Z NOGĄ W GŁOWIE. Dlaczego gen wielkości może przeszkadzać Wiśle Kraków

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
wislaglowne.jpg
JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Wisła Kraków ma coś rzadkiego w polskich warunkach. Niezachwiane przekonanie o własnej wielkości. Coś, co pomogłoby w walce o mistrzostwo, może zaszkodzić w grze o utrzymanie. Tam trzeba umieć wykształcić gen przetrwania w dżungli.

Gdy Wisła Kraków w grudniu, po serii jedenastu porażek, w końcu wygrała jakiś mecz, Jarosław Królewski napisał na Twitterze: Trzynaście punktów do pierwszej ósemki. Właśnie takie podejście może najbardziej zaszkodzić krakowskiemu klubowi w walce o utrzymanie. I nie da się tego zrzucić tylko na karb szalonego naukowca, który uwielbia prowokować i wzbudzać szum. To podejście, które widać na co dzień w szeroko pojętej wiślackiej społeczności. Nie tylko twitterowej. Podejście, że tak naprawdę Wisła jest zbyt silna, by spaść.

WPŁYW ŚRODOWISKA

Środowisko wokół klubu ma moc wpływania na boisko. Szczególnie wyraźnie widzę to od lat w niemieckich warunkach. Są kluby, którym praktycznie wszystko się udaje. Są takie, którym nie udaje się praktycznie nic. Działacze, gdzie indziej skuteczni, po zmianie pracy stają się fajtłapami. I odwrotnie. Główna różnica między tymi klubami to środowisko. W przykładowym Hamburgerze SV niby panikowali, że lada moment spadną z ligi i świat się zawali, ale gdy udało się wygrać trzy mecze z rzędu, natychmiast przypominali, że właściwie są klubem z potencjałem na dorównanie Bayernowi Monachium. Mocarstwowe aspiracje, napędzane przez histeryczną, ale liczną bazę kibicowską, która zbyt szybko kreowała bohaterów z jednych zawodników, albo spisywała na straty innych, doprowadziły do tego, że Hamburg drugi rok z rzędu gra w drugiej lidze, naprawdę mając potencjał na ścisłą niemiecką czołówkę. Równolegle kluby ze znacznie niższym budżetem potrafiły jasno określać, że ich celem jest utrzymanie. Nikt nie oczekiwał gry w określonym stylu. Oczekiwał punktów zdobywanych z Bogiem lub choćby mimo Boga. Oczekiwał walki, biegania, szarpania, gryzienia, ale nie dominacji, zachwycania kibiców, wzbudzania cmoknięć ekspertów. A po zwycięstwach liczenia, o ile bliżej jest się utrzymania, a nie ile brakuje do strefy pucharowej. W walce o mistrzostwo gen wielkości pewnie bywa pomocny. Sprawia, że zawodnicy wychodzą na boisko o kilka procent pewniejsi, niż piłkarze klubu, który pierwszy raz staje przed historyczną szansą. W walce o utrzymanie gen wielkości często jednak przeszkadza.

GEN WIELKOŚCI

Wisła niewątpliwie ma gen wielkości. Jej każdy kibic, działacz, trener, czy piłkarz ma w głowie nie tak znowu zatarte wspomnienia wielkich meczów tego klubu. Nazwa w dalszym ciągu robi wrażenie. Marka jest jedną z najsilniejszych w Polsce, co sprawia, że taki klub może upaść, ale nie może całkowicie zniknąć z mapy. Jeśli Wisła będzie musiała kiedyś zacząć od IV ligi, jestem przekonany, że nie utknie tam na dwadzieścia lat. Prędzej czy później wróci do elity. Tak, jak wróciło Glasgow Rangers, Napoli, czy River Plate. Jak wróci Widzew. Takie kluby, nawet jeśli wpadają w tarapaty, zawsze wracają. Pod tym kątem jestem o Wisłę absolutnie spokojny.

PODGRZEWANIE NASTROJÓW

Nie jestem jednak spokojny, jeśli chodzi o mozolne, cierpliwe i pokorne zbieranie punktów przez najbliższe kilka miesięcy. Dwa zwycięstwa w ostatnich kolejkach 2019 roku były absolutnie kluczowe, by mówić jeszcze o szansach na utrzymanie. Wygrana z Jagiellonią Białystok na początek 2020 roku byłaby arcyważna pod kątem psychologicznym. Jako potwierdzenie pracy wykonanej w zimie i pokazanie, że zwycięstwa z Pogonią i ŁKS-em nie były przypadkiem. Jednocześnie jednak trzecie zwycięstwo z rzędu mogłoby zacząć niebezpiecznie podgrzewać nastroje wiślackiego środowiska, utwierdzając je w przekonaniu, że jesień to był wypadek przy pracy, a Białej Gwieździe tak naprawdę nic nie grozi. Przed rundą kibice, którzy odwiedzili drużynę, na transparentach pisali wprawdzie o grze o utrzymanie, ale w tej części Krakowa dość szybko może zostać zapomniane, że drużyna startowała w wiosnę z fatalnego położenia.

