywkach, strzeliłby wtedy 42 bramki, czyli już wówczas pobiłby rekord Gerda Muellera i to z większą rezerwą, niż zrobił w rzeczywistości. Akurat miał wtedy jednak nietypowego dla siebie pecha. Strzelił jedenaście goli mniej, niż “powinien”. Został królem strzelców, ale z najsłabszym wynikiem w ostatnich latach. Być może gdyby trafiał jak zwykle, Kovac znacznie pewniej zdobyłby mistrzostwo, miałby silniejszą pozycję w Bayernie i nie zostałby tak szybko zwolniony.

PODBIJANIE XG

Sytuacja Lewandowskiego w rozpoczętym właśnie sezonie jest o tyle ciekawa, że z jednej strony panuje powszechne przekonanie, że dopiero co osiągnął bramkowy sufit i teraz musi być trochę słabiej, a z drugiej, rozpoczyna współpracę z trenerem, który słynie z poprawiania napastników mniej więcej tak, jak w Polsce Waldemar Fornalik. Nie chodzi o to, że Julian Nagelsmann nagle powie Lewandowskiemu coś, czego nie powiedzieli mu wcześniej Juergen Klopp, Pep Guardiola, Carlo Ancelotti, Jupp Heynckes, Niko Kovac czy Hansi Flick. Nie chodzi o to, że pomoże mu poprawić jakiś aspekt gry. Może jednak stworzyć mu jeszcze bardziej przyjazne środowisko, doprowadzić do jeszcze większej liczby sytuacji. Innymi słowy, sprawić, że w jego rewelacyjnym wyniku strzeleckim będzie mniej szczęścia niż w poprzednim sezonie. Na podobne oszukanie spodziewanych goli nie ma co liczyć. Można jedynie liczyć na podbicie wskaźnika xg, a później strzelanie z już normalną skutecznością.

POPRAWIANIE NAPASTNIKÓW

Gdyby po pięciu pełnych sezonach Nagelsmanna w Bundeslidze wskazać jego specjalności, jedną z głównych byłoby tworzenie odpowiedniego środowiska napastnikom. Choć przez większość tego czasu 33-letni trener nie pracował z najsilniejszymi klubami, aż sześciu środkowych napastników osiągnęło u niego dwucyfrową liczbę bramek w Bundeslidze. Andrej Kramarić w Hoffenheim strzelał tyle w każdym sezonie, w którym pracował z Nagelsmannem. Timo Werner rozegrał u niego najlepszy rok w karierze, wybijając się do Chelsea. Mark Uth strzelił w Hoffenheim 14 goli, przenosząc się do Schalke, co wtedy było awansem. Nigdy później nie zdobył już więcej niż pięciu bramek w sezonie. Jedenaście trafień, jakie Sandro Wagner zaliczył u Nagelsmanna w Hoffenheim, pozwoliło mu na transfer do Bayernu. Podobny wynik udało mu się powtórzyć dopiero w Chinach. Patrik Schick osiągnął u Nagelsmanna najlepszy strzelecki rezultat od czasu występów w Sampdorii, kiedy biły się o niego całe Włochy. Ale chyba najbardziej spektakularnie gra u tego trenera wpłynęła na Ishaka Belfodila, który w Hoffenheim strzelił szesnaście goli w sezonie, a odkąd Nagelsmann odszedł z klubu, nie trafił już do siatki ani razu.

ZMIENIANIE ŻYCIA

Jest jeszcze kilku innych snajperów, którzy osiągnęli bardzo dobre wyniki jak na siebie. Osiem goli Adama Szalaia może nie robi niesamowitego wrażenia, biorąc pod uwagę, że mowa o napastniku, ale od odejścia Nagelsmanna Węgier nie strzelił już ani razu więcej niż jednego gola w sezonie. Siedem bramek Joelintona to także wynik, którego Brazylijczyk jak dotąd nie zdołał powtórzyć, a który pozwolił mu na wielomilionowy transfer do Newcastle. Nagelsmann lubi pracować z napastnikami, chętnie wystawia ich jednocześnie kilku i wielu z nich, zmienił kariery na lepsze, pozwalając na transfery do znacznie silniejszych klubów. Tacy, jak Yusuf Poulsen, Alexander Soerloth, czy Hee-Chan Hwang, którzy u Nagelsmanna w Lipsku nie błyszczeli, to absolutne rzadkości. Wiążące się także ze stylem, jaki trener wprowadził RB w poprzednim sezonie, gdy wiedział, że nie ma z przodu ani jednego atakującego wysokiej klasy i przemodelował grę na opartą przede wszystkim na silnej defensywie.

DOGODNE ŚRODOWISKO

Co jednak chyba jeszcze ważniejsze, wszyscy ci zawodnicy strzelali dużo, bo mieli dużo sytuacji. W Tabeli goli spodziewanych drużyny Nagelsmanna zawsze były w czołowej szóstce ligi, a w połowie sezonów nawet w czołowej trójce. Strzelały średnio 1,96 gola na mecz, co potwierdza ich ofensywne nastawienie. A sześć razy w pięciu sezonach jego pracy któryś z jego piłkarzy był w czołowej dziesiątce ligi pod względem xg. Dobre wyniki bramkowe miały solidną podstawę w tym, co rzeczywiście działo się na boisku. Nie było w tym żadnej magii, pompowania piłkarzy, by myśleli, że są lepsi, niż w rzeczywistości. Po prostu regularne doprowadzanie ich do dogodnych sytuacji.

OFENSYWNE PRZESUNIĘCIE

W okresie przygotowawczym słychać było pogłoski, że Nagelsmann zaskoczył piłkarzy tym, w jaki sposób graficznie prezentował im ustawienie drużyny. Leon Goretzka nie tworzył już jednej linii z Joshuą Kimmichem, lecz był przesunięty do przodu w okolice Thomasa Muellera. Przed nimi widać było tradycyjnie Roberta Lewandowskiego, który jednak wcale nie był najbardziej wysuniętym zawodnikiem drużyny, bo jeszcze bliżej bramki rywala byli rozrysowani dwaj wąsko ustawieni skrzydłowi. Raczej nie należy tego jednak interpretować jako próby zmieniania Lewandowskiemu pozycji i robienia z niego cofniętego napastnika, lecz jako chęć przesunięcia do przodu większej liczby graczy. Kingsley Coman i Serge Gnabry, zamiast grasować przy linii i dośrodkowywać, mają się właściwie stać dodatkowymi napastnikami grającymi w polu karnym, flanki zostawiając dla ofensywnie nastawionych bocznych obrońców. Goretzka i Mueller mają wchodzić w “szesnastkę” z drugiej linii.

Rafał Gikiewicz
Alexander Hassenstein/Getty Images

POGOŃ ZA REKORDEM

To właśnie tego rodzaju drobne zmiany mogą być dla Lewandowskiego korzystne, rozkładając odpowiedzialność za gole na więcej barków, co przy okazji powinno dać mu trochę więcej swobody w polu karnym. Trudno się spodziewać, by Lewandowski coś u Nagelsmanna stracił. Przeciwnie, akurat ten trener powinien doskonale wiedzieć, jak wykorzystać wszystkie atuty znakomitego napastnika, jakiego ma w składzie. Także ze względu na jego pojawienie się w Monachium nie można kategorycznie przekreślać możliwości, że pod koniec tego sezonu wszyscy będziemy się emocjonować pogonią Roberta Lewandowskiego za — wydawałoby się — nietykalnym rekordem... Roberta Lewandowskiego.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.