Wytęsknione poczucie ekskluzywności. Jak Michniewicz pokazuje, że polska piłka może wstać z kolan

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Pilka nozna. Liga Europy. Legia Warszawa - Slavia Praga. 26.08.2021
FOT. MARCIN SZYMCZYK/ 400mm.pl

„Nasze plany transferowe się nie zmieniają, bo Liga Konferencji jest dla nas korzystna finansowo” – powiedział trener Slavii Jindrich Trpisovsky. I są tacy, którzy rzeczywiście większej różnicy między Ligą Europy a Ligą Konferencji nie widzieli, oprócz paradoksu, że w pucharze trzeciej kategorii łatwiej będzie nabijać punkty do rankingu. A jednak dla polskiego futbolu to znacząca różnica i sukces ze Slavią, dwukrotnym ćwierćfinalistą Ligi Europy, trzeba przyjmować jako wielkie wydarzenie. Czesław Michniewicz w tej części kontynentu nie widział tak biegającej drużyny, a jednak zesłał ją poziom niżej. W LE nie będzie kraju o niższym rankingu UEFA niż Polska, co oznacza, że małymi krokami podnosimy się z dna.

Naprawdę nie jest codziennością, że dwa sezony z rzędu zobaczymy polską drużynę na jesień w Lidze Europy. Sezon temu Lech Poznań, teraz Legia Warszawa, a przecież wcześniej przeżywaliśmy trzy lata skandalicznej posuchy, gdy dla polskiego futbolu nie było miejsca przy europejskim stole. Inni dopiero wracali z urlopów, gdy u nas już zdążyły wyschnąć łzy. Wejście mistrza Polski do LE jest osiągnięciem, które plasuje nas na poziomie Chorwatów czy Węgrów, bo oni też mają po jednym przedstawicielu i to właśnie na tym poziomie. Możemy pozazdrościć Mołdawii czy Szwecji, bo oni mają Ligę Mistrzów, możemy też poczuć wyższość nad Norwegią czy Rumunią, gdzie zobaczą tylko Ligę Konferencji. Ale najbardziej powinniśmy dążyć do tego, co na Cyprze, w Izraelu, Grecji, Bułgarii, Serbii czy Szwajcarii, czyli wystawienia dwóch klubów w fazie grupowej jakichkolwiek pucharów. Legia zachowała pewien standard i dała inspirację, że nie trzeba chować głowy w piasek.

DAR OD LOSU

Nie jest powiedziane, że świętowalibyśmy Ligę Europy, gdyby nie czerwona kartka Tomasa Holesa w 4. minucie meczu. Odkładając na moment na bok zdrowie Andre Martinsa – bo Portugalczyk sam powiedział, że to zagranie na czerwień i trzy miesiące aresztu – w rewanżu przy Łazienkowskiej (2:1) legioniści dostali dar od losu. Praktycznie cały mecz w przewadze, rywalizację 11 na 10 i zmianę obrazu gry z lepszym przeciwnikiem, który w normalnych okolicznościach pewnie przycisnąłby Legię i przejął inicjatywę. A tak można było poczuć się pewniej. Różnica jednego zawodnika zaczęła wychodzić dopiero po przerwie, gdy coraz trudniej Czechom było pokryć luki na boisku, a zmęczenie w bieganiu jednego mniej dawało się we znaki.

Dary od losu też trzeba potrafić wykorzystać i za nie podziękować. O tym jak lepszych indywidualnie piłkarzy ma Slavia, świadczyło właśnie to, że nawet w dziesiątkę dochodziła do stuprocentowych okazji i panoszyła się pod bramką Artura Boruca, który dwukrotnie ratował Legię. Gdyby nie interwencje 41-latka i jego słynny pajacyk, legioniści przy piątkowym losowaniu myśleliby o możliwości zagrania rewanżu z Florą Tallin, a nie Dinamem Zagrzeb oraz wyjeździe na LASK Linz, a nie Napoli. Boruc najpierw uchronił przed golem na 0:1, a później na 0:2, co mogło zamknąć rywalizację.

Nawet grając z przewagą, sztuką jest zareagować po otrzymaniu takiej bramki do szatni. I to zwłaszcza takiej urody, bo Ubong Ekpai po prostu nie mógł lepiej trafić piłki. Na przedpolu w tej strefie zabrakło Mahira Emreliego, Nigeryjczyk miał uderzenie życia i już zaczęły się czarne scenariusze. Ale Czesław Michniewicz potrafił doskonale zareagować w szatni i uporządkować na nowo grę. Czesi byli tak groźni również dlatego, że grając w przewadze, zbyt wielu piłkarzy gospodarzy chciało wyrosnąć na bohatera i rozstrzygnąć awans po swojemu. Do ataków podłączało się więcej legionistów, niż to sobie założyli przed meczem, co chwilami burzyło ustalony balans i dawało pożywkę Slavii na kontrataki. W szatni trener musiał konkretnie przypomnieć każdemu, gdzie gra i czego od niego wymaga – żołnierskie słowa pomogły.