RACJONALNY SKOWRONEK

Spodobało mi się, że trener Artur Skowronek w styczniu bardzo krótko odpowiedział na moje pytanie o cele na rundę wiosenną: „Utrzymanie w lidze”. Zwykle w przypadku Wisły przy pytaniach o cele pojawiał się ciąg dalszy: „Utrzymanie w lidze, a potem zobaczymy”. „Górna ósemka, a później wszystko jest możliwe”. „Nie mówmy o walce o utrzymanie, jest dopiero połowa sezonu” (w domyśle: „jeszcze się z tego wygrzebiemy”). Wypowiedź Skowronka sugerowała, że jeśli jego zespół zajmie trzynaste miejsce po golu w ostatniej minucie sezonu, uzna, że zrealizował zadanie. Ani słowa o stylu. Ani słowa o tym, że utrzymanie ma być spokojne i bez nerwów. Ma być utrzymanie. Nieważne jakie.To w rozmowach o Wiśle bardzo rzadkie podejście. Słyszałem je bodaj jeszcze tylko od Pawła Brożka. Zwykle słyszy się, że drużyna jest za dobra, jak na miejsce, które zajmuje, że to nie jest kadra na spadek z ligi, że zespół stać na serię, która błyskawicznie wyciągnie go z dolnych rejonów tabeli. A w ogóle cztery punkty straty to kwestia tylko dwóch meczów. Dla dobra Wisły Skowronek i Brożek powinni się przebić ze swym przekazem. Do innych piłkarzy, do władz klubu, do kibiców. W ekstraklasie wszystko jest możliwe, ale akurat tej wiosny krakowianie powinni sobie to wybić z głowy. Możliwe. Jest. Tylko. Utrzymanie. Nic. Więcej. Się. Nie. Liczy.

SIŁA KORONY

Zawsze uwielbiałem walkę o utrzymanie. Może dlatego, że wychowałem się w Bielsku-Białej, uważam ją za bardziej atrakcyjną niż cokolwiek innego. Pełne ulgi wykrzykiwanie „Nigdy nie spadnie!” wywołuje większe ciarki niż „awans jest nasz”. Zawsze w polskiej lidze sympatyzowałem z drużynami, które praktycznie nie miały szans się utrzymać. Dopóki w ekstraklasie nie było mojego ulubionego klubu, jako nastolatek trzymałem kciuki za Polonię Bytom. Potem nastąpiły lata życia na krawędzi z Podbeskidziem. Gdy spadło, emocje w ekstraklasie w dużym stopniu dla mnie zniknęły. Zaczęło się chłodniejsze, czysto zawodowe analizowanie. Ale zawsze miałem duży szacunek dla kieleckiej umiejętności wzniecania atmosfery, w której nikt na Koronę nie stawia, wszyscy spisują ją na straty, więc ona dopiero nam wszystkim pokażą. To kwestia typowo środowiskowa. Przecież Korona Leszka Ojrzyńskiego nie miała personalnie nic wspólnego z Koroną Pachety, Marcina Brosza, Macieja Bartoszka, Ryszarda Tarasiewicza, Gino Lettieriego, czy kto tam jeszcze pracował w ostatnich dziesięciu latach. A prędzej czy później zawsze w drużynie pojawiał się ogień, który sprawiał, że nie spadała z ligi. Teraz wydawało się, że w Kielcach już przesadzili. Że mają bandę najemników, którzy nie potrafią grać w piłkę. A potem przyszły ostatnie mecze rundy, w których grając w dziewiątkę i w dziesiątkę ograli dwie czołowe drużyny ligi w sposób, jakiego nie powstydziłby się zespół Ojrzyńskiego.

GEN POLONII BYTOM

Mam poczucie, że by skutecznie walczyć o utrzymanie, trzeba wykrzesać w sobie gen Polonii Bytom, gen Odry Wodzisław, gen Podbeskidzia, czy gen Korony. To nie jest gen wielkości. Przeciwnie. To gen walki o przetrwanie w dżungli. Przekonanie, że jest się na dole tabeli przypadkiem, albo przez niefortunny zbieg okoliczności i że drużyna jest zbyt mocna, by spaść, już wiele razy skończyło się fatalnie. Jeśli ktoś w dwudziestu meczach zdobywa siedemnaście punktów, nie ma mowy o przypadku. Jeśli ktoś traci średnio ponad dwa gole na spotkanie, nie ma mowy o przypadku. Jeśli ktoś w skali całego 2019 roku, na przestrzeni trzydziestu siedmiu meczów, jest drugą co do najsłabszych drużyn w lidze, to po prostu jest drugą co do najsłabszych drużyn w lidze. Jeśli chce mimo to nie spaść, musi stanąć na głowie. A nie mieć przekonanie, że przyjdzie seria i uda się spokojnie zająć dziewiąte miejsce. Albo w ogóle walczyć o ósemkę, bo przecież to tylko trzynaście punktów straty.

