Wszyscy chcieli być jak Mike. Maciej Zieliński o oglądaniu Bulls w budce na parkingu, bolesnych chrztach i lekcjach pokory w USA (WYWIAD)

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Koszykowka. MG13 Camp 2019. Gortat Team - Wojsko Polskie. 13.07.2019
FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 400mm.pl

Mierzył się z Allenem Iversonem, grał w jednej drużynie z gościem, który ośmieszył Jordana, a na jego cześć nazwano… gatunek żuka. W historii polskiego basketu nie ma drugiej takiej postaci jak Maciej Zieliński. Z ośmiokrotnym mistrzem Polski i dwukrotnym zdobywcą siódmego miejsca na mistrzostwach Europy spotkaliśmy się w połowie drogi między ostatnim odcinkiem „The Last Dance” a inauguracją eksperymentalnego sezonu NBA.

MAREK FALL: First things first. Pod koniec lipca – w nowatorskiej formule na terenie parku rozrywki Disneya na Florydzie – zostanie wznowione NBA. Jak się do tego odnosisz?

MACIEJ ZIELIŃSKI: Z jednej strony cieszę się na powrót NBA, natomiast sam pomysł kwalifikacji jest dosyć specyficzny, jeśli z Zachodu mamy znacznie więcej drużyn niż ze Wschodu. Czasy są jednak bardzo dziwne i trudno było wymyślić coś racjonalnego. Nikt nie był przygotowany na to, co się wydarzyło. Każdy rzeźbi, jak może, ale najważniejsze, że basket wraca. Neutralny teren i brak udziału publiczności sprawią, że zespoły stracą atut własnego boiska. To dotknie zwłaszcza te ekipy, które są mocne u siebie. Sam kibicuję Boston Celtics i mogę tego tylko żałować, bo The Garden jest szczególnie znane z tego, że przyjezdni nie lubią tam grać.

W ostatnich tygodniach zamiast regularnych rozgrywek mieliśmy serial dokumentalny „The Last Dance”, którym żył cały koszykarski świat. Ty reprezentujesz pokolenie, które w pełni załapało się na szczyt popularności Michaela Jordana. Pamiętasz, kiedy pierwszy raz zetknąłeś się z jego fenomenem?

Zaczynałem interesować się NBA w zamierzchłych czasach, kiedy dostęp do transmisji był bardzo ograniczony. Zdarzało się, że ktoś przywiózł kasetę przegraną po raz piętnasty na VHS. Nie było nawet wiadomo, kto z kim gra, ale jakoś się to oglądało. Na etapie schyłku dynastii Bostonu zaczął się boom na Chicago. Wszyscy chcieli być jak Mike. Pamiętam, że mój kolega pracował wtedy na strzeżonym parkingu i miał tam antenę satelitarną. Mieszkałem w bloku na Orzechowej, chodziłem do niego, siedzieliśmy w budce i podziwialiśmy Bullsów. Takie było ciśnienie na amerykańską koszykówkę.

Miałeś to szczęście, że wyjechałeś do Ameryki studiować i grać dla Providence w czasach końcówki „pierwszych Byków”.

Wyjazd musiał być jeszcze trochę tajny. Komuna co prawda upadła, ale jej pozostałości cały czas funkcjonowały. Występowałem w wojskowym klubie, więc trzeba było uważać, co się mówi i robi. W końcu jednak się udało. W Stanach byłem już wcześniej. Mieliśmy tournée z reprezentacją Polski, ale to były tylko dwa tygodnie, więc prawdziwym zderzeniem z tamtejszymi realiami były dopiero studia. Tym bardziej że operowałem angielskim na poziomie liceum. Jak odpaliłem w szatni „hello, my name is Maciek”, wszyscy pospadali z krzeseł i później przez prawie dwa miesiące się nie odzywałem. Nie było mowy o taryfie ulgowej, musiałem chodzić na wykłady, a treningi to był inny świat.

Tam na kimkolwiek robiło wrażenie, że przyjechał dwukrotny Mistrz Polski?

Wiadomo było, że muszę reprezentować pewien poziom skoro dostałem stypendium, opowiadałem coś chłopakom, ale dla nich to był kosmos. Oni operowali stereotypami – Polska to prawie jak Rosja, zimno, białe niedźwiedzie na ulicach.

