Z NOGĄ W GŁOWIE. Indyjska liga krykieta. Czy jest jakiś ratunek dla Bundesligi

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Marcel Sabitzer
Matthias Hangst/Getty Images

Bayern Monachium jednego lata wzmocnił się trzema czołowymi postaciami wicemistrza Niemiec. Trener jego teoretycznie głównego konkurenta narzeka na finansowe dysproporcje panujące w lidze. A już na początku sezonu wszyscy dobrze wiedzą, jak to się wszystko skończy. Dlaczego Bundesliga jest na szczycie tak mało konkurencyjna i co sprawia, że tak trudno to zmienić?

Istniejąca w pokoleniu obecnych 30-latków nostalgia za latami dziewięćdziesiątymi nie jest niczym dziwnym, bo każda generacja z rozrzewnieniem wspomina młodość. Jednak słuchając niemieckich kibiców pamiętających, jak w ostatniej dekadzie XX wieku wyglądała Bundesliga, dostrzegam coś więcej niż tylko myślenie na zasadzie “kiedyś były czasy, dzisiaj nie ma czasów”. Wystarczy spojrzeć na listę mistrzów Niemiec, by zobaczyć, jak wyjątkowa to była dekada. Rozpoczęła się od mistrzostwa Kaiserslautern, po którym tron przejęły Werder Brema i VfB Stuttgart. Bayern Monachium, który chwilę wcześniej jedyny raz w historii był poważnie zagrożony spadkiem, sięgnął po mistrzostwo w 1994 roku, ale nie obronił go, bo akurat zaczynała wzrastać potęga Borussii Dortmund, którą w końcu znów pokonał Bayern, oddając następnie tytuł beniaminkowi z Kaiserslautern. A wiek zamknęli monachijczycy, wygrywający pasjonujące boje do ostatniej kolejki z Bayerem Leverkusen. Pomiędzy 1991 a 1995 rokiem Niemcy widziały pięciu różnych mistrzów, a walka o paterę zwykle trwała do ostatniej sekundy sezonu.

POKOLENIE BAYERNU

Przenieśmy się do 2021 roku. Sam zacząłem się intensywnie interesować futbolem jako ośmiolatek, więc uznajmy to na potrzeby tego tekstu za często powtarzający się wiek piłkarskiej inicjacji. Jeśli ktoś urodził się w 2005 roku, pierwszy sezon, jaki w pełni świadomie śledził, to ten, w którym Bayern odzyskiwał panowanie po dwóch latach zwycięstw Borussii Dortmund i sięgał po potrójną koronę. Urodzeni w 2005 roku mają dziś szesnaście lat. Mogą w Niemczech legalnie kupić piwo, za chwilę będą mogli wziąć udział w kursie na prawo jazdy. Nigdy nie widzieli w swoim kraju trzech rzeczy: innego kanclerza niż Angela Merkel, innego selekcjonera niż Joachim Loew i innego mistrza niż Bayern. Tyle że selekcjoner już właśnie się zmienił, kanclerz zmieni się lada moment. A mistrz raczej się nie zmieni. W dorosłość wchodzi pokolenie Niemców, które nie wie, że Bundesligę może czasem wygrać Werder, Wolfsburg, Stuttgart czy Borussia Dortmund. Wie, że kiedyś tak było, tak, jak kiedyś słuchało się muzyki na kasetach i oglądało filmy na magnetowidach. Ale wie, że teraz tak to już nie działa.

AMERYKAŃSKIE NARZĘDZIA

Jessego Marscha, nowego trenera RB Lipsk, przepytał ostatnio przed meczem z Bayernem Monachium magazyn “Kicker”. Jako Amerykanin i to nie taki, który wychował się w Europie, lecz na wskroś przesiąknięty sportem w swojej ojczyźnie, ma wyjątkowo duże problemy, by zaakceptować zwyczaje, które panują na naszym kontynencie. Amerykański sport, niezależnie od tego, o jakiej dyscyplinie mowa, jest oparty na pilnowaniu, by nikt nie urósł za mocno ponad innych. Wprowadzane są narzędzia typu salary cap, ograniczające pensje, czy kolejność w draftach, dająca najsłabszym drużynom pierwszeństwo przy wyborze najbardziej obiecujących zawodników, co ma wyrównywać poziom w lidze.

