Z NOGĄ W GŁOWIE. Perspektywa kosmiczna. Jaki jest polski potencjał kadrowy

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Reprezentacja Polski
Piotr Kucza/400mm

Patrzymy na reprezentację Polski, mówiąc o Robercie Lewandowskim, Piotrze Zielińskim i Wojciechu Szczęsnym. A może trzeba o niej opowiadać przez pryzmat Macieja Rybusa, Kamila Jóźwiaka i Kamila Glika? Bo piłkarzy naprawdę liczących się w skali Europy jest w tej drużynie coraz mniej. Stężeniem talentu i tym, co ich piłkarze znaczą na kontynentalnym rynku, biją nas na głowę reprezentacje, których nawet byśmy o to nie podejrzewali.

Podczas oglądania ostatniego meczu z Albanią znienacka uderzyło mnie ubóstwo kadrowe polskiej reprezentacji. I nie chodziło nawet o plagę kontuzji, która wepchnęła do podstawowej jedenastki graczy New England Revolution czy Racingu Lens, lecz o tych, którzy graliby w niej także przy pełnym komforcie wyboru. Kamil Glik czy Grzegorz Krychowiak byli liderami tej kadry, gdy sięgali po mistrzostwo Francji z Monaco i Ligę Europy z Sewillą. Teraz grają w II-ligowym Benevento i FK Krasnodar, a dalej na ich pozycjach nie widać nikogo wyraźnie lepszego. Zwykło się mówić o tej kadrze przez pryzmat Roberta Lewandowskiego, Piotra Zielińskiego czy Wojciecha Szczęsnego. Ewentualnie podkreślać, że pozostali też są często zatrudniani w czołowych ligach europejskich. Ale jakoś odnoszę wrażenie, że na którego rywala nie spojrzeć, wcale nie mamy jakoś ewidentnie lepszego składu. Nawet ci Albańczycy. U nas w trójce stoperów Sampdoria, Benevento, Southampton. U nich Roma, Atalanta, Empoli. Nie mam przekonania, że selekcjoner 69. drużyny w rankingu wymieniłby się z Paulo Sousą defensywą.

POLSKIE ZAKRZYWIENIE

To jednak ciągłe szukanie dowodów anegdotycznych. Chwytanie się jednego czy dwóch wybijających nazwisk u rywala, bez zwracania uwagi na całość. Poczułem, że brakuje mi szerszego spojrzenia na głębię polskiego składu. Perspektywy kosmicznej, nieskażonej polskim spojrzeniem. Wiemy, że Bereszyński, Jóźwiak czy Frankowski coś potrafią, bo ich śledzimy i znamy od lat. Jednak czy nazwiska Bereszyński, Jóźwiak, Frankowski mówiłyby nam cokolwiek, gdyby chodziło o Czechów albo Bośniaków? Mielibyśmy o nich jakieś zdanie, czy patrzylibyśmy na skład polskiej drużyny i mówili: “Lewandowski, Szczęsny, Zieliński, a reszta to jakieś anonimy”?

Reprezentacja Polski
Piotr Kucza/400mm

ZMIERZYĆ SIŁĘ KADRY

Rankingi oraz wyniki turniejowe mogą być jakimś wyznacznikiem siły, ale niekoniecznie rzeczywistego potencjału. Ktoś mógł mieć szczęśliwą drabinkę. Przepchnąć się po rzutach karnych. Fuksem wygrać. W pamięci pozostaje, że grał w ćwierćfinale ostatnich mistrzostw, podskakuje w rankingach, ale niekoniecznie mowa o naprawdę porządnej drużynie. Poza tym, rankingi, siłą rzeczy bazują na tym, co było. Mierzą mecze, które już zostały rozegrane. A nie to, co dzieje się w czasie rzeczywistym. Postanowiłem więc porównać, ile rzeczywiście poszczególni zawodnicy z danego kraju znaczą na rynku. Jaka jest ich pozycja w świecie futbolu? Nie mówi to oczywiście wszystkiego o sile reprezentacji, bo do tego dochodzą czynniki międzyludzkie, czy taktyczne, sprawiające, że ze średnich piłkarzy da się zrobić dobrą drużynę, a z dobrych średnią. Ale przynajmniej ustawia jakoś pułap oczekiwań. Pozwala ustalić, co jest wynikiem ponad stan, co poniżej możliwości, a co zrealizowaniem potencjału.