Obowiązywało tam też zupełnie inne podejście do koszykówki. Kiedy wyjeżdżałem z kraju, grało się u nas radosny basket. Nikt nie zwracał uwagi na obronę, trzeba było walić na kosz i jak wygrałeś jeden na jeden to miałeś wolną drogę, bo nikt nie przejmował się pomocą czy rotacją. W Stanach gra była już nie tylko uporządkowana, ale też zdecydowanie bardziej fizyczna. Ćwiczenia na siłowni mnie zabiły, mimo że cały czas byłem w treningu. Po pierwszych zajęciach nie mogłem normalnie napić się kawy. Podnosiłem kubek dwoma rękami, a i tak połowę wylewałem. Wydawało mi się, że ciężko pracujemy w Śląsku Wrocław, ale dopiero Ameryka pokazała mi, co to trening.

Delikatnie rzecz ujmując – nie wykręciłeś w NCAA zawrotnych statystyk, ale zdarzyło cię się konfrontować choćby z Allenem Iversonem. To był gość z innej bajki, czy miałeś poczucie, że byłbyś w stanie zbliżyć się do jego poziomu.

Jeżeli pytasz o Iversona, to absolutnie nie. On grał w Georgetown‎ i już wtedy, jak wychodził na boisko, trudno było w ogóle go dogonić, nie mówiąc o skutecznym kryciu. Od razu zapadł mi w pamięć – to była masakra.

W Connecticut występował z kolei Ray Allen. U nas był Dickey Simpkins, który ma trzy złote pierścienie z Chicago. Wiadomo, że nie grał tam „pierwszych skrzypiec”, ale umówmy się, że o to było trudno w ówczesnych Bullsach. Mam stamtąd sporo kolegów – nie zawodników, których zdarzyło mi się oglądać, ale gości, z którymi przez lata grałem, trenowałem, jeździłem na mecze czy chodziłem na piwo. To też śmieszne – przyjechałem do Stanów mając ukończone dwadzieścia jeden lat i dzięki temu miałem tam złote życie. Właściwie nikt poza mną nie mógł jeszcze kupować alkoholu, więc byłem tam oblegany. Cóż, czasami trzeba się zrelaksować.

Wspomniałeś wcześniej, że jesteś fanem Bostonu. Niedawno podzieliłeś się w mediach społecznościową opinią Roberta Parisha, który twierdzi, że trudno uznać Jordana za najlepszego koszykarza wszech czasów, skoro nie zdołał pokonać w prime time Pistons z Dumarsem i Thomasem, Lakers z Johnsonem…

Z Celtics też nie wygrał, mimo że rzucił 63 punkty. Jako koszykarz rozumiem, że miała miejsce wymiana pokoleniowa. Michael był młodym zawodnikiem, a tamte drużyny znajdowały się na topie. Niezależnie od tego, jaki poziom reprezentujesz – musisz zapłacić frycowe. Poza tym koszykówka jest grą zespołową i może zdarzyć się taka sytuacja, jak właśnie w 1986 roku, kiedy Larry Bird powiedział, że „to nie był Jordan, tylko Bóg przebrany za Jordana”, a przecież Bulls schodzili z parkietu pokonani. Dlatego też tak ważna jest budowa całego składu. Przy takim sezonie, jaki gra się w NBA jeden zawodnik nie pociągnie zespołu samodzielnie. Musi zostać otoczony zadaniowcami i zmiennikami, którzy dadzą mu wsparcie. Szczególnie było to widoczne w konfrontacjach Chicago z Pistons, gdy obowiązywało „Jordan Rules”. W dzisiejszych czasach, gdyby trener ogłosił coś takiego, chyba by go aresztowali.

Patrząc na nasze podwórko krajowe, sam również miałeś na koncie wiele „świętych wojen”. Którą z nich uważasz za najbardziej kultową?

Prawdziwa „święta wojna” była jedna – z Włocławkiem. Nasze mecze już wtedy obrosły legendą. To były radosne czasy. Sale z poprzedniej epoki, brak monitoringu. Kibice robili wszystko, żeby nas zdeprymować. Rzucali, obrażali, pokazywali palce. Są zawodnicy, których doping fanów drużyny przeciwnej zupełnie niszczy, ale ja lubiłem grać w takich warunkach.

Koszykowka. M - Ekstraklasa. Pruszkow Hoop Pekaes - Zepter Slask Wroclaw 47 - 68. 22.12.1998
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Na ile prawdziwa jest historia o klepsydrach, wydrukowanych przez kibiców z Włocławka?

Klepsydry, dmuchane lale – to zawsze był gorący teren. Przed jednym z finałowych meczów autokar parkowaliśmy przy komisariacie policji, a na salę wieziono nas „sukami”. Już nawet policjanci mówili: „Weźcie wygrajcie, bo nie dajemy rady”. Psy, broń gładkolufowa, słowem – klimat kojarzący się raczej z piłkarskim światkiem.

