Z NOGĄ W GŁOWIE. Dlaczego chwalę Sousę za wynik, za który Brzęczka bym ganił

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Reprezentacja Polski
Piotr Kucza/400mm

Gdyby poprzedni selekcjoner zremisował w Budapeszcie, pewnie bym go krytykował. Prowadził reprezentację tak, że jedynym, z czego można ją było rozliczać, były wyniki. Nie miało się wrażenia, że kadra znajduje się w trakcie jakiegoś procesu i skoro teraz jest w punkcie A, za ileś miesięcy będzie w punkcie B. Debiut Paulo Sousy pozostawił wrażenie, że jakiś proces rozwoju tu jednak ruszył. Dlatego czas powinien zacząć działać na naszą korzyść, zamiast – jak dotąd — uciekać.

W analizie meczu z Węgrami napisałem, że Paulo Sousie udało się w Budapeszcie osiągnąć plan minimum. Możemy się oczywiście przekonywać, że w Europie nie ma już słabych drużyn, więc dopóki piłka w grze, wszystko zweryfikuje boisko, ale racjonalnie patrząc, grupa eliminacyjna, do której trafiliśmy, jest dość prosta do przekalkulowania. Z Andorą i San Marino nikt nie straci punktów, więc mecze z nimi nie mają znaczenia. Z Anglikami nikt raczej nie zdobędzie. Jeśli ktoś urwie im jakiś punkt, może sobie zapisać bonus, poszerzający mu margines błędu w meczach, które są naprawdę ważne. Ale zasadniczo do baraży awansuje ten, kto spełni dwa warunki: osiągnie lepszy bilans w bezpośrednim pojedynku Polski z Węgrami i nie straci żadnych punktów z Albanią. Dlatego uważam, że sformułowanie „plan minimum” jest uprawnione. Bo wysoki bramkowy remis na stadionie najgroźniejszego rywala, pozostawia dość sporą szansę osiągnięcia w rewanżu korzystnego bilansu z Węgrami. Oczywiście, że lepiej byłoby wygrać, wtedy sprawa drugiego miejsca byłaby niemal załatwiona już na dzień dobry. Ostatecznie jednak dramatu nie ma.

BRZĘCZEK BY WYGRAŁ

W komentarzach do tekstu znalazłem w tej kwestii opinię pełną oburzenia. Czytelnika ciekawiło, co jako przedstawiciel znienawidzonego plemienia dziennikarskiego mówiłbym, gdyby taki wynik osiągnął Jerzy Brzęczek. Komentarz o tyle mnie zainteresował, że sam w trakcie meczu wielokrotnie myślałem o tym, jak wyglądałby ten mecz, gdyby do zmiany selekcjonera nie doszło. Nigdy się tego oczywiście nie dowiemy. Ale miałem poczucie, że Brzęczek ten mecz by wygrał. Po jakimś ciężkim do oglądania spotkaniu i przypadkowej bramce zdobytej po jedynej stworzonej sytuacji. Akurat w ogrywaniu rywali na poziomie mniej lub bardziej zbliżonym do Węgier był raczej regularny. Z Austrią, Bośnią i Hercegowiną, Izraelem, czy Macedonią Północną osiągał korzystne bilanse. Jedyną wpadkę zaliczył w Słowenii, jednak w gruncie rzeczy nie za grę z europejską klasą średnią stracił pracę, lecz za to, jak jego drużyna prezentowała się na tle rywali z najwyższej półki.

NIELICZNI GRAJĄ SWOJE

Skoro więc myślę, że Brzęczek ten mecz by wygrał, czy to oznacza, że zmiana selekcjonera była bezsensowna? Myślę, że nie. Pozycja Polski w europejskiej piłce jest dziś o tyle nietypowa, że wymusza dużą elastyczność stylu gry. Niemcy, Hiszpanie, Francuzi czy Anglicy w każdym meczu będą dominować, mieć przewagę w posiadaniu piłki i grać pozycyjnie. Niezależnie od tego, kto jest ich rywalem, jeśli nie trafiają akurat bezpośrednio na siebie, zawsze muszą grać w bardzo zbliżony sposób. Reprezentacje formatu Estonii, Mołdawii, ale też Islandii, Słowenii czy Cypru, jeśli nie grają akurat z Andorą albo Liechtensteinem, też zawsze będą grały tak samo. Biegając za piłką, a nie grając w nią. Kontratakując. Bazując na stałych fragmentach.

