Z NOGĄ W GŁOWIE. Pogoń Szczecin, czyli klub z 2. Bundesligi w ekstraklasie

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Trener Pogoni Szczecin
Grzegorz Radtke/400mm

Od jakiegoś czasu patrzę na „Portowców”, jakby byli transgranicznym eksperymentem. Partnerską wymianą między 2. Bundesligą a Ekstraklasą, tak, jak wymienialiśmy kiedyś sędziów z Japończykami. My wysłaliśmy ekstraklasową drużynę, by grała w niemieckim systemie rozgrywek pod nazwą Hamburger SV, oni wysłali nam swoją, by grała w ekstraklasie jako Pogoń Szczecin.

Wśród kolegów dziennikarzy sportowych spotykam się z często z opiniami, że studia są w tym zawodzie kompletnie niepotrzebne, nic nie dają, niczego nie uczą, a tylko zabierają czas, który można by poświęcić na pisanie tekstów, robienie wywiadów i działanie w terenie. Wierzę, że mogą takie być. Ja mam jednak z tym etapem w życiu zupełnie inne doświadczenia. Nie zabierały mi czasu i miałem go dość, by pisać, rozmawiać i działać w terenie. Praktycznych umiejętności nie dały mi żadnych, ale za to pozwalały przyjemnie spędzać czas na absolutnie oderwanych od rzeczywistości aktywnościach. Być może niektórzy, siedząc na przedmiocie „Liechtenstein jako mikropaństwo”, czuli, że przegrywają życie. Ja jednak czułem, że za ten jeden punkt ECTS na pewno wyłowię jakąś ciekawostkę, którą będzie można wykorzystać w tekście, jeśli kiedyś trafimy na nich w eliminacjach (np. że w tym kraju nie ma ani jednego miasta i że nawet stolica Vaduz to formalnie wieś). Zresztą jeden z wykładowców mówił, że jeśli już koniecznie musimy na studiach prowadzić jakiś zeszyt, to tylko jeden: zbierający ciekawostki ze wszystkich przedmiotów. Bo tak naprawdę tylko one może kiedyś w życiu nam się przydadzą.

PIĘKNO SOCJOLOGII MIASTA

Z tego właśnie względu moim absolutnie ukochanym przedmiotem na studiach była doskonale niepraktyczna socjologia miasta. Jeśli nie zastanawialiście się nigdy, dlaczego przejścia podziemne są zupełnie bezdusznymi przestrzeniami, których nikt nie lubi, dlaczego rower może być czynnikiem miastotwórczym i ile określeń na śnieg mają Eskimosi, po kursie z socjologii miasta zaczęlibyście patrzeć na świat zupełnie inaczej. Bardzo ciekawe były poświęcone bloki poszczególnym miastom w Polsce i w Europie. Jeśli się uważało, do zeszytu z ciekawostkami można było spisać nazwy masy ciekawych knajp w różnych miejscach. Oczywiście po to, by móc do nich potem pójść i obserwować, jak się kształtuje tkanka miejska.

NIEWŁAŚCIWA STRONA ODRY

Jednym z najczęściej przywoływanych na naszej socjologii miasta przypadków był Szczecin. W Krakowie dla sporej części osób ziemia zupełnie nieznana. Manuel Junco, były dyrektor sportowy Wisły, zwrócił mi kiedyś uwagę, że z krakowskiej perspektywy pojechanie na obserwację zawodnika do Szczecina to tak samo, jak pojechanie do Zagrzebia (tylko nieznacznie przesadził). To dobrze współgrało z tym, co ciągle podkreślał prof. Paweł Kubicki. Że jeśli któryś aktor potrzebuje zniknąć z serialu, a fabularnie nie pasuje, by go uśmiercać, postać, którą gra, wysyła się na delegację do Szczecina. Że mieszkańcy tego miasta czują często, jakby żyli poza resztą kraju, co ma w warstwie symbolicznej wynikać ze znajdowania się po niewłaściwej stronie Odry. Bo jeśli mówi się o Polsce, że to kraj „między Odrą a Bugiem”, to Szczecin się w te widełki nie łapie. Bo jest już po lewej stronie rzeki. Że próby rozpalenia tam zbiorowej tożsamości poprzez oderwaną od rzeczywistości kampanię „Szczecin – miasto pływających ogrodów” kompletnie się nie udały. Że choć za PRL miały tam miejsce wydarzenia o charakterze pokoleniowym, miasto przegrało z Gdańskiem walkę o miano stolicy buntu. I że gdy profesura wileńska podróżowała pociągiem do Szczecina, to zatrzymała się na chwilę w Toruniu i już tam została. Można było na podstawie tych opowiadań odnieść wrażenie, że to fajne miasto, ale takie położone gdzieś na końcu świata. Dokąd nikt już nie dociera. Które dla każdego jest „tam”, a dla nikogo „tu”.

