Wyłowiony na kacu. Robin Gosens – od wiejskiej dyskoteki, po europejską czołówkę

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
Atalanta Bergamo
Mattia Ozbot/Soccrates/Getty Images

Weekendy spędzał, pijąc z kolegami w miejscowym klubie. Po nieprzespanych nocach grał w V-ligowej drużynie. Jeden taki mecz zmienił jego życie. O historii, która wydarzyła się w życiu 26-letniego Niemca, marzy wielu. Ale praktycznie nikomu nie zdarza się faktycznie jej przeżyć.

W nocy z soboty na niedzielę spał maksymalnie godzinę. Gdy człowiek, który zastąpił mu drogę do szatni, przedstawił się jako skaut Vitesse Arnhem, rozmawiał z nim, trzymając dłoń przy ustach. Bał się, że rozmówca wyczuje od niego alkohol. Ale Holender, który przyjechał na piątoligowy mecz do Kleve dla innego zawodnika, był pod takim wrażeniem Robina Gosensa, że kompletnie nie zwrócił na to uwagi. Zaprosił 18-latka na testy. Pięć lat później ten skacowany chłopak podpisał kontrakt w Serie A. Dziś jest najskuteczniejszym lewym obrońcą czołowych lig europejskich. O historii, która wydarzyła się w życiu 26-letniego Niemca, marzy wielu. Ale praktycznie nikomu nie zdarza się faktycznie jej przeżyć.

NOWE WCIELENIE KLOSEGO

Kiedy Miroslav Klose w 2002 roku zostawał objawieniem mistrzostw świata, choć wcześniej nie grał w żadnej juniorskiej reprezentacji, był odrzucany przez duże kluby i jako 20-latek kopał tylko amatorsko, działacze DFB zachwalali nowo tworzony system szkolenia. Mówili, że od teraz, jeśli kolejny Klose urodzi się w wiosce za górami, jego talent zostanie wcześnie zdiagnozowany. I na ogół ta obietnica była dotrzymywana. Zdecydowana większość późniejszych reprezentantów Niemiec przyzwyczajała się do realiów zawodowej piłki jeszcze przed mutacją. Tak samo było zresztą z większością niemieckich graczy występujących w Bundeslidze. System przez dwie dekady działał bez większych zarzutów. Jednak sport nie byłby tak pasjonujący, gdyby nie zdarzały się w nim opowieści o ludziach, którzy oszukali nawet najdoskonalszy system.

AMBICJA ODRZUCONYCH

Peter Hyballa, dziś prowadzący Wisłę Kraków, w YouTube’owym programie „Bohndesliga”, ciekawie mówił kiedyś o Woucie Weghorście, czołowym holenderskim strzelcu Bundesligi, który w ojczyźnie nigdy nie grał w żadnej akademii. – Weghorst jako nastolatek ciągle słyszał, czego nie potrafi, podczas gdy jego rówieśnicy z akademii ciągle słyszą, jakimi wielkimi są talentami. U Weghorsta wzmagało to ambicję, kształtowało charakter. Jego koledzy byli rozleniwiani – opowiadał. O Gosensie można by opowiedzieć to samo. Tyle że on umknął nie holenderskim, lecz niemieckim radarom. A właściwie jednym i drugim, bo wychowywał się na pograniczu obu krajów i w mieszanej rodzinie. Jego ojciec to Holender, a matka Niemka. Gdy już świat o nim usłyszał, upomnieli się o niego dwaj selekcjonerzy. Najpierw zadzwonił Ronald Koeman, później Joachim Loew.

WEEKENDOWY „BLUES”

Zanim do zawodnika Atalanty Bergamo zaczęli dzwonić selekcjonerzy, to jemu dzwoniło. W głowie. W każdy weekend. – W piątek po szkole mówiłem rodzicom, że wrócę po niedzielnym meczu – opowiadał w „11Freunde”. Na „bifor” ruszał do piwnicy u „Buggiego”, kolegi z drużyny. Potem jechali na rowerach do dyskoteki „Blues” w 20-tysięcznym miasteczku Rhede. W sobotę powtarzali trasę. A w niedzielę prosto z parkietu szli rozegrać mecz w V-ligowym VfL Rhede. – Mieliśmy poczucie, że im dłużej byliśmy na mieście, tym lepiej było w niedzielę w meczu. Przed wyjazdowym starciem w Kleve byli widać długo, bo na boisku nastolatkowi wychodziło wszystko. Mecz zaczynał jeszcze jako podpity chłystek, który w tygodniu dorabiał na stacji benzynowej i planował zostać policjantem jak jego dziadek. Kończył jako kandydat do gry w zawodowym klubie z Eredivisie.