SZEROKI REPERTUAR

Polska jest gdzieś pośrodku, co oznacza, że musi umieć jedno i drugie. Znaczna część europejskich reprezentacji, grając przeciwko niej, będzie się starała murować bramkę i szukać szans po przechwycie. Jest jednak grupa drużyn, przeciwko którym to Polska zawsze będzie zepchnięta do głębokiej defensywy. Kadrze Adama Nawałki udawało się w najlepszych momentach osiągać elastyczność, pozwalającą w miarę dobrze rozgrywać ataki pozycyjne, a potem w razie potrzeby zasłonić własną bramkę jedenastoosobową ruchomą barierą. Brzęczek nie potrafił tego kompletnie. Paradoksalnie, to w dużej mierze była kadra piłkarzy, choć często mówi się, że było odwrotnie. Można było niemal bez ryzyka pomyłki usiąść z rankingiem FIFA i wskazać, z kim Polska raczej wygra, a z kim niemal na pewno przegra. Sukces od porażki oddzielało tylko to, czy danego dnia to my mieliśmy na boisku większe indywidualności, czy raczej nasi rywale. To była mało rozwijająca perspektywa. Wiadomo było, którego poziomu reprezentacja nigdy nie przeskoczy. Nawet jeśli miała piłkarzy, z którymi można by przynajmniej spróbować się na niego wdrapać.

SZYBKIE ZMIANY

Przyjście Sousy miało otworzyć erę lepszego obchodzenia się z piłką. Mniejszych cierpień, gdy akurat będziemy musieli prowadzić grę, co coraz częściej — ze względu na pozycję międzynarodową naszych najlepszych piłkarzy — się zdarza. O ile przed meczem byłem z tego tytułu pełen obaw, bo miałem poczucie, że selekcjoner będzie chciał wprowadzić zbyt dużo nowych rzeczy naraz i za wszelką cenę udowodnić, że widzi więcej niż inni, o tyle po meczu byłem pozytywnie zaskoczony. Okazało się bowiem, że niekoniecznie musimy być skazani na grę z kontry, bo tylko ona leży w naszym DNA. Jak na bardzo krótki czas pracy selekcjonera, można było wręcz być zaskoczonym, że tak wiele zdążył zmienić. Polacy spędzili przy piłce 63% czasu gry. To drugi wśród najwyższych wyników w meczu o punkty w ostatnich trzech latach. W czasach Brzęczka lepszy zdarzył się tylko w starciu z Łotwą (69%). Rywala formatu Węgier Polacy dotąd tak nie tłamsili. Z Austriakami w jednym z meczów ledwie przekroczyli czterdzieści procent, w drugim nie dobili nawet do tylu.

Pilka nozna. Reprezentacja Polski. Paulo Sousa na stadionie Legii. 28.01.2021
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

UNIWERSALNI WYGRYWAJĄ

Posiadanie piłki nie może być oczywiście celem samym w sobie. Dziesiątki razy widzieliśmy już mecze, w których jeden zespół jałowo wymieniał piłkę od lewa do prawa, a drugi nic sobie z tego nie robił i bezlitośnie go kontratakował. To nie był jednak ten przypadek. W dobrej grze atakiem pozycyjnym chodzi przede wszystkim o cierpliwość. O przekonanie, że w końcu zdarzy się ta jedna akcja, w której uda się rozciągnąć obronę rywala i zagrać tamtędy piłkę. Prywatnie nie jestem wielkim fanem drużyn wykręcających wysokie wyniki posiadania piłki. Wolę bardziej bezpośrednią grę. Jednak przyjmuję, że dzisiejszy futbol najbardziej premiuje uniwersalnych. Tych, którzy dopasowują styl do potrzeb. Francuzi potrafią oczywiście grać pozycyjnie, ale mundial wygrali, cofając się i grając często z kontry. Jeśli Polska ma być lepszą drużyną, też powinna to mieć w repertuarze.

CIERPLIWOŚĆ ATAKUJĄCYCH

Mecze drużyn bazujących na posiadaniu piłki rzadko przynoszą od pierwszej minuty sytuację za sytuacją. Często przypominają bicie głową w mur. Dopiero pierwsza zdobyta bramka trochę ułatwia im zadanie. Gdy pierwsze tracą, problemy się nawarstwiają. W tym kontekście mecz w Budapeszcie ułożył się dla Polaków skrajnie niekorzystnie. W pierwszej groźniejszej sytuacji stracili gola. Tuż po przerwie stracili drugiego. Raczej nie ma przypadku w tym, że — jak zauważył Rafał Stec z „Gazety Wyborczej” - w ostatnich trzydziestu latach ani razu polska reprezentacja nie odrobiła w meczu o punkty dwóch bramek straty. Przez znakomitą większość tego okresu była zespołem bazującym na kontrach. Utrata dwóch goli, zawsze oznacza konieczność atakowania pozycyjnie. A tego polskie drużyny tradycyjnie przecież nie potrafią.