RB Lipsk
Ronny Hartmann/Getty Images

KONKURENCYJNOŚĆ ZZA OCEANU

W XXI wieku NBA miała dziesięciu różnych mistrzów, a nikt w tym czasie nie zdobył tytułu więcej niż dwa razy z rzędu. W NHL, MLS i NFL mistrzów w tym stuleciu było dwunastu, a w MLB nawet czternastu. W żadnych europejskich rozgrywkach piłkarskich w tym czasie nie było takiej wymienności. Uznawana za najbardziej konkurencyjną Premier League miała sześciu zwycięzców, Bundesliga pięciu, La Liga i Serie A czterech. Najlepiej wypada Ligue 1, która miała siedmiu, ale i to w czasach przed katarskim PSG. Najbardziej inkluzywna jest Liga Mistrzów, którą w XXI wieku wygrało dziewięć różnych drużyn. Ale jak na amerykańskie standardy to i tak mało. Amerykański kibic przed sezonem naprawdę nie wie, kto na końcu wygra. I dziwi się europejskiemu, że może się ekscytować rozgrywkami, w których wszystko jest jasne przed startem.

AMERYKANIN NIE ROZUMIE

Marsch – notabene jako trener naginającego reguły gry Lipska mało wiarygodny jako obrońca sprawiedliwego porządku – powiedział więc “Kickerowi”, że jako Amerykanin nie jest w stanie zrozumieć, w jaki sposób Bielefeld miałby mieć długofalowo realną szansę rywalizacji z Bayernem. - Przeczytałem, że ich budżet jest 30-krotnie większy niż Arminii. Takiej różnicy nie ma ani w La Liga, ani w Premier League, ani w żadnej lidze. Myślę, że tylko krykietowa Premier League w Indiach ma większe różnice między najbogatszym i najbiedniejszym klubem — stwierdził, zdobywając tym porównaniem większość niemieckich nagłówków. Na potwierdzenie tych słów, jego drużyna, wicemistrz Niemiec, uległa mistrzowi z Monachium, na którego rzecz straciła chwilę wcześniej dwóch czołowych piłkarzy i trenera, 1:4.

KRYKIETOWA LIGA

Nie wiem, jak dokładnie wyglądają dysproporcje w krykietowej lidze indyjskiej, pewnie Marsch użył tego porównania nie bez przyczyny, wszak po zwolnieniu z Montreal Impacts wziął rodzinę na półroczną wycieczkę dookoła świata i przyjrzał się z bliska różnym kulturom. Jednak patrząc na samą listę zwycięzców, nawet i te rozgrywki wyglądają na bardziej konkurencyjne niż Bundesliga. Od 2008 miały sześciu różnych mistrzów. Bundesliga trzech. Nie tylko w Europie panuje zgodność, że coś jest z ligą niemiecką nie tak. W Niemczech też to wiedzą. Tyle że nikt nie widzi sensownego wyjścia z impasu.

NIEMIECKA PRZEPAŚĆ

Marsch posługiwał się przykładem Arminii, ale da się w lidze znaleźć bardziej drastyczny. Biorąc pod uwagę wydatki na pensje (w całej sekcji piłkarskiej, nie tylko w drużynie) według najnowszego raportu DFL, najbiedniejszym klubem Bundesligi jest Greuther Fuerth, wydający 13 milionów euro rocznie. To nie wystarczyłoby nawet na pensję jednego czołowego piłkarza Bayernu, skoro najlepiej zarabiający w Monachium dostają po dwadzieścia milionów. Bawarczycy górują nad Frankończykami 26-krotnie. W Premier League według danych za poprzedni sezon różnica między Manchesterem City a Sheffield United była tylko ośmiokrotna. Rozmowy o tym, dlaczego liga w Anglii jest bardziej konkurencyjna niż w Niemczech, można by właściwie zamknąć na tej statystyce.