TRZY TYSIĄCE MIEJSC PRACY

Taka próba spojrzenia na europejską piłkę doprowadziła do pierwszego, być może oczywistego, odkrycia. Piłkarzy grających w czołowych ligach świata jest wielu. Cieszymy się, że mamy w Serie A, Premier League czy Bundeslidze wielu przedstawicieli, ale ci, z którymi rywalizujemy, też ich mają. Jeśli kadra zespołu liczy średnio trzydzieści nazwisk, a w lidze jest dwadzieścia zespołów, miejsc w Premier League, Serie A, La Liga i Ligue jest po 600. Dokładając do tego 540 z Bundesligi, daje to liczbę niemal trzech tysięcy piłkarzy występujących w samych tylko ligach top 5. To, że Paweł Dawidowicz jest rezerwowym Hellasu Werona, a Jakub Moder przebija się w Brighton, z miejsca przestaje wyglądać na jakiś niezwykły atut Polaków. Bo przecież zdecydowaną większość z tej całej masy zawodników stanowią Europejczycy. Nasi grupowi i turniejowi codzienni rywale.

OBIEKTYWNE NARZĘDZIE

By jakoś porównać to morze piłkarzy, użyłem narzędzia niedoskonałego, lecz obiektywnego, czyli wycen z portalu transfermarkt.de. Nie należy się do nich przywiązywać na tej zasadzie, że jeśli Erling Haaland jest wyceniany na sto milionów euro, to za tyle można go pozyskać. Ale jeśli Haaland jest wyceniany najwyżej wśród napastników, pewnie jest jednym z najlepszych napastników na świecie. Niezmienne i powtarzalne kryteria algorytmów transfermarkt sprawiają, że ich wyceny tworzą jakiś spójny, poukładany i w miarę oddający rzeczywistość system. Czasem zawodnik wyceniany na 5 milionów może się okazać gorszy niż ten, który ma wpisane 3 miliony. Ale zazwyczaj można się zgodzić, że ci wyceniani najwyżej są najlepsi, a ci najniżej, najsłabsi. Narzędzie premiuje oczywiście zawodników młodszych, przez co np. Robert Lewandowski jest wyceniany niżej niż Haaland, choć dziś prawdopodobnie nie jest gorszy, ale uznałem, że to nie szkodzi. Przynajmniej na tej podstawie widać, która reprezentacja ma przyszłość, a która przeżywa już ostatnie chwile z gwiazdą.

EUROPEJSKA HIERARCHIA

Wszystkich notowanych w transfermarkt.de Europejczyków podzieliłem pozycjami według ustawienia 1-4-3-3, zawierającego podstawowe pozycje w futbolu. Tworzyłem z nich najbardziej wartościowe jedenastki. Najwyżej wyceniany bramkarz lądował w pierwszej, obok najdroższego prawego obrońcy, stopera i tak dalej. Trzeci bramkarz lądował w trzeciej jedenastce, siedemnasty w siedemnastej. Jednocześnie zapisywałem pojawiające się narodowości. Jeśli najlepszy czeski prawy obrońca trafiał do szóstego pod względem wycen zespołu, Czechy dostawały za tę pozycję sześć punktów. Jeśli do piętnastego, piętnaście. Jednak w tym rankingu, im mniej punktów się miało, tym lepiej. Drużyna, która na każdej pozycji miałaby najwyżej wycenianego zawodnika świata, zgarnęłaby jedenaście punktów. Po jednym za każde miejsce na boisku. Pod uwagę brałem po pięciuset najwyżej wycenianych Europejczyków z każdej pozycji.