OBLANE TESTY

Po testach w drużynie U-19 Vitesse, trener powiedział, że musi go mieć. Gosens był wtedy defensywnym pomocnikiem. Miał otrzymać miejsce w zespole juniorów. Rodzina podzieliła się na dwa obozy. Matki, która sugerowała, by skończył szkołę i zaaplikował do policji, by nie okazało się, że zostanie z pustymi rękami. Oraz ojca, który zwracał uwagę, że prawdziwym marzeniem syna wcale nie było zakładanie munduru, lecz koszulki piłkarskiej. Wątpliwości matki były jednak uzasadnione. Nie było tak, że jej syn nigdy nie zrobił nic, by dowiedzieć się, czy coś by z niego mogło być w roli piłkarza. Krótko przed zaproszeniem do Arnhem wziął udział w testach w drużynie U-19 Borussii Dortmund. Po latach wspominał, że podczas gierek nie wiedział, co on tam właściwie robi. Nie tylko dlatego, że jest kibicem Schalke. Przeskok, jakiego doznał, był zaskoczeniem także dla niego. Był królem podwórka, ale do rówieśników z akademii w żadnym stopniu nie dorastał. Naprawdę istniało ryzyko, że gdy wyjedzie do Holandii, wkrótce potem zostanie na lodzie.

TRZYDZIESTOKROTNOŚĆ

- Nie uwierzyłbym kilka lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że będę grał w Serie A, a ludzie na mieście będą mnie rozpoznawać i nazywać szczenięta na moją cześć. Przecież nigdy nie widziałem profesjonalnej akademii od środka. Do osiemnastego roku życia grałem w swoim miasteczku – opisywał w „11Freunde” czterokrotny reprezentant Niemiec. W bieżącym sezonie Serie A strzelił pięć goli w szesnastu meczach i dorzucił cztery asysty. We wszystkich rozgrywkach ma sześć bramek i sześć asyst, co czyni go najskuteczniejszym lewym obrońcą w czołowych ligach europejskich. Biorąc pod uwagę wszystkich defensorów, może z nim konkurować tylko Achraf Hakimi z Interu Mediolan. Jego rozwój jest piorunujący. Vitesse sprzedawało go Heraclesowi Almelo za 200 tysięcy euro. Atalanta kupowała go za niespełna milion. Dziś transfermarkt.de wycenia go na 30-krotność tej kwoty. A niewykluczone, że gdyby faktycznie miało dojść do transferu, za 26-latka trzeba by wyłożyć jeszcze więcej. Robin Gosens jest jednym z najciekawszych wahadłowych światowej piłki. Choć przecież prawie wszystkiego musiał się nauczyć już jako senior.

KRÓLEWSKI TRANSFER

Mimo że nie rozegrał u niego ani jednego oficjalnego meczu, kluczową osobą dla dalszego rozwoju jego kariery był Peter Bosz. Były trener Ajaksu Amsterdam, dziś prowadzący Bayer Leverkusen, przed laty zaprosił Gosensa na zgrupowanie pierwszej drużyny Vitesse do Abu Zabi. W młodym pomocniku jako pierwszy rozpoznał idealny materiał na bocznego obrońcę. Nakazał trenerowi rezerw wystawić go tam w którymś z meczów. Spisał się na tyle dobrze, że zdecydowano się go wypożyczyć do II-ligowego Dordrechtu. – Lokalne media witały mnie jako królewski transfer wyczekiwanego lewego obrońcy. Nie wiedziały, że zagrałem na tej pozycji raptem jeden mecz w życiu – śmiał się później Niemiec. W pierwszej drużynie Vitesse nie wystąpił ostatecznie ani razu, ale przez Dordrecht dostał się wreszcie do Eredivisie, a z Heraclesem zagrał nawet w eliminacjach Ligi Europy. Już samo to byłoby przyjemną, pozytywną historią. Gosens jednak dopiero się rozkręcał.

