„Wstydzę się, że piliśmy wtedy szampana”. Bomba atomowa w Nagasaki i mecz na gruzach

Zobacz również:Gdy legenda szokuje cały świat sportu. Co jeszcze chce udowodnić Tom Brady?
c6f453c5f7c6f750dd6e5743c724d9f7.jpeg

Cztery miesiące po wybuchu bomby atomowej w Nagasaki pośród ruin i promieniowania jądrowego rozegrano mecz futbolu amerykańskiego. Sport na moment wyparł obrazki jak z horroru. Po latach jeden z uczestników przyznał: „Wstydzę się, że piliśmy wtedy szampana. Cieszyliśmy się na wieść o Hiroszimie i Nagasaki, kiedy tam mieszkańcy miasta przeżywali cierpienia”.

Ranek 8 sierpnia 1945 roku był pogodny. Stalin wypowiedział wojnę Japonii, ale do zwykłych ludzi ta informacja jeszcze nie dotarła. Dowódcy wojsk zapewniali cesarza, że nie ma sensu wywieszać białej flagi, skoro są jeszcze rezerwy. Poza tym warto było walczyć do ostatniego żołnierza. W tym czasie nad krajem krążyła już amerykańska superforteca B-29. Samolot zmierzał do miasta Kokura na wyspie Kiusiu.

Około godziny dziesiątej pilot dostał informacje o złej pogodzie i wyczerpującym się stanie paliwa. Rozkaz brzmiał: zmieniamy kurs i lecimy w kierunku Nagasaki. Dwie minuty po godzinie jedenastej bomba atomowa Grubas naładowana 8 kg plutonu wybuchała w dzielnicy Urakami. – Najpierw zobaczyliśmy ostre jak brzytwa światło, a potem wszyscy straciliśmy przytomność – opowiadał jeden z hibakuszy, czyli ludzi dotkniętych przez wybuch.

W Hiroszimie było ich ok. 300 tysięcy. W Nagasaki prawie dwa razy mniej, tylko dlatego że otaczające dzielnicę wzgórza osłabiły falę uderzeniową. Tak czy siak w promieniu ok. 1,6 km miasto zostało zrównane z ziemią. Tydzień później cesarz Japonii ogłosił kapitulację, a do Azji zaczęły napływać kolejne bataliony żołnierzy USA. Informacje o tym, że cztery miesiące po tych tragicznych wydarzeniach ktoś rozegrał wśród roztrzaskanych domów mecz futbolu amerykańskiego brzmią niedorzecznie. Ale tak, ta historia wydarzyła się naprawdę.

PŁACZ NAD ROZLANYM MLEKIEM

Gerald Sanders zmarł dwa lata temu. Był ostatnim żyjącym członkiem wydarzenia nazwanego „Atom Bowl”. W 2005 roku opowiedział o nim na łamach „New York Times”. Jego pierwsze zdanie brzmiało: „To była całkowita destrukcja, a my na tych gruzach zagraliśmy mecz”. W historii świata sport wielokrotnie gościł wśród wojen, ale coś takiego wydarzyło się tylko raz. Krajobraz księżycowy, totalne zgliszcza na chwilę zamieniły się w arenę zmagań.

Wtedy nikt nie myślał o promieniowaniu jądrowym. Tak jak w latach 50. nikt nie protestował, gdy raczkująca telewizja pełna była reklam zachwalających palenie papierosów. Rod Serling, jedna z pierwszych gwiazd TV, palił trzy paczki dziennie. Każda fotografia przedstawiała go z papierosem. Kiedy jednak zmarł w wieku 50 lat na raka płuc, narracja w mediach była już inna. I tak samo jest z meczem w Nagasaki. Dzisiaj można to potępiać, ale wtedy rozgrywka stanowiła chwilowe pokolorowanie smutnego obrazka, jakim była Japonia po zakończeniu II Wojny Światowej.

W amerykańskich gazetach do dziś można trafić na te zdjęcia: zwęglone wzgórza, ani skrawka zieleni, wszędzie gruz. A między nimi druga dywizja piechoty morskiej. Wśród żołnierzy można było znaleźć mnóstwo zawodowych graczy. Angelo Bertelli i Bill Osmanski przed wojną byli gwiazdami NFL. Wkrótce stali się też kapitanami dwóch drużyn spotkania w Nagasaki, szalonego pomysłu dowódcy LeRoya Hunta, który przed Świętami Bożego Narodzenia stwierdził, że trzeba podnieść morale grupy.

