Z NOGĄ W GŁOWIE. Bramkarz nie musi być wariatem. Pożegnanie Łukasza Fabiańskiego

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
fot. Clive Mason/Getty Images

Oby dzięki tej dobiegającej końca karierze reprezentacyjnej następny grzeczny, spokojny i cichy chłopak stojący w bramce nie musiał przez całe życie wysłuchiwać, że jest zbyt normalny na tę pozycję.

Odkąd pamiętam, dziennikarze zawsze powtarzali, że kibice uwielbiają kolorowe postaci. Wariatów. Szaleńców. Ludzi wychodzących poza schemat. Tych, którzy teoretycznie są jak oni, tylko lepiej grają w piłkę. “Są jak oni”, czyli piją, palą, przegrywają z nałogami. Nie wytrzymują nerwowo i nie utrzymują języka za zębami. Nigdy to do mnie nie trafiało. Byłem piątkowym uczniem, wychowywanym w poczuciu, że to ważne, by mieć poukładane w głowie, umieć w życiu coś więcej niż tylko kopanie piłki, okiełznać emocje, nie dać się opanować nałogom, nie chlapać, co ślina na język przyniesie. Nie ciągnęło mnie do tych “złych”. Sympatyzowałem w świecie piłki raczej z postaciami, które znały swoje obowiązki i się z nich wywiązywały, przestrzegały zasad i były pracowite. Wyciskały maksimum z talentu, a nie przepijały go.

SZALONA SZKOŁA BRAMKARSKA

Dlatego raczej nie byłem fanem polskich bramkarzy. Najsłynniejszy z byłych, czyli Jan Tomaszewski, w moich czasach był już tylko dyżurnym krytykiem wszystkiego. Maciej Szczęsny też zawsze był gotów powiedzieć coś kontrowersyjnego. Artur Boruc, zanim nauczyłem się go najpierw doceniać, a potem nawet lubić, był w tamtych czasach uosobieniem wszystkiego tego, czego reszta Polski nie lubi w Legii Warszawa. I co lubią trybuny Legii Warszawa. Jerzy Dudek był oczywiście inny, ale jego najsłynniejszy wieczór jest najlepszym dowodem, że też miał całkiem silny gen szaleństwa. Dalej Arkadiusz Onyszko, czyli “fucking Polak”. Piotr Lech. Grzegorz Szamotulski. Radosław Majdan. Polskie środowisko piłkarskie przekonywało, że bramkarz po prostu musi taki być. Że nie może być grzeczny. Ma wrzeszczeć. Skakać swoim obrońcom do gardeł. Prowokować trybuny. Przeskakiwać nad jadącym maluchem, by zaimponować kumplom.

NASTĘPCA ŻYWIOŁU

Gdy Boruc wyjechał wzniecać pożary w Glasgow, w bramce Legii stanął Łukasz Fabiański, do którego nagle nie wiadomo było, jak się odnieść. Po takim żywiole, w którego miejsce przyszedł, w warszawskiej bramce stanął ktoś, kogo naprawdę trudno mi było nie lubić. W rywalizacji z Wojciechem Szczęsnym jeszcze w czasach Arsenalu zawsze trzymałem kciuki za Fabiańskiego. Szczęsny, zwłaszcza młody, był wyszczekany w typowo polskim bramkarskim stylu. Palił. Sprawiał problemy. Chciałem, żeby się okazało, że u kogoś tak kulturalnego, jak Arsene Wenger, inaczej niż w Polsce, sposób bycia Fabiańskiego jest zaletą, nie wadą. Ale przebił się jednak Szczęsny.

#TEAMFABIAN

Gdy patrzyłem na piłkę już trochę dojrzalszym okiem, nauczyłem się oczywiście dostrzegać, że Szczęsny to nie Boruc. Że obaj to inteligentni ludzie. I naprawdę dobrzy bramkarze. Rozumiałem argumenty, które przemawiały za tym, by to Szczęsny, a nie Fabiański był jedynką w reprezentacji. Ale gdzieś w głębi duszy nigdy nie przestałem należeć do #teamFabian. Bo dawał mi przyjemne poczucie, że nie wywinie jakiegoś głupiego numeru. Być może nie rozegra tak spektakularnego meczu, jak Boruc z Austrią albo Szczęsny z Niemcami. Ale nie wpuści też takiego gola jak Boruc w Belfaście i nie zachowa się jak Szczęsny w Moskwie. A ja do dziś bardzo cenię bramkarzy pozytywnie przewidywalnych. Skoncentrowanych, nie nonszalanckich. Skupionych, nie aroganckich. Analizujących ustawienie ciała strzelającego, a nie kłócących się z trybunami.

