Z NOGĄ W GŁOWIE. Polskie piekiełko. Jak Górnik marnuje obecność Podolskiego

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Górnik Zabrze
Michał Chwieduk/400mm

Mistrz świata miał w Zabrzu pomóc nie tyle poprzez strzelenie dwudziestu goli w sezonie i przedryblowanie wszystkich rywali, ile poprzez wykreowanie odpowiedniej atmosfery wokół klubu. W Górniku zadbali jednak o to, by chwilę po podpisaniu kontraktu z Podolskim dosłownie wszystko stanęło na głowie.

Kluby z niższych lig, niemające żadnych perspektyw, że kiedyś spotka ich coś dobrego, raz na dziesięć lat starają się maksymalnie sprężyć. Pilnują frekwencji na treningach. Namawiają dawnego III-ligowego napastnika, który kiedyś był na testach w Zagłębiu Lubin i w kadrze województwa grał z Andrzejem Niedzielanem, by jeszcze od czasu do czasu pokopał w ich drużynie. Organizują trochę wyższe niż zwykle premie za zwycięstwa. Wszystko po to, by na jubileusz wejść do okręgówki. Później wszystko się oczywiście rozłazi i na kolejne lata wracają do A klasy, ale najważniejsze, że udało się godnie uczcić 70-lecie klubu. I nawet prezes wojewódzkiego związku przywiózł okolicznościowy puchar. Kluby z wyższych lig też myślą zresztą czasem podobnie. Raków Częstochowa w słynnym planie pięcioletnim zakładał osiągnięcie największego sukcesu w historii na stulecie klubu. Lech Poznań też chce wyjątkowo hucznie uczcić przypadające na przyszły rok setne urodziny i równolegle zdobyć tytuł. Choć teoretycznie każdy sezon jest tak samo ważny i mistrzostwo w każdym powinno smakować szczególnie, istnieje w piłce na wielu poziomach zjawisko szczególnie mocnego spinania się akurat na jeden konkretny rok. Bo jest wyjątkowa okazja.

WYJĄTKOWY SEZON

Górnik Zabrze nie ma w tym roku jubileuszu. Za niespełna miesiąc będzie świętował 73-lecie istnienia. Ale jednak są powody, by na ten rok zmobilizował się szczególnie. Nie wiadomo, jak długo Lukas Podolski będzie miał ochotę grać w piłkę, zwłaszcza że wysyła mocne sygnały, że rozgląda się już za innymi zajęciami. Raczej nie można się nastawiać, że w Zabrzu będzie kopał do czterdziestki. Na kolejnego mistrza świata grającego w Górniku też będzie trzeba czekać dziesiątki lat. To wydarzenie wyjątkowo rzadkie, sprawiające, że warto je maksymalnie wykorzystać, bo kolejnej okazji prędko nie będzie. Tymczasem mam wrażenie, że w Zabrzu wszystko idzie w ostatnich miesiącach nie tak. I że ogólna atmosfera wokół klubu jest taka, że i Podolski ma prawo się zastanawiać, w co właściwie wdepnął.

REGULARNA GRA

Wiele napisano w ostatnich miesiącach o tym, jakim rozczarowaniem jest Podolski. Mnie osobiście aż tak mocno nie rozczarowuje. Bo też nie spodziewałem się po nim bardzo wiele. Trudno mi było sobie wyobrazić, że będzie sam ciągnął drużynę i strzelał po kilkanaście goli w sezonie, bo raczej nigdy nie był takim zawodnikiem, a jeśli już, to dawno. Katastrofą byłoby niewątpliwie, gdyby Podolski prawie w ogóle nie grał. Gdyby wiecznie był kontuzjowany albo gdyby nie chciało mu się jeździć na wyjazdy, jak sugerowano na początku sezonu. Po początkowych problemach zaczął jednak występować regularnie. Pięć razy z rzędu zagrał po 90 minut. Zwiedził Gdańsk, Niecieczę i Radom. Powoli, wybierając się na mecz Górnika, można zacząć kalkulować, że zobaczy się Podolskiego. Jego gra zwykle nie wygląda przy tym beznadziejnie. Ma zagrania znamionujące klasę. Napędzające akcje inteligentne podania czy precyzyjne przerzuty. Żadne cuda, ale gdyby nie nazywał się Podolski, można by takiego zawodnika uznawać za całkiem przydatnego.

Górnik Zabrze
Michał Chwieduk/400mm

PO ROBOCIE

Warto jednak zadać sobie nie tylko pytanie, co Podolski zrobił dla Górnika, lecz co Górnik zrobił nie tyle dla Podolskiego, ile by właściwie wykorzystać czas z nim. Jak zadbał o to, by taki zawodnik miał z kim pograć? Jak postarał się, by wielkiemu niegdyś piłkarzowi stworzyć, na miarę własnych możliwości, niezłe warunki? Wreszcie jak wykorzystać jego obecność dla atmosfery wokół klubu. Mam nieodparte wrażenie, że w momencie, w którym udało się namówić Podolskiego do podpisania kontraktu, wszyscy uznali, że robota jest już wykonana. I resztę mu zostawili. Podczas gdy jego pojawienie się powinno dopiero rozpoczynać robotę.