Taktycznie też to były złote strzały Michniewicza: dość szybko zdjął Mateusza Hołownię po jednym z jego błędów, przeszedł z piątki na czwórkę obrońców i wprowadził Tomasa Pekharta, aby przejść na dwójkę napastników. To niemal natychmiast zmieniło granie legionistów, bo Czesi musieli koncentrować się na dwóch trudnych do upilnowania snajperach. Kiedy oni myśleli o wzroście oraz wyskoku rodaka, wtedy szalał Emreli, który zakończył rewanż z dwoma bramkami. Od razu każde dośrodkowanie, tak uwielbiane przecież przez Legię, stanowiło inne zagrożenie w polu karnym. Gdy już rezultat był korzystny, a stadion miał swoje upragnione 2:1, nie zabrakło mądrości w zarządzaniu piłką. I dlatego to Emreli i spółka awansowali.

NAJLEPSI FIZYCZNIE W TEJ CZĘŚCI EUROPY

To, czego dokonali mistrzowie Polski, powinno imponować. Wykorzystali okoliczności, ale w dwumeczu zwyciężyli z zespołem, który jeszcze w kwietniu remisował z Arsenalem (1:1), wcześniej ogrywał Rangersów (2:0) oraz Leicester City (2:0), a na jesieni punktował Bayer Leverkusen (1:0), Nice (3:2 i 3:1) oraz Hapoel Beer Szewa (3:0). To w zasadzie flagowy projekt w tej części Europy i nie ma przypadku, że w ostatnich trzech sezonach dwukrotnie wylądowali w ćwierćfinale Ligi Europy, a raz panoszyli się w grupie Champions League. Można dokonać jednokrotnego strzału, ale Czesi błyszczeli dzięki know-how, a nie fartowi.

Chiński kurek z pieniędzmi został przykręcony i teraz Slavia musi zarabiać sama na siebie, lecz nie zmienia się to, jak cały czas gra w piłkę. To bodaj najbardziej atletyczny i imponujący fizycznie zespół w tej części Starego Kontynentu, o czym zresztą opowiadał sam Czesław Michniewicz. „Obejrzałem ponad 20 ich spotkań i przyznaję, że tak biegającej drużyny jeszcze nie widziałem. Tam nikt nie stoi, dosłownie wszyscy się ruszają i wychodzą na pozycję. Każdy jest biegający. Tak nie gra Real, Barcelona ani Bayern, bo lubią posłać piłkę do nogi, w Slavii wszyscy biegają. Imponuje mi to, bo kiedy przychodziłem do Legii, sam chciałem tak biegającej drużyny. Mając Kapustkę, Karbownika, takich graczy, właśnie o takiej grze marzyliśmy” – opowiadał menedżer mistrzów Polski, który stał się ekspertem od gry na europejskiej scenie.

Po awansie na mistrzostwa Europy U-21 Michniewicz potwierdził swój kunszt wejściem do Ligi Europy w tak partyzanckich i ograniczonych warunkach. Aby w pełni docenić, to czego dokonał, należy zastanowić się nad kadrą mistrzów Polski. Przecież on pokonał Slavię ze środkiem defensywy w postaci 20-letniego Maika Nawrockiego, 23-letniego Mateusza Hołowni i 24-letniego Mateusza Wieteski. Ten ostatni uchodzi przy nich za weterana, bo Nawrocki wiosną nie grał w Warcie Poznań, a Hołownia sezon wcześniej w Śląsku Wrocław. Teraz wprowadzili Legię na poziom LE. Jakby tego było mało, na prawym wahadle zagrał Artur Jędrzejczyk, w środku Bartek Slisz musiał harować za dwóch po kontuzji Martinsa, a obok Luquinhasa trudno było wskazać drugiego tak biegającego i zarazem kreatywnego gracza z przodu. Każdy miał swoje ograniczenia, a mimo to sukces został przyklepany. Przed tym dwumeczem Slavia – całkiem słusznie zresztą – była podawana jako wzór, który w Warszawie powinno się gonić. A jednak nie zawsze lepsi piłkarze muszą grać dalej.