PRZYKŁAD PREMIER LEAGUE

Brnijmy jednak dalej. Wyobraźmy sobie ligę angielską, w której nie ma Manchesteru United, Liverpoolu, Chelsea i Arsenalu. Jest tylko Manchester City, a jego główną konkurencję stanowi Tottenham. Łatwiej będzie na tym przykładzie zrozumieć, dlaczego Borussia Dortmund nie jest w stanie regularnie wyprzedzać Bayernu Monachium. Różnica między Borussią a Bayernem (63% monachijskiego budżetu) jest wprawdzie trochę większa niż między Tottenhamem a City (68% budżetu), ale to najbardziej zbliżone do siebie przypadki. Ile tytułów zdołał w ostatnim czasie zdobyć Tottenham? Mając wybitnego trenera i znakomitą mieszankę ludzi, dotarł do finału Ligi Mistrzów, który przegrał (jak Borussia). Dwa razy w tej dekadzie wyprzedził City w skali sezonu (jak Borussia). Ale gdy formuła się wypaliła, wybitny trener odszedł i sytuacja wróciła do normy. A największa gwiazda Tottenhamu omal nie przeszła tego lata do City. Gdyby Tottenham miał być głównym rywalem dla City, a trzecim, który mógłby się w to wmieszać, byłoby Leicester City (43% budżetu hegemona, podobnie jak RB Lipsk), Premier League nie byłaby konkurencyjna. City też miałoby szansę na dziesięć mistrzostw Anglii z rzędu.

SPRAWIEDLIWSZY PODZIAŁ

Mniejsze kluby w Niemczech mówią, że trzeba inaczej podzielić tort z praw telewizyjnych. Sprawić, że nie będzie aż takiej dysproporcji między tym, co trafia do Bayernu i innych klubów regularnie grających w pucharach a całej reszty. W Anglii podział faktycznie jest bardziej równomierny. W ten sposób Greuther Fuerth i VfL Bochum, wchodząc do Bundesligi, zyskałyby znacznie większe możliwości, by przyciągać ciekawych piłkarzy z Francji, Hiszpanii czy innych rynków, tak, jak robią mniejsze kluby angielskie. Polski rekord transferowy nie został pobity przez Manchester czy Chelsea, lecz przez Brighton. Jakub Moder trafił tam za jedenaście milionów euro. Siedem klubów z obecnej Bundesligi nigdy nie wydało tyle na żadnego piłkarza. Gdyby inaczej podzielić pieniądze, które już są, przykładowy Moder mógłby trafiać do Freiburga, Moguncji, czy Augsburga, podnosząc ich poziom i sprawiając, że liga byłaby bardziej konkurencyjna, bo Bayern czy Dortmund musiałyby się mocniej namęczyć, by zdobywać w niej punkty.

KONKURENCYJNOŚĆ WIELKICH

Co na to wielcy? Zwracają uwagę, że aby takie Modery w ogóle spojrzały na Bundesligę, musi być ona atrakcyjną ligą. Uznawaną za silną. A to osiąga się dobrymi wynikami w pucharach. Jeśli Bayern już teraz, rywalizując na rynku transferowym z państwami z Zatoki Perskiej oraz z miliarderami ze wschodu, oraz zachodu, musi się wykazać dużą kreatywnością, by nie stracić konkurencyjności, okrojony z pieniędzy z praw telewizyjnych miałby jeszcze większy problem. Zostałby zdegradowany do roli FC Porto czy Ajaksu Amsterdam. Klubu z tradycjami, który ma fajnych piłkarzy i czasem coś wygra, ale zwykle nie przekroczy poziomu ćwierćfinału. Nie mówiąc już o Borussii Dortmund czy Lipsku, które już teraz sufit mają gdzieś w tych okolicach. A mając znacznie mniej pieniędzy, walczyłyby pewnie o wyjście z grupy. Bundesliga zostałaby w pucharach całkowicie zneutralizowana. A przecież tego nikt w Niemczech nie chce.

Der Klassiker
Roland Krivec/DeFodi Images

PATOWA SYTUACJA

Sytuacja jest więc patowa. Rozwiązanie, które wyrównałoby dysproporcje wewnątrz ligi, osłabiłoby i tak nie najlepszą pozycję zagraniczną. W grę wchodziłoby jeszcze silniejsze wpuszczenie do mniejszych klubów zewnętrznego kapitału. Gdyby Herthę Berlin pozwolić kupić Larsowi Windhorstowi i zezwolić mu na obsadzenie jej swoimi ludźmi, zamiast tylko pompować pieniądze i modlić się, że ci, którzy w klubie są, zrobią z nimi coś sensownego. Gdyby Chińczycy mogli sobie kupić FC Koeln, rząd Kuwejtu kupiłby ze względów wizerunkowych Hamburger SV, a jakiś Amerykanin reklamowałby się przez Eintracht Frankfurt, konkurencyjność ligi pewnie by się podniosła. Bayern nie mógłby kupować najlepszych piłkarzy od wicemistrza, a Eintracht, szukając nowego napastnika, nie musiałby wybierać spośród rezerwowych Atalanty, tylko wziąłby sobie Duvana Zapatę. Jasne, że poziom ligi musiałby się podnieść.