OBRAZ W GŁOWIE

Nigdy tych teorii nie weryfikowałem. Nie wiem, czy wysyłanie bohaterów do Szczecina to rzeczywiście częsta praktyka serialowa, czy zrobiono to tylko raz i się utarło. Przez lata uczęszczania na socjologiczne kursy zdążyłem się przyzwyczaić, że niektórych spraw, które się na nich szeroko analizuje, praktycznie nie sposób dostrzec na co dzień, nawet żyjąc w danym mieście. I że to wszystko mogą być uproszczenia ubrane w formę zgrabnych haseł, które dobrze brzmiały na wykładach, potem były przez nas powtarzane na randkach, z co ambitniejszymi studentkami, przez co dobrze wryły się nam w pamięć i zostaliśmy jako absolwenci z całkiem skrzywionym obrazem Szczecina. Być może. Ale z takim właśnie obrazem zostałem. Byłem tam raz w życiu. Ludzi ze Szczecina spotkałem w życiu osobiście mniej niż z Alicante. Trudno było przekonać się na własnej skórze, ile w tym prawdy.

WYMIANA KNOW-HOW

Cały ten obraz sprawia jednak, że od jakiegoś czasu patrzę na Pogoń Szczecin jakby była pewnego rodzaju transgranicznym eksperymentem. Partnerską wymianą między 2. Bundesligą a Ekstraklasą, tak, jak wymienialiśmy kiedyś sędziów z Japończykami. My wysłaliśmy ekstraklasową drużynę, by grała w niemieckim systemie rozgrywek pod nazwą Hamburger SV, oni wysłali nam swoją, by grała w ekstraklasie jako Pogoń Szczecin. Początki mieli ciężkie, parę razy wpadali w kryzysy, ale opierając się na zaufaniu, poprawianiu, a nie zaczynaniu wszystkiego od nowa, robili swoje. Zatrudniają sensownych dyrektorów sportowych. Postawili na infrastrukturę. Inwestowali w kamienie, a nie w nogi. Nie szarpali się, nawet gdy była pokusa, by szybko i drogą na skróty coś osiągnąć, inwestowali w młodzież, zaczęli zarabiać na transferach, chętnie wpuszczali do gry nastolatków, szukali zawodników z niższych lig. I nagle zobaczyli, że cała reszta towarzystwa jest gdzieś za nimi. Jak to w 2. Bundeslidze, nie wszystko robią idealnie. W lepszych momentach bardziej przypominają Bundesligę, w gorszych ekstraklasę. Nie grają pięknie. Są pragmatyczni, dobrze biegają, nieźle bronią, ale jest w tym wszystkim jakiś element umiejętności piłkarskich.

NIEMIECKI FACHOWIEC

Do myślenia o Pogoni jako niemieckim II-ligowcu skłania też niewątpliwie postać trenera. Kosta Runjaić to przez lata było jedno z typowych nazwisk karuzeli w 2. Bundeslidze. Teraz wylądował w bardzo podobnym klubie, tylko trochę dalej na wschód. O ile Peter Hyballa jest głośniejszy, bardziej wyrazisty i pewnie osobowościowo trochę ciekawszy, o tyle Runjaić to bardziej typowy przedstawiciel niemieckiej szkoły. Spokojny, rzeczowy, trudny do wyprowadzenia z równowagi, cierpliwy i zdyscyplinowany fachowiec, który ma swoje zdanie, ale raczej nie idzie na noże. Całkiem możliwe jednak, że w mniej poukładanym klubie, w którym pracują ludzie o innej mentalności, byłoby mu znacznie trudniej. Być może do okiełznania rozhisteryzowanej Wisły Kraków lepszy jest Hyballa, ale do codziennego, mozolnego rozwijania spokojnej Pogoni Szczecin, lepiej nadaje się Runjaić.

DOBRE POŁOŻENIE

Obecność Runjaicia i jego asystenta Tomasza Kaczmarka, również wykształconego trenersko w Niemczech, jest dla mnie idealnym przykładem, jak klub ekstraklasy może wykorzystać położenie. Może patrząc z perspektywy reszty Polski, bycie po „niewłaściwej” stronie Odry jest jakimś problemem, ale patrząc z perspektywy niemieckiej, Szczecin jest położony znakomicie. Runjaić, pochodzący spod Frankfurtu, ma do pracy bliżej niż gdyby przejął Hansę Rostock. Jeśli ma ochotę napić się kawy w Berlinie, wystarczą dwie godziny samochodem. I logistycznie łatwiej zorganizować sparing z Herthą niż z Lechem Poznań. To pozasportowe argumenty, którymi można kusić trenerów i piłkarzy z niemieckiego rynku. Szczecin może w tym kontekście być wspaniałą bramą na Zachód.