STOP KRÓTKOWZROCZNOŚCI

Wielu przed rewanżem zwracało uwagę, jakby wypaczając sportowy sens tej rywalizacji, że przyszłościowo bardziej opłacalne może się okazać wejście do Ligi Konferencji, czyli na trzeci, a nie drugi poziom pucharów. I rzeczywiście były ku temu jakieś logiczne przesłanki, kiedy patrzymy na system nagradzania za uczestnictwo w obu rozgrywkach: rezultaty są punktowane identycznie do rankingu UEFA (2 punkty za wygraną i 1 za remis), a przecież poziom w LK będzie niższy, różnicę stanowiły dopiero bonusy za 1. oraz 2. miejsce w grupie (4 punkty zamiast 2 i 2 zamiast 1); finansowo natomiast przepaści nie ma, bo awans do LE to zarobek 3,6 mln euro, a do LK 2,9 mln euro, podobnie w przypadku konkretnych wyników (wygrana w LE - 630 tys. euro, w LK - 500 tys., remis w LE - 210 tys., w LK - 166 tys.). Różnicę buduje dopiero market pool, ale na razie trudno określić, jak precyzyjnie będzie rozdzielony.

Ekonomicznie rzeczywiście odjazdu nie ma. Ba, punktowanie może być przyjemniejsze w Lidze Konferencji, bo tam Legia byłaby losowania z drugiego koszyka i umiejscowiona gdzieś w połowie stawki, a nie jak w Lidze Europy wśród mniej potężnych marek. Na koniec może się okazać, że to Slavia po tym spadku będzie punktować znacznie lepiej i jeszcze zyska. Jej trener Jindrich Trpisovsky nawet zaznaczał: „Ambicjonalnie porażka nas boli, ale finansowo nas nie dotknie”. I tu mamy jeszcze jeden ważny wątek – zapewne miał na myśli, że praski klub będzie punktował jesienią, ale nie będzie musiał wypłacać premii dla piłkarzy za puchary. Bo przecież w Slavii nagradzać chcieli wejście tylko do Ligi Europy, a już Ligę Konferencji potraktowali jako rozczarowanie. Zatem w takim rozumieniu to nawet może się klubowi opłacić.

To jednak myślenie bardzo krótkowzroczne i zarazem chęć maskowania porażki, aby nie wyolbrzymiać jej skali. Slavia Praga jak mało kto wie, jak bardzo potrzebna jej była ta Liga Europy. Jeśli ktoś policzy same zarobki czy punkty w obu rozgrywkach, różnice jawią się jako niewielkie. Ale zobaczmy sam poziom rywali i pomyślmy o ekscytacji związanej z losowaniem: w LE Braga, Olympiakos czy Dinamo Zagrzeb to najmniejszy wymiar kary z I koszyka, podczas gdy kibice marzą o przyjeździe Napoli, Lyonu, Lazio albo Monaco; w LE zastanawiasz się, czy przyjdzie ci zagrać z Leicester City, Eintrachtem Frankfurt czy Celtikiem (w najlepszym wypadku Genk lub PSV), a w II koszyku LK masz już Cluj, Karabach, PAOK czy Zorię; w III koszyku też jest różnica między Marsylią, West Hamem czy Realem Sociedad a Unionem Berlin, CSKA Sofia czy Vitesse. Nikomu nie ujmując: Ligę Konferencji globalnie będzie się oglądać dla Romy oraz Tottenhamu, ale nie dla Basel, Kopenhagi czy Rennes uchodzących w fazie grupowej za topowe ekipy.

Poziom fascynacji grupą ze względu na przeciwników oraz inspiracji dla całego kraju będzie zupełnie inny. Nie wiedząc jeszcze kogo Legia wylosuje, inny jest wymiar dwóch meczów z LASK Linz oraz z Lyonem (oba z pierwszego koszyka w LK i LE). A to przecież takie spotkania mogą stanowić bodziec, aby natchnąć i zainteresować piłką kolejne pokolenia nad Wisłą. Ten romantyczny i emocjonalny aspekt nie do każdego może trafić, więc niech przemówi przykład samej Slavii Praga i jej sukcesów.