ZNISZCZENIE KULTURY PIŁKARSKIEJ

To jednak oznaczałoby upadek zasady 50+1, na której stoi cały niemiecki futbol i który sprawia, że kibice w Niemczech mają silniejsze, niż gdzie indziej poczucie więzi z klubem, a fani z Anglii latają regularnie do Nadrenii, by poczuć klimat, który utracili w swoich miastach wraz z rozwojem Premier League. To oznaczałoby, że nowy właściciel mógłby podnieść ceny biletów, sprawiając, że miejscowi nie byliby w stanie sobie na nie pozwolić. Wyrugowałoby ze stadionów tych, którzy byli na nich od pokoleń. Zniszczyłoby atmosferę, która tak mocno wyróżnia niemieckie obiekty. Poprawiłoby jakość sportu, ale zniszczyłoby kulturę sportową w kraju. A większość Niemców tego jednak nie chce. Woli słabszą ligę, lecz swoją. “Football as it’s meant to be”.

Bundesliga
Lukas Schulze/Bundesliga/Bundesliga Collection via Getty Images

NIEWIELKA RÓŻNICA

Koniec końców zresztą aż tak wiele by to pewnie nie zmieniło. Nadal to angielskie wielkie marki, wraz z językiem angielskim, stanowiłyby magnes dla absolutnie najbogatszych. Nadal liga hiszpańska, wraz z językiem hiszpańskim, miałaby naturalną przewagę w połowie świata. Włosi nie mają reguły 50+1, wpuszczają do siebie najbogatszych miejscowych, ale i Chińczyków czy Amerykanów. Tyle że Rocco Comisso nie zrobił z Fiorentiny globalnej marki, James Palotta nie zbudował w Rzymie drugiej Barcelony, Kyle Kraus nie obronił Parmy przed spadkiem do Serie B, a Suning stracił Romelu Lukaku na rzecz Romana Abramowicza i Achrafa Hakimiego na rzecz Katarczyków. Juventus wygrywał ligę dziewięć razy z rzędu, mistrzów w XXI wieku było we Włoszech mniej niż w Niemczech, a Ligę Mistrzów włoskie kluby wygrywały w tym stuleciu tyle razy, ile niemieckie, ale dawniej. Więc jest ryzyko, że upadek 50+1 wiele rzeczy by zepsuł, a niewiele poprawił.

BEZPODSTAWNE ZARZUTY

W bezradności odpowiedzialność za nierówności przypisuje się więc czasem Bayernowi, obwiniając go, że tego lata sięgnął po Juliana Nagelsmanna, Dayota Upamecano i Marcela Sabitzera, niszcząc konkurencyjność Lipska, co wielokrotnie robił już konkurentom w przeszłości. Jednak o ile dawniej rzeczywiście można było posądzać Bayern, że robi to celowo, teraz takie zarzuty są absurdalne. Lipsk nawet się do monachijczyków nie zbliżył, więc nie było powodów, by poczuli się zagrożeni. Bayern sięgnął po tę trójkę, bo Nagelsmanna uznał za najlepszego na rynku następcę Hansiego Flicka, Upamecano za najciekawszego następcę Jerome’a Boatenga, a w Sabitzerze dostrzegł ciekawego piłkarza, który ma rok do końca kontraktu. Bawarczycy nie mogą sobie ściągać z Europy, kogo tylko chcą, bo nie są w stanie konkurować z najbogatszymi klubami z Anglii, Francji czy Hiszpanii. Muszą więc szukać wzmocnień przede wszystkim na własnym rynku. Do Lipska też trudno mieć pretensje. Jednemu z zawodników kończył się kontrakt i była ostatnia okazja, by coś na nim zarobić. Drugi miał wpisaną kwotę odstępnego, więc nie było jak się przeciwstawić. A za trenera wyciągnęli 25 milionów. Więcej niż ktokolwiek na świecie kiedykolwiek dostał za trenera. Trudno było w tej sytuacji zrobić coś inaczej.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.