W „Ostatnim tańcu” Jordana nie przedstawiono bynajmniej jako świętego. Pewne światło zostało rzucone choćby na jego dosyć toksyczne relacje z kolegami. Jak ty oceniasz ten model zarządzania, który on wprowadził w szatni?

Nic mnie specjalnie nie zdziwiło. Żeby znaleźć się na topie topów, musiał trzymać kolegów za mordę. W serialu zostało pokazane, że gnębił ich psychicznie, ale przecież potrafił także podejść inaczej. Znalazł na przykład wspólny język z Rodmanem. Z Kerrem doszło do bójki, a potem wszystko było okej. To próba sił.

A sam jakim byłeś kapitanem – kumplem czy dyktatorem?

Żeby dotrzeć do niektórych zawodników, trzeba było ich złapać za szmaty i wytarmosić, a z innymi pogadać po przyjacielsku. Jako kapitan musisz wiedzieć, w jaki sposób podchodzić do ludzi. Budowa drużyny w sportach zespołowych jest procesem. Nie ma tak, że kupisz pięciu grajków i za tydzień wszystko będzie wyglądało świetnie. Masz kilkunastu facetów, każdy ma swoje ego, więc wiadomo, że pojawią się konflikty. Tego nie da się uniknąć, ale ważna jest reakcja na takie sytuacje. Drużyna ma trzymać się razem i walczyć o wspólne cele. Jeżeli ktoś po awanturze zaczyna burczeć pod nosem – nic z tego nie będzie.

Trafiłeś do Śląska w wieku szesnastu lat, co wiązało się nie tylko ze zmianą koszykówki juniorskiej na seniorską, ale też z wyprowadzką z Olsztyna. W jednym z wywiadów wspominałeś to doświadczenie jako traumatyczne. Była druga połowa lat osiemdziesiątych, więc znając ówczesne realia – chyba nikt się z tobą specjalnie nie patyczkował?

Grałem w AZS Olsztyn. To była trzecia liga. Do Wrocławia ściągnął mnie trener Koniecki. Na szczęście – razem z rodzicami. Trafiłem do znacznie większego miasta, nowej szkoły – wywieźli mnie na „Trójkąt”, gdzie chodziłem na Świstackiego, mieszkałem w sportowym bloku na Grabiszyńskiej obok stadionu przy Oporowskiej i nagle jako nastolatek miałem występować w ekstraklasie. To była w dużej mierze trauma, zwłaszcza że – tak jak mówisz – obowiązywało wtedy oldschoolowe podejście. Słaba kość pęka. Po meczach i zajęciach, jak wstawałem rano i nic mnie nie bolało, to wydawało mi się podejrzane. Z reguły przychodziło się do masażysty, brało tabletki przeciwbólowe i szło na trening. Sport weryfikuje charakter. Jak jesteś miękki, nie wejdziesz na szczyt.

Koszykowka. M, Ekstraklasa. Zepter Slask Wroclaw - Ericsson Bobry Bytom. 70 - 68. 14.02.1998
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Była „fala”?

Chrztów przeżyłem mnóstwo, bo grałem przecież w reprezentacji od kadetów w górę, a każde przejście do wyższej kategorii wiekowej wiązało się z biciem po dupie czy piciem różnych napojów. Wtedy tak to jeszcze działało.

Jak dostałem powołanie do pierwszej reprezentacji Polski na Turniej Wyzwolenia Warszawy po swoich osiemnastych urodzinach, to tam były straszne chrzty. Z Heniem Wardachem, Jarkiem Jechorskiem czy „Dino” Marcinkowskim nie było żartów, ale trzeba było przetrwać. Starsi nie gnębili tak strasznie, jak się mówi, ale każdy musiał znać swoje miejsce w szeregu, dopóki nie pograł i nie zapracował na szacunek. Później ta tradycja stopniowo zanikała.

Kilka lat później byłeś już mistrzem kraju i jednym z najlepszych zawodników ligi. Opowiedz o tym procesie dorastania.

Przychodząc do Śląska trafiłem akurat na zmianę pokoleniową. Odeszła część starszych zawodników z Darkiem Zeligiem i Stasiem Kiełbikiem na czele. Trener Koniecki we mnie wierzył i wpuszczał na boisko, mimo tego, że byłem „patyczakiem” i wyglądałem jak narkoman. Miałem też szczęście, że trafiłem na grupę, która się mną zaopiekowała i obdarzyła zaufaniem. Robiłem, co mogłem. Krok po kroku. Nieraz obrywało się po gębie, bo tak się wtedy grało. Jak kiedyś dostałem w zęby od Młynarskiego z Górnika, to myślałem, że mi wszystkie plomby wypadną. A jeszcze potem się okazało, że był mój faul.