PRZECIĄGANIE LINY

Wiosną w Zabrzu trwało przeciąganie liny między dyrektorem sportowym Arturem Płatkiem a trenerem Marcinem Broszem. Mówiąc w skrócie, jeden był niezadowolony z pracy drugiego. Dyrektor sportowy uważał, że Górnik stać na lepsze wyniki, a przede wszystkim bardziej atrakcyjną grę, niż przez większość minionego sezonu. Brosz uważał, że nie dostaje odpowiednich narzędzi, sam je sobie musi tworzyć, a gdy całkiem nieźle mu wyjdzie, to mu się je zabiera. Jak było choćby z niespodziewaną sprzedażą Pawła Bochniewicza, kapitana i lidera obrony, już w trakcie bardzo dobrze rozpoczętego sezonu. Niezależnie od tego, kto miał rację, na kogoś musieli się zdecydować. Albo na trenera pracującego od wielu lat, albo na dyrektora sportowego, który oprócz wielu niedociągnięć, miał też na polskim rynku kilka świetnych strzałów (choć niekoniecznie dla Górnika). Kontrakt Brosza nie został przedłużony, więc na stanowisku został Płatek. Wydawało się, że może budować po swojemu. Bo ktoś jednak wybrał między nim a Broszem, wierząc, że to pomysł Płatka ma więcej sensu.

KLUB BEZ PREZESA

Brosz nie był jedynym członkiem działu sportowego, który w lecie odszedł. Z klubem pożegnała się oczywiście część jego sztabu, ale też prawa ręka Płatka, chwalony przez wielu Łukasz Piworowicz, który poszedł na swoje, by odbudowywać po spadku do I ligi Podbeskidzie Bielsko-Biała. Pojawienie się trenera Jana Urbana miało wnieść trochę więcej optymizmu i hiszpańskiego luzu do zespołu, który wcześniej był trzymany przez Brosza twardą ręką. Jednak okazało się, że tak poważna zmiana, jak pożegnanie trenera pracującego od pięciu lat, nie była końcem, lecz początkiem roszad personalnych na Śląsku. Do końca wakacji nie dotrwał prezes Dariusz Czernik. Po fakcie mówiło się, że zmiana była przygotowywana już wcześniej, ale dziwnym trafem zbiegła się z tym, że kibice zaczęli się głośno i niepochlebnie wyrażać o zarządzie. Niespełna dwa miesiące po nim zwolniono też Płatka. Wprawdzie o zmianie mówiło się już wcześniej, ale zbiegła się z tym że kibice wywiesili jego nazwisko na transparencie, domagając się jego dymisji. Kilka miesięcy po wzajemnym przeciąganiu liny, okazało się, że puścili ją zarówno Płatek, jak i Brosz. Górnik został bez dyrektora sportowego i bez prezesa, bo w miejsce Czernika Tomasza Młynarczyka mianowano tylko jako pełniącego obowiązki. Wszędzie tymczasowość i brak wizji. Bo przecież skoro chciano zwolnić Płatka, to może warto było zatrzymać Brosza? Albo chociaż Piworowicza, dla zachowania ciągłości działania pionu sportowego? By to wszystko zrobić, ktoś musiałby jednak patrzeć na kilka miesięcy do przodu.

ZŁE TRANSFERY

Zanim Płatek odszedł, zdążył domknąć okno transferowe, które było przedziwne. Martina Chudego, bramkarza dalekiego od ideału, który jednak według statystyk WyScouta średnio raz na osiem meczów chronił zespół przed stratą pewnego gola, zastąpił Grzegorz Sandomierski, który na razie średnio raz na osiem meczów puszcza gola, jakiego można było uniknąć. Roberta Dadoka ściągnięto pewnie w dużej mierze dlatego, że jest z Cieszyna i można mówić o budowaniu klubu na Ślązakach, bo przecież nie dlatego, że dobrze grał w Stali Mielec. Żadnej wartości do zespołu nie wnoszą też na razie Mateusz Cholewiak, Vamara Sanogo, David Tosevski, czy Jean Jules, których trener niemal nie wpuszcza na boisko. Na tle innych transferów, Podolski wygląda jak niesamowite wzmocnienie. Strach pomyśleć, jak wyglądałby ten zespół, gdyby pod koniec okna transferowego sprzedano jeszcze Jesusa Jimeneza, co – jak niesie wieść gminna — zablokowała Torcida. To jedyne, co w Zabrzu zrobiono, by ten sezon jednak był wyjątkowy. Mimo wszystko i tak zespół, który wiosną należał do najsłabszych w lidze, jeszcze się osłabił. Ale przecież ma Podolskiego.