RAMIĘ W RAMIĘ Z CRACOVIĄ

Widzę w sposobie budowania szczecińskiego klubu coś niepolskiego także dlatego, że do pewnego momentu Pogoń i Cracovia były w ostatnich latach braćmi. Tego samego lata zatrudniły z wielką pompą trenerów o głośnych nazwiskach (Michała Probierza i Macieja Skorżę), co automatycznie postawiło je w gronie klubów, które w perspektywie kilku lat będą chciały włączyć się do walki o tytuł. Tej samej jesieni obie spotkały się w grze o utrzymanie. Tej samej wiosny spektakularnie się odbiły, potwierdzając potencjał. Po czym znowu równocześnie fatalnie zaczęły sezon, by efektownie go skończyć. Następnie razem zaliczyły jesień, w której trakcie naprawdę wyglądały na kandydatów do mistrzostwa, by potem wiosną równolegle kompletnie rozczarować. Przez te trzy lata wędrówki ramię w ramię, to Cracovia zawsze była o pół kroku do przodu. To ona dwa razy wchodziła do pucharów, podczas gdy Pogoń czeka na to od dwudziestu lat (jedno z moich najdawniejszych pucharowych wspomnień z polskimi drużynami to wyrównujący gol Fylkiru Reykjavik w ostatniej akcji meczu w Szczecinie). To Cracovia zdobyła trofeum, podczas gdy Pogoń jeszcze nigdy nie wsadziła niczego do gabloty. To piłkarz sprzedany przez Cracovię za miliony euro podbijał Europę, podczas gdy ten, który równolegle z Krzysztofem Piątkiem wyjechał z Pogoni, czyli Jakub Piotrowski, nie potrafił się w Belgii przebić.

TOŻSAMOŚĆ PROJEKTU

Od zeszłego lata ich drogi się jednak rozeszły. Pogoń zbudowała ostatnie niezłe sezony na solidniejszym fundamencie. Bez szybkiego dopalacza. Stopniowo przesuwając się o pół kroku do przodu. I sukcesywnie nadając klubowi wyraźny rys. Zupełnie odwrotnie niż na socjologii miasta. W Krakowie jest silna tożsamość, ale projekt, który budowano tu przez trzy lata, jej nie ma. W Szczecinie (podobno) nie ma tożsamości, ale projekt, który tam powstał, zdecydowanie ją ma. Nie wiem, w którą stronę pójdzie rozwój Pogoni. Być może w decydującym momencie zabraknie jej odrobiny szaleństwa. Trochę brawury. Zaryzykowania, by odnieść największy sukces w historii klubu. Daleki jestem od myślenia, że w Szczecinie zbudowali klub, który teraz wszystkich rozstawi po kątach i zdominuje ligę. Jest jednak nadzieja, że powoli zdołają zbudować tam S.C. Freiburg czy FSV Mainz, czyli klub, który niekoniecznie będzie wielką potęgą, ale za to jego obecność bardzo dobrze zrobi futbolowi w całym kraju. Po tym, jak Cracovia sprzedała Piątka, trudno sobie dziś wyobrazić, że jeszcze na kimś miałaby zarobić więcej niż milion euro. Pogoń po Piotrowskim sprzedała jeszcze Sebastiana Walukiewicza i Adama Buksę, a w obecnej drużynie widać kolejnych kandydatów do zasilenia budżetu. Powoli zaczyna działać taśma.

POŻEGNANIE Z PTAKIEM

Przez lata w polskiej piłce Pogoń kojarzyła się głównie z Brazylijczykami, których nazwoził tam Antoni Ptak, co bardzo spójnie układało mi się w głowie, gdy słuchałem o tych pływających ogrodach 2050. Ale myślę, że gdybym dziś znów usiadł na wykładzie i słuchał o Szczecinie, jako o niezłym do życia mieście z potencjałem, w którym jednak nie udają się wielkie projekty, czułbym już raczej jakiś dysonans. Bo Pogoń coraz bardziej wygląda na projekt, który Szczecinowi się udał. I wyobrażam sobie, że mistrzostwo Polski mogłoby tam być czymś więcej, niż tylko największym sukcesem w historii miejscowego klubu piłkarskiego. Byłoby pokazaniem, że jednak jest coś, w czym Szczecin może być najlepszy w Polsce. A przecież najlepsze w piłce nożnej są takie historie, za których pomocą można potem opowiadać o świecie. Na przykład na socjologii miasta.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.