W jednym z odcinków „The Last Dance” pojawia się taki epizod – drugoroczniak LaBradford Smith z Waszyngtonu w marcu 1993 roku rzuca przeciwko Jordanowi 37 punktów i mówi mu rzekomo: „nice game, Mike”. W kolejnym meczu przeciwko Bullets Jordan zdobywa 36 punktów… w pierwszej połowie. Ty spotkałeś się ze Smithem w Śląsku z sezonu 1998/99.

LaBradford lubił się chwalić swoim słynnym występem. Nie ma się czemu dziwić, skoro trafił mu się „dzień konia” akurat przeciwko Jordanowi w primie. Jak pojawiał się ktoś nowy, to zawsze puszczał tę kasetę. Docinaliśmy mu wtedy, czy ma nagranie z drugiego spotkania. Ktoś w końcu wygrzebał ten rewanż, zrobiliśmy seans, ale jakoś nie było mu do śmiechu. To był bardzo fajny gość, ale nie miał najlepszej etyki pracy. U nas był już na tym etapie, że zbyt rozrywkowo podchodził do zawodu.

Przez WKS przewinęło się kilku zawodników, którzy mieli za sobą przeszłość w NBA lub później występowali na parkietach najlepszej ligi świata. Był Sean Marks, zdobywca tytułu z San Antonio; młodszy brat Eda – Charles O’Bannon, który zrobił furorę w finałowej serii z Anwilem Włocławek; Michael Hawkins, Acie Earl, Michael Smith. Któryś z nich miał ten „magic touch”?

Na pewno właśnie LaBradford – o ile akurat był skoncentrowany i grał na maksimum możliwości. Wymieniłbym też Seana Marksa, który nie został u nas odpowiednio doceniony. Na treningach niszczył „Józka” McNaulla. Jak raz walnął nad nim z góry na Mieszczańskiej, to zrobiliśmy piętnaście minut przerwy w zajęciach. Problem leżał w tym, że miał mentalność zawodnika z NBA. „Daj piłkę, ja sobie zagram, a jak nie – może dostaniesz z powrotem”. U nas rządził jednak trener Urlep – bazujący na schematach, w których Sean nie za bardzo się odnajdywał.

Urlep był taki, że kiedy podczas jednego z meczów mój obrońca się zagubił i trafiłem za trzy w pierwszych sekundach akcji, następnego dnia miałem wielogodzinny meeting, podczas którego tłumaczył mi, czemu nie powinienem tej „trójki” rzucać. Marks tego nie dźwignął. Wyjechał z Wrocławia i tydzień później grał już w pierwszej piątce Miami Heat.

Wyjeżdżając do Providence musiałeś marzyć, żeby samemu załapać się do NBA. Był moment, że wydawało się to realne?

W samolocie, jak tam leciałem. Kiedy zaczęły się treningi, szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Wtedy NBA było inną, zamkniętą ligą. Grało tam najwyżej kilku Europejczyków i to z samego topu – Kukoč, Sabonis, Petrović, Divac, później Schrempf. Byłem realistą, nie zrobiłem w college’u oszałamiającej kariery i trudno nawet nazwać graniem to, co tam uskuteczniałem. Marzenie było, ale niemożliwe do spełnienia.

Różnicę poziomów uświadomiłem sobie, kiedy na moim pierwszym albo drugim roku na tournée przyjechała reprezentacja Francji. Oni wtedy spokojnie łoili Polaków dwudziestoma punktami, a z Providence przegrywali czterdziestoma do przerwy. Wszyscy patrzyli na mnie zdziwieni, bo opowiadałem wcześniej, że to silna europejska drużyna.

Powiedz mi jeszcze na koniec, jak to jest z tą gloryfikacją koszykówki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To rzeczywiście była złota era czy jesteśmy jednak ofiarami myślenia na zasadzie „kur*a, kiedyś to było”?

Zawsze się przed tym bronię. Nie lubię tego gadania „panie, a za moich czasów”. Z drugiej strony każdy ma to gdzieś z tyłu głowy. Oglądałem „The Last Dance” i też zebrało mi się na wspominki, ale koszykówka przecież wciąż ma się dobrze.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży bezapelacyjnie do samego końca; swojego lub jej. Co czwartek o 18:00 prowadzi także autorską audycję The Fall na antenie newonce.radio. Ma na koncie publikacje m.in. w Machinie, Dzienniku, K Magu, Exklusivie i na Onecie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.