Górnik Zabrze
Michał Chwieduk/400mm

NAPIĘTA ATMOSFERA

Problemy kadrowe, dziwne decyzje i słabe wyniki nie są w Zabrzu w ostatnich latach niczym nowym, ale często ogólny obraz ratowała chociaż atmosfera. To jedno z najbardziej żyjących swoim klubem miast w Polsce. Na stadion Górnika warto często przyjeżdżać dla samych przeżyć z dnia meczowego. W pierwszym sezonie po awansie zawiozłem do Zabrza nawet żonę. Nie żebym myślał, że zainteresuje ją starcie Górnika z Arką Gdynia, ale uznałem, że jeśli gdzieś w Polsce ma poczuć to, co czują kibice w trakcie meczu, to najprędzej w Zabrzu (nie poczuła, ale przynajmniej wie, że u nich zawsze jest KULTURA). Gdy kumple z reprezentacji Niemiec i wielkich europejskich klubów pytali Podolskiego, po co właściwie idzie do tego Zabrza, mógł im pokazać filmiki z trybun. Jednak i to nie do końca jest teraz atutem. Atmosfera wielkiego święta była w Zabrzu w tym sezonie tylko raz. Na prezentacji Podolskiego, na którą przyszło dziesięć tysięcy ludzi, więcej niż w niektórych miastach na mecze ligowe. Jego debiut przeciwko Lechowi był już w końcówce zakłócony bluzgami na zarząd. Frekwencja spadła z osiemnastu tysięcy na pierwszym spotkaniu, do niespełna ośmiu na meczach z Wisłą Płock czy Zagłębiem Lubin. Do tego doszedł bojkot, po tym, jak kibice obrazili się na zarząd po meczu z Wisłą Kraków. Mecz z Zagłębiem Lubin był szarym i smutnym widowiskiem nie tylko przez to, jak nędznie było na boisku, ale też poza nim. Teraz przynajmniej to ma się odmienić, bo w przerwie na kadrę doszło do zawieszenia broni i na starcie z Legią ma wrócić doping. Chociaż tyle.

PRZECIĘTNOŚĆ I NIJAKOŚĆ

Zabrzanie pewnie nie spadną z ligi, bo jednak raczej znajdą się trzy zespoły słabsze od nich. Ale czy naprawdę tak miał wyglądać ten wyczekiwany od lat sezon, że gdy już ten Podolski faktycznie powiedział “jadymy durś”, wrócono do tradycyjnych wojenek, usuwania kolejnych działaczy oraz zarządzania klubem z ratusza, wyraźnie wsłuchując się w głos elektoratu i rzucając mu na pożarcie tych, którzy mu nie pasują? Kiedy Górnik wracał do Ekstraklasy, miałem nadzieję, że to jakiś początek rzeczywistego wstawania z kolan. Odrodzenia. Były wyniki, był, przynajmniej częściowo, nowy stadion, była zdolna młodzież i sensowny trener. Górnik nie był najlepszy, ale był jakiś. fajny. Miał młodzież i charakterystyczny styl gry. Szybko okazało się, że w tym układzie właścicielskim nie może to być nic trwałego. W przeciętność popadł już wcześniej. Teraz porzucił też stawianie na młodzież, skoro w Pro Junior System nie ma nawet punktu. W szczytowych czasach Brosza Rafał Kurzawa i Damian Kądzior jeździli na zgrupowania pierwszej reprezentacji, a Tomasz Loska, Szymon Żurkowski, Maciej Ambrosiewicz młodzieżowej. Teraz poza Krzysztofem Kubicą, siedzącym na ławce w kadrze U-21, nie widać kogoś, kto mógłby pójść wyżej. Można było jednak choć mieć nadzieję, że raz na dziesięć lat wszyscy się sprężą, postarają się odsunąć spory i waśnie, postarają się o jeden wyjątkowo fajny sezon. Taki, w którym Podolski raczej by pomógł, niż przeszkodził i mógłby w miłej atmosferze zakończyć karierę. Wszyscy byliby zadowoleni.

CZWARTA TRYBUNA

W Zabrzu cały czas przebąkuje się o tym, że Podolski mógłby z piłkarza przeistoczyć się w akcjonariusza, ale im dłużej gra w Górniku, tym bardziej mam poczucie, że orientując się, jak działa ten klub, będzie się starał trzymać od niego pieniądze z daleka. Na zasadzie: “obiecałem, że zagram w Górniku, zagrałem, więc dajcie mi spokój. Swoje zrobiłem”. A w Zabrzu zostaną ze swoim zarządzaniem z ratusza, prezesami, którzy na nic nie mają wpływu, kibicami, którzy wpływu mają za dużo i trenerami, którzy chcieliby więcej, ale liczy się tylko trwanie. I to, by pani prezydent od czasu do czasu mogła zawołać do mikrofonu, że już za chwileczkę, już za momencik, wspólnymi siłami uda się jej zbudować czwartą trybunę. Jak w kościele. Nie warto remontować dachu, bo nie będzie już można mówić co tydzień o potrzebie wyremontowania dachu. Podolski nie mógł zbawić Górnika, ale mógł podać mu rękę, by pociągnąć go choć trochę w górę. W Zabrzu ucieszyli się, że przyszedł. A później zaprosili go do wspólnej zabawy w polskim piekiełku.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.