PRZYKŁAD ŁKS-U

Moje obawy o Wisłę potęguje zimowe okno transferowe, po którym wiele sobie obiecywano, a po którym absolutnie nie mam przekonania, że ta drużyna jest zbyt mocna, by spaść. Wyobrażałem sobie, że czując powagę sytuacji, Wisła będzie pozyskiwać zawodników jeszcze w listopadzie, czy w grudniu, jak było z Gieorgijem Żukowem. Nie można powiedzieć, że tak się nie da, skoro ŁKS, będący w jeszcze gorszym położeniu i mający nieporównywalnie słabszą markę, pięciu z sześciu pozyskanych zimą zawodników zakontraktował przed obozem, który rozpoczął się 10 stycznia. ŁKS ma jednak dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia, co właśnie w takich sytuacjach bardzo pomaga.

wislahebert.jpg
JAKUB GRUCA / 400mm.pl

PÓŹNE TRANSFERY

Jesienią podkreślano, że Wisła musi dokonywać wzmocnień szybko i stawiać na możliwie pewne konie, bo nie będzie czasu na odbudowywanie i aklimatyzowanie kogokolwiek. W praktyce pozyskała na trzy dni przed startem ligi napastnika, który jesienią rozegrał mniej minut niż Krzysztof Drzazga i nigdy nie występował w Polsce. Jego konkurentem w ataku albo opcją na skrzydło będzie zawodnik, który rozegrał przez ostatnie pół roku jeden mecz. Oprócz nich przyszli jeszcze rezerwowy Śląska Wrocław i młody Serb, który w tamtejszej ekstraklasie rozegrał jak dotąd jedną rundę. A przecież w samej Wiśle przekonali się, że gracze przychodzący bezpośrednio z lig bałkańskich potrzebują zwykle trochę czasu. Tibor Halilović, Marko Kolar, Petar Brlek czy Zoran Arsenić okazali się ostatecznie bardzo przydatni, jednak żaden nie został liderem drużyny dwa tygodnie po transferze. Jest jeszcze pomocnik z ligi kazachskiej, który nie wiadomo, jak przystosuje się do polskiej ligi. Tylko Hebert wydaje się na papierze transferem przeprowadzonym dokładnie tak, jak trzeba było od Wisły oczekiwać. Znający bardzo dobrze polską ligę, pozyskany przed obozem, regularnie grający w poprzednim klubie. Każdemu z pozostałych pozyskanych zawodników brakuje któregoś z tych trzech bardzo ważnych czynników. Niewykluczone, że mimo to okażą się wzmocnieniami. W polskich warunkach jest to realne. Chodzi jednak o maksymalizowanie prawdopodobieństwa, a nie liczenie, że a nuż się uda. Wisły na to nie stać.

NIEROZWIĄZANE PROBLEMY

Nawet zakładając, że adaptacja nowych pójdzie szybko, nie mam przekonania, że zostały rozwiązane wszystkie najważniejsze problemy Wisły. Jeśli z problemami zdrowotnymi będzie się zmagał Jakub Błaszczykowski, a ostatnie siedem lat pokazało, że jego obecność w kadrze trzeba traktować jako wartość dodaną, wzmocnienie na pojedyncze mecze, lecz nie jako zabezpieczenie prawej pomocy na całą rundę, grać na skrzydle będzie musiał ktoś przestawiony z innej pozycji (Tupta, Boguski, Silva, Chuca, czy Burliga), co już jesienią źle się sprawdzało. Jeśli nawet Hebert będzie się spisywał tak, jak przyzwyczaił w Gliwicach, wciąż jest jeszcze problem jego partnera na środku obrony, bo żaden z trójki potencjalnych podstawowych stoperów nie był przez ostatni rok skałą nie do przejścia. Jeśli Maciej Sadlok, jak w poprzednich latach, znów będzie dostępny tylko do startu fazy finałowej, w kluczowych meczach Wisła będzie musiała kombinować na bokach obrony. Jedynie środek pola po tej zimie wydaje mi się znacznie lepiej przygotowany na ewentualną kontuzję Vullneta Bashy, niż był kilka tygodni temu. To już coś, ale jednak trochę za mało, by mieć przekonanie, że Wiśle nic wiosną nie grozi. Nawet jeśli Wisła wygrałaby na starcie rundy pięć meczów z rzędu, wciąż będę liczył, ile jej brakuje do czterdziestu pięciu punktów, które powinny dać pewne utrzymanie. Na razie brakuje jej dwudziestu ośmiu, co oznacza, że wiosną trzeba wygrać około połowy z siedemnastu meczów. To dużo. By doliczyć się dziewięciu zwycięstw Wisły, trzeba się cofnąć do marca zeszłego roku.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.