fot. Stuart MacFarlane/Arsenal FC via Getty Images

SKROMNA GABLOTA

To oczywiście także idealizowanie Fabiańskiego, bo i jemu zdarzały się, zwłaszcza w Arsenalu, wpadki. On też popełnia błędy. W porównaniu do Jerzego Dudka, Szczęsnego, Boruca, Józefa Młynarczyka, jego kariera nie jest oszałamiająca. Nie ma w niej triumfów w Pucharze Europy, zatrzymania Anglii, mistrzostw kraju, co było choćby u Tomasza Kuszczaka. W Lidze Mistrzów więcej meczów rozegrali Józef Wandzik i Kazimierz Sidorczuk, a tyle samo... Maciej Szczęsny. Osiągnięciami Fabiański nie wskoczy więc do ścisłej czołówki polskiej galerii sław. Ale jest przykładem, że można zrobić udaną karierę w najsilniejszej lidze świata, będąc spokojnym i normalnym facetem, który po prostu dobrze broni, bo podchodzi do tego zajęcia z należytą powagą.

ZWARIOWANI NASTĘPCY

Jego sposób bycia raczej się do świadomości nie przebił. Rafał Gikiewicz za szalonego był uznawany już na długo przed tym, jak zaczął być uznawany za dobrego bramkarza. Kamila Grabarę więcej osób w Polsce widziało dotąd kąsającego wszystkich na prawo i lewo niż rozgrywającego jakiś mecz. Bartłomiej Drągowski temperamentem ustępuje mu tylko trochę. Łukasz Skorupski się uspokoił, ale w zabrzańskich czasach też był mentalnie typowym polskim bramkarzem. A w międzyczasie były jeszcze efemerydy, jak Wojciech Pawłowski, który też kozaczył, lecz dziś jest rezerwowym w I lidze. Patrząc na nich, przyszłość polskiej bramki raczej szykuje się nam z postaciami głośnymi, polaryzującymi i dbającymi o to, by wokół nich zawsze się coś działo. Chyba że wszystkich pogodzi Radosław Majecki. W nim jest najwięcej młodego Fabiańskiego.

DOCENIANA STABILNOŚĆ

To była piękna kariera, bo premiująca stabilność i przewidywalność. Inni bramkarze mieli bardziej spektakularne noce, jednak Fabiański potrafił przez lata utrzymywać się na tym samym poziomie. Rozegrał w Premier League więcej meczów niż Boruc i Dudek razem wzięci. Tylko Szczęsny w czołowych ligach zagranicznych występował częściej. Choć nigdy (!) u żadnego selekcjonera nie był pierwszym bramkarzem, rozegrał w reprezentacji 56 meczów. Więcej mają tylko Szczęsny, Tomaszewski, Dudek i Boruc. Gdy grał, nie zawodził, a gdy nie grał, był wzorem rezerwowego. Nie wszczynał konfliktów, akceptował hierarchię, ale był zawsze przygotowany. I został za to wynagrodzony: najlepszy dla Polski turniej w ostatnich czterdziestu latach był akurat jedynym, w którym Fabiański stał w bramce.

PRZYKŁAD NA PRZYSZŁOŚĆ

Jest oczywiście pokusa, by stwierdzić, że właśnie dlatego Fabiański nie wygrał rywalizacji ze Szczęsnym, czy Borucem: bo choć też był dobry, brakowało mu ich bezczelności, siły przebicia, tych kilku procent szaleństwa. To dlatego nie zdobył trofeów, nie grał w największych klubach, nie ma wypchanej gabloty. Jednak mam podejrzenie, że na sprawę trzeba spojrzeć inaczej — jaką karierę zrobiłoby wielu innych polskich bramkarzy, gdyby bardziej skupiali się na tym, że bramkarz musi się dobrze ustawiać, a mniej na tym, że musi być wariatem. Niech ta kariera służy w Polsce jako dowód, że nie musi. Tak, by kolejny grzeczny i spokojny chłopak w bramce nie musiał przez całe życie wysłuchiwać, że jest zbyt cichy i zbyt normalny jak na bramkarza.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.