PIĘCIU NA PIĘCIUSET

Jedno z pierwszych odkryć pokazywało, jak niewielu Polaków znajduje się w gronie pięciuset najwyżej cenionych Europejczyków. Gdyby powołać 16-zespołową europejską Superligę, w której graliby tylko najlepsi gracze z kontynentu, występowałoby w niej ledwie pięciu Polaków — Lewandowski, Zieliński, Szczęsny oraz Jan Bednarek i Arkadiusz Milik. Próg wejścia do czołowej pięćsetki to aż osiemnaście milionów euro. Najbliżej niego są Bartłomiej Drągowski (16), Grzegorz Krychowiak (15) i Krzysztof Piątek (15). Lewandowski znalazłby się w piątym wśród najsilniejszych składów kontynentu, Szczęsny w siódmym, Zieliński w dziewiątym, a Bednarek w dwudziestym drugim.

Reprezentacja Polski
Piotr Kucza/400mm

ZESPÓŁ DYSPROPORCJI

Eksperyment dość szybko pokazał, jak duże dysproporcje występują w obrębie podstawowej jedenastki reprezentacji Polski. Czołowego na świecie Lewandowskiego wspierać mają skrzydłowi, którzy załapaliby się do 94. i 111. europejskiej jedenastki, czyli w hierarchii kontynentalnej bocznych pomocników zajmują miejsca na końcu drugiej i na początku trzeciej setki. Obok Zielińskiego, będącego w setce najwyżej wycenianych piłkarzy w Europie, grają środkowi pomocnicy z miejsc 147 i 204. Nie od dziś wiadomo, że w futbolu ważniejsze dla końcowego wyniku nie jest najsilniejsze, lecz najsłabsze ogniwo i najłatwiej poprawić zespół, wymieniając jego najbardziej newralgiczny punkt. W Polsce amplituda jest bardzo duża. Dla porównania — w podstawowym składzie reprezentacji Francji są tylko piłkarze z miejsc 1-8 na kontynencie na swoich pozycjach. U Anglików byłoby nawet 1-6, gdyby nie to, że jeden ze stoperów jest 24. W Europie. Dwudziesty czwarty stoper na kontynencie jest najsłabszym ogniwem w Anglii.

BELGIA BEZ NASTĘPCÓW

Nie chodziło jednak o porównanie Polaków do Anglików i Francuzów, bo do tego nie trzeba by spędzić godzin na obliczeniach, lecz o przyjrzenie się dalszym miejscom. Europejska hierarchia pod względem siły kadry piłkarzy mówi, że bezkonkurencyjni, z bardzo zbliżonym wynikiem, są Anglicy i Francuzi. Kolejne miejsca zajmują, z większą stratą, ale z podobnym do siebie potencjałem, Hiszpanie i Niemcy, z tym że u Hiszpanów talent rozkłada się bardziej równomiernie na wszystkie pozycje, a Niemcy mają bardziej wybijające się jednostki z przodu i odstającą od nich obronę. Czołówkę zamykają mistrzowie Europy Włosi, z których Roberto Mancini potrafił zrobić świetnie funkcjonujący zespół. Sama jakość piłkarzy nie stawia jednak Włochów w pozycji kontynentalnych hegemonów. Z czołowej dziesiątki ciekawy jest przypadek Belgii, gdzie zachodzą rażące dysproporcje między najlepszymi a najsłabszymi ogniwami. Trener może kombinować, jak je zniwelować, zmieniając ustawienie, ale i tak jest dość widoczne, że złotemu pokoleniu brakuje na razie równie złotych następców.