NIEOCZYWISTE SUKCESY

W Budapeszcie Polacy nie tylko odrobili dwa gole, a potem jeszcze kolejnego. Wszystkie trzy bramki zdobyli po atakach pozycyjnych. W żadnej z nich nie pomógł im rzut karny, czy dobrze wykonany rzut rożny. Nie zaczęli wrzucać na chaos. Nie odrobili strat strzałem z dystansu, czy indywidualną akcją jednego, czy drugiego. Pierwszego gola strzelili, tkając akcję przez dwadzieścia pięć sekund. Od własnego pola karnego, po pole bramkowe rywali. Angażując w nią sześciu piłkarzy. Warto zwrócić uwagę, że w momencie, gdy Kamil Jóźwiak dogrywał w kierunku Grzegorza Krychowiaka, w polu karnym Węgrów było pięciu Polaków. To był wręcz wzorcowo przeprowadzony atak pozycyjny. Kolejne dwie bramki padły po przechwytach głęboko na połowie rywali i dobrych rozegraniach Piotra Zielińskiego, czy Kamila Jóźwiaka z Bartoszem Bereszyńskim. Od mundialu w 2018 roku Polakom tylko cztery razy udało się w ogóle strzelić po trzy gole w jednym meczu. I tylko przeciwko Izraelowi, Łotwie oraz Bośni i Hercegowinie były to bramki z akcji. A w nich grało się jednak odrobinę łatwiej, bo Bośniacy przez większość meczu radzili sobie w dziesiątkę, a Łotysze to zespół z drugiej setki rankingu. Strzelenie po atakach pozycyjnych trzech goli uczestnikowi mistrzostw Europy, w sytuacji, w której ciągle goni się wynik, to naprawdę nie jest w polskim futbolu coś oczywistego.

Pilka nozna. Eliminacje do MS 2022. Wegry - Polska. 25.03.2021
Fot. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

TRUDNIEJSZE DZIAŁAŁO

W debiucie Sousy udało się więc coś trudniejszego, a szwankowało coś łatwiejszego, czyli gra w obronie. Wychodzę jednak z założenia (być może błędnego), że jeśli nowy selekcjoner jest w stanie szybko poprawić coś, co poprawia się trudniej, z czasem poradzi sobie też z czymś, co poprawia się łatwiej. Zwłaszcza że gra w defensywie to w dużej mierze automatyzmy, które będą przychodzić z czasem, gdy zespół odnajdzie się w formacji z trójką obrońców, a trener dokładniej rozezna się mocnych i słabych stronach poszczególnych zawodników. Jestem daleki od mówienia, że to był debiut marzeń, ale po tym, co zobaczyłem, mam ochotę na więcej. Odpowiadając więc na pytanie z komentarzy: gdyby Brzęczek zremisował w Budapeszcie, pewnie bym go krytykował. Były selekcjoner prowadził reprezentację tak, że jedynym, z czego można ją było rozliczać, były wyniki. Nie miało się wrażenia, że kadra znajduje się w trakcie jakiegoś procesu i skoro teraz jest w punkcie A, to za ileś miesięcy będzie w punkcie B. Debiut Sousy pozostawił wrażenie, że jakiś proces rozwoju tu jednak ruszył. Dlatego remis to zrealizowanie planu minimum. Bo jeśli będziemy w trakcie jakiegoś procesu, czas będzie pracował na naszą korzyść. A dotąd zwyczajnie uciekał.

TEST ELASTYCZNOŚCI

Jest jednak jedno ważne zastrzeżenie. O Sousie wielokrotnie mówiło się w ostatnich tygodniach, że to trener elastyczny. I to właśnie chciałbym zobaczyć w meczu z Anglią. O ile za odważne wyjście na Węgrów i próbę ich zdominowania będę Portugalczyka chwalił, bo uważam, że warto się takiej gry w końcu nauczyć, o tyle za ewentualne odważne wyjście na Anglików już bym go ganił. Nie jestem idealistą i naiwniakiem, który oczekuje pięknej gry i ciągłego atakowania z otwartą przyłbicą. Jestem zwolennikiem pragmatyzmu. A to oznacza dla mnie, że słabszych od siebie trzeba umieć zdominować, a przeciwko lepszym od siebie trzeba próbować wygrać sposobem. Defensywną niefrasobliwość w meczu z Węgrami jestem więc w stanie prędzej wybaczyć niż podobne zachowania w starciu z Anglią. Mieliśmy selekcjonera, który odważnie nie grał nigdy. Zamiana na takiego, który odważnie będzie grał zawsze, byłaby przechyleniem wajchy, ale niekoniecznie zwiększeniem szansy na dobre wyniki. Prawdziwym zwiększeniem szansy na reprezentacyjne sukcesy będzie dopiero umiejętność zaprezentowania zupełnie innego stylu w zależności od rywala, z którym przyjdzie zagrać. Jeśli na Wembley okaże się, że Polska Sousy potrafi także mądrze się bronić i sensownie kontratakować, będę zadowolony. Bo to będzie ważny krok w kierunku bardziej uniwersalnie grającej reprezentacji. Nawet jeśli Brzęczek zdołałby uzbierać w tych samych meczach dwa punkty więcej.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.