To że czeski klub otrzymuje regularnie znacznie wyższe oferty za swoich piłkarzy niż Legia, jest w sporej mierze zasługą success story jakie w West Hamie wykreowali ich zawodnicy. Anglicy zapłacili prawie 20 mln euro za Tomasa Soucka, bo z miejsca stał się gwiazdą drużyny, dlatego też nie mieli wątpliwości przy inwestycji kolejnych 6 mln euro we Vladimira Coufala. Sprzedaż za 2-3-4 miliony stała się pewnym standardem, ale praski klub teraz oczekuje więcej, zanim puści kluczowe postaci w świat. Mają prawo, podając przykład duetu brylującego w Londynie. Ale pamiętajmy, że West Ham nie zaryzykował od tak i nie wziął ich bez uprzedniej weryfikacji. Obaj najpierw musieli się pokazać w elicie na poziomie Ligi Mistrzów – przecież to oni zremisowali z Interem oraz Barceloną, to oni uprzykrzali życie gigantom, pokazując przy tym odważną piłkę. Czy West Ham naprawdę wziąłby środkowego pomocnika Soucka za takie pieniądze, gdyby zagrał trzy klasowe spotkania z Genk, Zenitem i Kopenhagą? Niezbędne było przetarcie wyżej z markami, które ogląda cały świat. Dlatego właśnie obecność w Lidze Europy ma takie znaczenie. Bo patrząc krótkoterminowo, wiele to nie zmienia. Ale patrząc szerzej, tam prędzej uwiarygodnisz poziom i umiejętności swoich piłkarzy, tam przyciągniesz skuteczniej wzrok świata, tam zarobisz kilka razy więcej, gdy ktoś zakocha się w Luquinhasie, Emrelim albo Wietesce. Przed chwilą był płacz o sprzedaż Juranovicia za 3 mln euro, nawet mimo magii wielkiego turnieju, więc to jest moment, aby standardy cenowe podnosić. Jeśli Luquinhas błyśnie i dorzuci liczby z mocnymi rywalami, będzie pretekst, aby wołać za niego 6 mln, a nie 3,5 mln.

POZYTYWNY TREND DLA POLSKIEJ PIŁKI

Po tylu latach posuchy w europejskiej piłce należy doceniać wejście polskiej ekipy do Ligi Europy. I to drugi sezon z rzędu. Tam nie ma miejsca na byle jakość: jest Lyon, Napoli, Leverkusen w I koszyku, Eintracht i Leicester w II, Marsylia, Betis oraz Sociedad w III. To nasz kraj jest najniżej rozstawiony w całej stawce w rankingu UEFA, bo Brondby, Ferencvaros czy Sturm Graz robią tu za sam dół stawki. Inaczej mówiąc – będzie z kim rywalizować. Nic dziwnego, że Legia została wsadzona do czwartego koszyka.

W tym całym sukcesie nie można jednak zapominać, jakie znaczenie miała metodologia oraz fachowość Czesława Michniewicza. To bardziej on niż cała Legia stoi za tym sukcesem. Bo na kadrę narzekaliśmy niemal co rywalizację. Nie była zbudowana właściwie, sensownie ani na czas. Zbyt wiele tematów wiło się na krawędzi tragedii. Dla Kapustki zastępstwa nie było. Środek pola oddychał rękawami i pomagały wyłącznie przełożone mecze. Kiedy Michniewicz prosił o przygotowane wzmocnienia, dostawał graczy do odbudowy. A na koniec w środku dwumeczu ze Slavią sprzedano mu najlepszego asystenta Juranovicia za 3 mln euro. Można powiedzieć ciągle pod górkę, a jednak z lepszymi kadrowo Dinamem i Slavią udało się nawiązać równorzędną walkę. Zadecydowały detale: innym razem Czesi mogli mocno zbić Legię, a mistrzowie Polski prześlizgnąć się fartem z Chorwatami. Co jednak najbardziej budujące – udowodnili, że sposobem, przygotowaniem, taktycznym sprytem można mierzyć na ich poziomie. I że trafienie na lepszego przeciwnika nie musi się kończyć płaczem i strachem, tylko zaproponowaniem bardzo trudnych warunków.

Awans Legii do Ligi Europy na koniec jest mieszanką kunsztu trenera, mądrości taktycznej, dużego szczęścia i poświęcenia całej drużyny. Znacznie bardziej niż budowy cudownej kadry, wspaniałego zarządzania czy ściągniętych indywidualności, które robiłyby różnicę. Może w ekstraklasie, ale nie w Europie. Na dziś można się cieszyć, bo ktoś wyznaczył najwłaściwszą ścieżkę i jest to Czesław Michniewicz. Ale aby szczęście miało swoją kontynuację, trzeba dążyć do uczynienia z tego planu minimum, a z dwóch polskich klubów w fazie grupowej cel. Jak Lech rozsypał się po pucharach, bo nie miał szerokiej kadry, niech będzie przestrogą w Warszawie. Jak Legia musiała łatać dziury kadrowe w kluczowych meczach, niech będzie ostrzeżeniem dla ligowej czołówki. Jak Raków dzielnie znajdował sposób na lepszych, niech będzie przykładem dla wszystkich. Tu gra toczy się do jednej bramki.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.