UŚPIENI SERBOWIE

Za Portugalią, Belgią i Holandią rozpoczyna się półka, na której teoretycznie chcielibyśmy siebie widzieć, jednak pod względem samego potencjału kadrowego, musimy jeszcze uznać wyższość kilku nacji. Z przewagą Chorwatów czy Duńczyków po ostatnich turniejach trudno się kłócić, ale akurat Serbii na Euro nie było, a ostatnie wyjazdy na mistrzostwa w jej wykonaniu były gorsze niż Polaków. Tu jednak problem musi być w wykorzystaniu potencjału ekipy, a nie w samych zawodnikach, którzy w skali Europy znaczą więcej niż Polacy. Potencjału nie wykorzystała też na ostatnich mistrzostwach Turcja, jednak i ona pod względem wycen jest ponad Polską. Podobnie jak Austriacy i Szwajcarzy, którzy zagrali dobre Euro i mają wielu piłkarzy odgrywających ważne role w Bundeslidze. Nie tak ważne, jak Lewandowski. Ale za to rzadziej niż Polacy są przyspawani do ławek.

SŁABSI WĘGRZY

Polska zajmuje w tym zestawieniu piętnaste miejsce między Turcją a Ukrainą. Za sobą ma kilka zespołów, które odegrały znacznie ważniejszą rolę na Euro, jak Szwedzi, czy Czesi. Słowacja, z którą przegraliśmy na mistrzostwach, nie mieści się nawet w czołowej dwudziestce czwórce. Podobnie jak Węgry, z którymi rywalizujemy w grupie eliminacyjnej. Obecność Dominika Szoboszlaia, Willy’ego Orbana czy Petera Gulacsiego oraz dobra organizacja gry przykrywa ewidentne braki, jakie Węgrzy mają chociażby w drugiej linii, gdzie brakuje choćby jednego piłkarza wśród 500 (!) najwyżej wycenianych europejskich środkowych pomocników.

TRUDNE BARAŻE

Jak powinno się to przełożyć na oczekiwania? Piętnaste miejsce w Europie, przy nędznej klasie indywidualnej grupowych rywali poza Anglią, każe oczekiwać od tego zespołu drugiego miejsca niezależnie od okoliczności. Będzie naturalnie pokusa, by myśleć, że skoro Węgrzy mogli się postawić na Euro Francuzom, Niemcom czy Portugalczykom, są całkiem niezłą drużyną, jednak mając takich piłkarzy, jakich ma Polska, musimy celować w wyprzedzenie ich na przestrzeni dziesięciu meczów. Jednocześnie piętnasta pozycja na kontynencie, przy trzynastu miejscach, jakie ma dla Europy FIFA na mundialu w Katarze, oznacza, że awans nie będzie oczywistością i w ewentualnych barażach trzeba się będzie przebijać przez kogoś silniejszego kadrowo, licząc na dwie wygrane, mimo mniejszego stężenia talentu. O ile awans na Euro nie był sukcesem, lecz obowiązkiem, o tyle awans na mundial byłby sukcesem, a nie oczywistością. Wyjazd do Kataru jest bowiem trudniejszy niż awans do 1/8 finału mistrzostw Europy.

KAŻDY UBYTEK WAŻY

Widać przy tym jeszcze wyraźniej, że w przypadku Polski każdy ubytek kadrowy kogoś z podstawowej jedenastki drastycznie obniża poziom zespołu. Jeśli zamiast Zielińskiego gra Frankowski a zamiast Milika Buksa, nie jest to tylko zamiana dwóch nazwisk, jak jest w niektórych krajach, lecz potężne tąpnięcie w jakości na boisku. Najlepiej widać to zresztą po Krychowiaku i Gliku. Nie było nikogo na ich poziomie, gdy grali w Monaco i Sewilli. Ale gdy grają w Benevento i Krasnodarze dalej nie ma nikogo na ich poziomie. Konsekwentnie spadali w europejskiej hierarchii przez pięć lat, lecz w tym czasie nie pojawił się nikt, kto odsunięcie ich z podstawowego składu uczyniłby naturalnym.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.