Wszystkie przepłakane noce. Anglicy jako wielki generator nieszczęść, niszczyciele mojego dzieciństwa (FELIETON)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
fot. Shuan Botterill/Allsport

Klęski Polaków w konfrontacjach z reprezentacją Anglii początkowo wcale mnie nie wzmacniały, przeciwnie – każda kolejna była coraz trudniejsza do przyjęcia. Jednak ta nietykalność Anglii, ta jej bezwzględność, imponowały mi przez lata. Nienawidziłem ich i jednocześnie podziwiałem. W olbrzymiej mierze zakochałem się w angielskiej piłce, by oswoić traumy związane z porażkami, aż wreszcie ta terapia przyniosła pozytywne skutki.

Urodziłem się jeszcze w oparach mitycznego remisu na Wembley, cztery lata po tym, jak Jan Tomaszewski i spółka wyrobili sobie legitymacje nieśmiertelności w Polsce. Karmiony setki razy historią w sepii, zaklętą w domowych opowieściach, zobaczyłem wreszcie – kiedy tylko zacząłem futbol rozumieć – jakieś stare migawki i zapragnąłem dostać kiedyś taki mecz, ale mój mecz, żeby też móc o nim opowiadać. Nie udało się do dziś.

Kiedy w 1986 roku Gary Lineker oprawiał naszych chłopaków w Meksyku, smacznie spałem. Mama nie obudziła mnie na to spotkanie, rozgrywane późną nocą polskiego czasu. To były szczenięce lata (chodziłem do trzeciej klasy podstawówki), w których naprawdę wierzyłem, że moje oglądanie meczu lub nie oglądanie coś zmienia. 12 czerwca 1986 roku, pakując tornister do szkoły, czułem na maksa, że zawiodłem swoją drużynę, bo nie byłem z nią w tak ważnej chwili.

Jako dziewięciolatek nie byłem malkontentem. Podczas przerw w szkole łapaliśmy się raczej optymistycznych wątków i rozprawialiśmy o tym, co nam się udało w danym meczu, co by było gdyby, to trochę jak z poprzeczką Ryszarda Tarasiewicza, o której pisał Paweł Grabowski. Rzadziej, i to bez względu na rozmiary porażki, mieliśmy coś kadrze za złe. Broniliśmy naszych piłkarzy, czas na permanentne złorzeczenie dopiero miał przyjść.

To zabawne, że wtedy, 12 czerwca 1986 roku, rozprawialiśmy o meczu, którego nikt pewnie nie widział. Jedni spali, inni zmyślali, że rodzice pozwolili im obejrzeć, łapiąc od ojców pospieszne relacje rano, przed wyjściem do szkoły. Jak padły bramki, kto grał dobrze, szybka ściągawka i można iść do kumpli. Wszyscy przeklinali Linekera, ja się nie wychylałem, nie miałem za bardzo odwagi, by przyznać, że go podziwiam. Cholera, facet musi być dobry, skoro strzelił nam trzy gole.

Z Anglią graliśmy tak często, że bez problemu mogę odmierzyć czas mojego życia tamtymi meczami. Pamięć z upływem lat szwankuje, trzeba sobie to oczywiście wszystko przypomnieć, ułożyć chronologicznie, ale kiedy patrzę na cały rozkład, bez problemu przenoszę się do różnych miejsc. Jestem w konkretnym pomieszczeniu, widzę te wszystkie modele telewizorów, na jakich oglądałem nasze batalie z Anglią, zmieniający się mój pokój, jestem na imieninach ciotki, zatykam sobie usta po okrzyku „gooooool!!!!”, gdy trafił Roman Szewczyk, a ja zapomniałem, że córeczka brata śpi. Kolejne migawki suną jak TGV – 1990 i znów kat Lineker, 1991 – a jakże, Lineker, 1993 – Darek Szpakowski krzyczy „teraz, teraz, teraz”, a Ian Wright gasi nadzieje w końcówce i demoluję wszystko, co mam pod ręką. 1993 – Gazza, trójka i do domu, 1996 – Marek Citko, dym z papierosów, kilkunastu pryszczatych licealistów ściśniętych w pokoiku u kumpla, ale radość nie trwa długo – Shearer, przeklęty Shearer i bluzgi na Woźniaka. Kinowy ekran w dyskotece Ambasador i hat trick Scholesa, w 1999. A potem już kolejny mecz, w redakcji „PS”, gol Maćka Żurawskiego, 2005 i Lampard, znów końcówka, znów blisko czegoś. 2013 i okładka, którą daję w „Przeglądzie”: „Mężczyźni jadą na mundial, chłopcy do domu”.

Anglia kojarzy mi się z treningiem oglądanym na Stadionie Ludowym i techniką Davida Platta, ze światłami jupiterów zapalonych w Chorzowie, widzianymi od z balkonu mieszkania w Czeladzi, z zadymami na Śląskim, gdy latały ławki, a przecież miałem tam wtedy być. Z głosem „Szpaka”. Z ukłuciami w brzuchu, z coraz większą częstotliwością im bliżej meczu.

Anglii zawsze kibicuję w wielkich turniejach. Tak długo i tak często nas biła, że postanowiłem po cichu się do niej przywiązać. Być po jej stronie. Oczywiście nie wtedy, gdy gra z Polską. Dzisiaj zresztą te spotkania nie są w stanie wywołać podobnych emocji co dawniej. Człowiek z wiekiem stygnie. Może gdybyśmy się z nimi starli w jakimś ćwierćfinale mundialu, wróciłby dawny ucisk w brzuchu.

Jestem z pokolenia, które marzyło o wszystkim, ale niewiele miało. Dla którego zwycięstwo nad Anglią jawiło się jak ekskluzywny produkt za dolary, których nie posiadasz.

Piłka nauczyła mnie więcej niż cokolwiek innego, serio. Mecze przeciwko Anglii szczególnie. Świat kilkuletniego kibica nie był skomplikowany w kwestii konsumpcji, zwłaszcza, że w telewizji nie pokazywano wtedy wielu meczów, jednak strasznie skomplikowany w kwestii emocji. Nie będę ukrywał, przez Anglię wylałem morze łez. Nie przespałem też wielu nocy, ale wszystkie one były po coś. Zanim zdążyłem się dowiedzieć czym są życiowe porażki, futbol już mi pokazał, że nie ma takiej opcji, by zawsze, wszędzie i wszystko było dobrze. Rywalizacja Polski z Anglią nauczyła mnie, że nie ma niczego złego w nadziei i wcale nie umiera się z rozczarowania.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.