Amerykanie byli już zmęczeni. Czwarty miesiąc siedzieli w Japonii. To też ciekawe: w 2003 roku po podbiciu Bagdadu dowódcy zakazali żołnierzom wywieszania amerykańskich flag. USA miała być traktowana jako wyzwoliciel, a nie najeźdźca. W 1945 roku było inaczej: flaga z gwiazdkami powiewała wszędzie. Amerykanie bardzo wyraźnie chcieli zaznaczyć, kto wygrał wojnę i kto teraz okupuje te tereny. Mecz miał być jak święto. Drukowano nawet programy meczowe, a dzień wcześniej zaproszono japoński chór dziecięcy. Relacje z tamtego czasu mówią o poruszających pieśniach wywołujących w żołnierzach łzy tęsknoty za krajem. Wielu z nich zrozumiało, że Japończycy poza wojskiem to też miliony cywilów, którzy w wyniku bomby atomowej bez cienia winy ponieśli śmierć.

DERBY GRZECHU

Mecz odbył się w Nowy Rok 1946 roku. Opisuje go choćby książka „The Old Core” Johna Gunna. Było zimne, śnieżne popołudnie. Na postapokaliptycznym polu zgromadziło się dwa tysiące ludzi. Wśród nich byli żołnierze, pielęgniarki i ranni. Z oddali mecz obserwowali też Japończycy. Przed meczem Osmanski z Bertellim umówili się, że zagrają na remis, byle tylko nie psuć atmosfery w batalionach. Ostatecznie ten pierwszy złamał jednak umowę, bo w decydującym momencie wysunął swoją ekipę na prowadzenie i skończyło się 14 do 13. – To był akt Boży, albo siła przyzwyczajenia – żartował. Rok później wrócił do Stanów Zjednoczonych i z Chicago Bears wygrał nawet mistrzostwo NFL.

Sport długo wracał do życia w zniszczonych przez bombę atomową miastach. W Hiroszimie dopiero w latach 60. wznowiono rozgrywki. Pomocnik Aritatsu Ogi i napastnik Yasuyuki Kuwahara w chwili wybuchu mieli trzy lata. Do dziś mają status „hibakusha” i brązowy medal na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku. Co ciekawe, w zniszczonej Hiroszimie przetrwał stadion miejscowego Mazda SC. A przecież siła rażenia bomby była pięć razy większa niż ta, która kilka miesięcy wcześniej zamieniła niemieckie Drezno w kupę gruzu. Obiekt nadal funkcjonuje, choć po regulacjach J-League z 1992 roku nie odbywają się na nim żadne mecze. Sanfrecce Hiroszima w 2012 roku został nawet mistrzem kraju.

W tym samym roku V-Varena Nagasaki awansował do drugiej ligi piłkarskiej. Pięć lat później grał już w J-League i w 2018 roku pierwszy raz doszło do historycznych derbów dwóch naznaczonych wojną miast. Przed pierwszym gwizdkiem odegrano hymn Japonii, a potem minutą ciszy uczczono prawie pół miliona ofiar. Hekatomba do dziś jest tam drażliwym tematem. To symbol narodowego męczeństwa i absolutnego zła, coś na wzór Auschwitz w Europie. Brytyjski pisarz i znawca Japonii Ian Buruma w świetnej książce o japońskim rachunku sumienia nazywa ją największym grzechem XX wieku.

CZY MOŻNA BYŁO INACZEJ?

Historycy do dziś kłócą się na ten temat. Jedni mówią: bez bomb atomowych nie byłoby szybkiej kapitulacji Japonii. Wojna trwałaby nadal, a wraz z nią życie traciłoby tysiące amerykańskich i japońskich żołnierzy. W ten sposób udało się tego uniknąć. Druga strona protestuje: Japonia była już przecież na kolanach, a wielu doświadczonych dowódców, m.in. generałowie Eisenhower i MacArthur odradzali tak drastyczny ruch. Nie brakuje też głosów, że tak naprawdę to ruch Stalina i przystąpienie Sowietów do wojny zmusiło Cesarstwo do kapitulacji. Jeśli już postraszono Japończyków detonacją w Hiroszimie, to z pewnością niepotrzebna była poprawka w Nagasaki.

Amerykanie zaraz po tych wydarzeniach nie mieli w głowach pełnego obrazu historii. Dopiero rok później John Hersey w tygodniku „The New Yorker” napisał przejmującą relację o losach sześciorga ocalałych. Tekst był tłumaczony i drukowany na całym świecie, a jeden z amerykańskich naukowców powiedział: „Wstydzę się, że piliśmy wtedy szampana. Cieszyliśmy się na wieść o Hiroszimie i Nagasaki, kiedy tam mieszkańcy miasta przeżywali cierpienia”.

Te same myśli pojawiały się pewnie w głowach amerykańskich żołnierzy dumnie obwieszczających „Atom Bowl” w Nagasaki. Poza Sandersem nie chcieli zabierać na ten temat głosu. Nie ma też dokładnych statystyk, czy promieniowanie jądrowe naznaczyło ich w mniejszym lub większym stopniu. Znana jest jedynie historia Lymana Quigleya, członka tamtej piechoty, który przybył do Nagasaki tydzień po wybuchu, a od początku lat 50. cierpiał na guzy żołądka i raka tkanki tłuszczowej.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.