ŻONA DYREKTORA

Transfer do Atalanty, która chętnie łowi nowe nabytki w Beneluksie, omal nie upadł. Gosens zwolnił menedżera, który miał jedynie pojechać do Bergamo, by dowiedzieć się, czy oferta z Włoch faktycznie jest konkretna, a po dwóch dniach zadzwonił z żądaniem, by natychmiast podpisywał kontrakt. Od dyrektora sportowego Heraclesa też usłyszał, że wszystko już dogadane i ma podpisywać. Mając się przenieść do klubu z obcego miasta, z obcej ligi, którego nigdy nie widział, o którym nie miał wyobrażenia i z którego trenerem nie rozmawiał, Gosens poczuł się traktowany jak rzecz. Obiekt spekulacji. Dopiero poznawał realia zawodowej piłki. Podczas urlopu odebrał jednak telefon z włoskiego numeru. – Rozumiałem tylko, że ktoś cały czas powtarza „Ciao Robin”. W końcu powiedział łamanym angielskim „I give my wife”. W słuchawce usłyszałem głos kobiety, która opowiedziała mi o Atalancie i bardzo uprzejmie zaprosiła mnie na weekend do Bergamo – mówił w wywiadzie w „11Freunde”. Milionowy transfer uratowała żona dyrektora sportowego Atalanty.

RZETELNY OBROŃCA

Do momentu wyjazdu z Niemiec Gosens trenował tylko dwa razy w tygodniu. Dlatego nie ukrywał, że zajęcia w Holandii wiele mu dały pod kątem technicznym. To jednak nie był jeszcze poziom Serie A oraz wymagającej taktyki Giana Piera Gasperiniego. Niemiec początkowo kompletnie nie wyglądał na wzmocnienie zespołu. Potrafił jednak błyskawicznie przyswajać wiedzę, a jego kondycja oraz przygotowanie fizyczne stanowiły idealną bazę, by grać na wahadle i zasuwać od linii do linii. Z czasem stał się uosobieniem energetycznego stylu gry Atalanty. Wyróżniają go znakomite statystyki ofensywne – w zeszłym sezonie strzelił dziewięć goli i zaliczył osiem asyst – ale to nie jest klasyczna historia o wahadłowym, który obrońcą jest jedynie z nazwy, a w rzeczywistości zajmuje się tylko atakowaniem. Gosens jest dość rzetelny także pod własną bramką. A jego czyste interwencje są czasem nie mniej efektowne niż zamknięcia akcji na lewym skrzydle. Nawet, jednak gdy dotarł już na poziom Ligi Mistrzów, w ojczyźnie nie przestał być postacią anonimową. – Gdy po meczu w Manchesterze poszedłem do Ilkaya Guendogana z prośbą o wymianę koszulek, był w szoku, skąd tak dobrze znam niemiecki. Nie miał zielonego pojęcia, kim byłem – uśmiecha się Gosens.

ZASKOCZONY GUENDOGAN

Dziś są kolegami z reprezentacji. Loew zamierzał powołać go już na marcowe zgrupowanie, które nie odbyło się jednak z powodu wybuchu pandemii. Jesienią gracz Atalanty zaliczył cztery mecze i może być dla kadry bardzo ważną postacią, bo Niemcy też grają w systemie z trójką stoperów, a na lewej obronie od lat mają problemy. Nawet mistrzostwo świata w 2014 roku zdobywali, wystawiając tam stopera Benedikta Hoewedesa. Późniejsze rozwiązania z Jonasem Hectorem, Nico Schulzem czy Marcelem Halstenbergiem też nie były idealne. Gosens może wreszcie być kimś, kto nie tylko nie zaniży poziomu, ale jeszcze wniesie jakąś wartość.

WALOR LUDZKI

Być może ważniejsza niż walory piłkarskie jest jednak siła jego historii. W czasach, w których Niemcy coraz mocniej odwracają się od reprezentacji, postaci takie jak on mogą przywracać poczucie, że w kadrze grają jednak zwykli ludzie, a nie zaprogramowane na karierę roboty, jak wychowankowie wielkich akademii, czyli praktycznie wszyscy. Robin Gosens tymczasem na odległość studiuje psychologię na jednym z niemieckich uniwersytetów. – Aktywności związane z klubem odbywają się zwykle między 9 a 15. To raptem pół dnia. Drugie pół można wykorzystać lepiej, niż grając na XBoksie – podkreśla. Grając w Eredivisie, walczył z nadmiarem wolnego czasu, trenując młodzież w lokalnym SV Emmerich-Vrasselt. Ostatnio wydał też książkę o tytule "Opłaca się marzyć". Sam najlepiej wie, że życie bez piłki też istnieje. Przecież też takie wiódł. Jego siostra w dokumencie ZDF zwierzała się, że do dziś nie dochodzi do niej, że jednego dnia rozmawia z bratem, a drugiego widzi go, jak gdyby nigdy nic, grającego przeciw Cristiano Ronaldo. Tyle że rozmawiając z nim, Robin Gosens nie musi już zasłaniać ust dłonią.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.