Wschodni zaciąg Legii. Bardziej krótkoterminowa opcja niż skok jakościowy

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Legia Warszawa - Wisla Plock. 20.02.2021
FOT. JACEK PRONDZYNSKI/ 400mm.pl

Zima w erze Dariusza Mioduskiego często staje się porą pewnych tendencji transferowych. Były już romanse bałkańskie i portugalskie, tym razem padło na kierunek wschodni mający być wyczekiwanym przez Czesława Michniewicza uzupełnieniem kadry mistrzów Polski. Trudno zakładać, że to ruchy, które pomogą wejść drużynie do europejskich pucharów, bardziej mające gwarantować spokojny sen na wypadek różnych absencji wiosną. Nadal mówimy o transferach z kategorii „krótkoterminowe” albo „do odbudowania”.

Mimo że podczas zimowej przerwy polskie kluby zwykle chętnie ruszały na zakupy, rzadko kiedy udawało się właśnie wtedy zbudować poważny projekt sportowy. Legia też szukała szczęścia w różnych kierunkach i posiłkowała się różnymi spojrzeniami najczęściej wyznaczanymi przez trenerów. To zarazem tendencja pokazująca dość niezdrowe struktury klubu – szkoleniowiec powinien mieć prawo do ważnego głosu w kontekście budowy drużyny, ale nie jednoosobowo ruszać całym organizmem. Chociaż niektóre ze sprowadzonych nazwisk w istocie okazywały się sukcesami transferowymi, nadal były to życzenia trenerów motywowane prywatnymi sympatiami i znajomościami, co w dłuższej perspektywie powodowało tarcia.

Weźmy zimę w sezonie 2017/18, za sterami warszawskiej drużyny mamy Romeo Jozaka, więc dość łatwo określić, skąd wynikała ówczesna fascynacja bałkańskim kierunkiem. Legia sprowadziła wtedy Domagoja Antolicia, Marko Vešovicia oraz Eduardo, którego śmiało należy przypisać do tego samego kryterium. Najbardziej imponowało ostatnie nazwisko, ale najmilsze wspomnienia piłkarskie pozostały z wcześniejszą dwójką. Rok później kierunek był zupełnie inny, skoro decydujący głos należał do Ricardo Sa Pinto. Portugalczyka mało kto wspomina pozytywnie przy Łazienkowskiej, ale jako że wtedy układał autorską drużynę, to na Ł3 trafili Salvador Agra, Luís Rocha oraz Iuri Medeiros. Podobnie jak w przypadku samego szkoleniowca zmieniającego zespoły jak rękawiczki – moc fanowskich sentymentów nie wróci do tych nazwisk.

Kolejnej zimy strategią za Aleksandara Vukovicia było drenowanie polskiego rynku i wyciąganie piłkarzy, którzy rozszerzą kadrę, a potencjalnie jeszcze się rozwiną. O ile rekordowy transfer Bartosza Slisza zdecydowanie wypalił, tak Piotr Pyrdoł trafił na wypożyczenie do Wisły Płock, a Mateusz Cholewiak robi za uzupełnienie szerokiego składu. Kilka szans w roli zmiennika dostał dopiero w grudniu. Co trener, to zupełnie inny pomysł i upodobania. Chociaż od września 2018 roku to Radosław Kucharski jako dyrektor sportowy powinien być rozliczany za skuteczność każdego okna transferowego, to często aż nadto widzimy wpływy nosa trenerskiego w Legii.

Latem Kucharski chwilowo został okrzyknięty królem rynku, dopóki Legia nie odpadła z europejskich pucharów, a jego transfery potrzebowały trochę czasu na wdrożenie się do warszawskiego zespołu. Zimą oberwało mu się za opieszałość, lecz w wielu sprawach miał związane ręce z powodu opłakanej sytuacji finansowej. Pierwsza nowa twarz, czyli Jasur Jakszibojew, została przyklepana 13 lutego po rozegraniu trzech oficjalnych meczów. To też niezwykle wymowne, że mistrz kraju sprzedaje okno po oknie Radosława Majeckiego oraz Michała Karbownika za znaczące sumy, a jednak nie jest w stanie przygotować się kadrowo na sam start rundy wiosennej.

W zeszły weekend piłkarze Czesława Michniewicza wrócili na pozycję lidera ekstraklasy i zapewne utrzymają ją do samego końca. Przy takiej konkurencji mistrzostwo w zasadzie nie podlega debacie, nawet gdyby były szkoleniowiec polskiej młodzieżówki cały czas prosił się o wzmocnienia i musiał radzić sobie okrojonym składem. Rzecz w tym, że Legia powinna się zbroić tak, aby już za kilka miesięcy mieć ograny, przygotowany i doskonale rozumiejący się zespół na europejskie puchary. Aby nie polegać na letnich wynalazkach ściąganych tydzień-dwa przed kluczowymi rywalizacjami, tylko na graczach obeznanych w klubowych realiach od dawna. Motor napędowy do tytułu powinien być też największą siłą w rundach eliminacyjnych w Europie.

Czy tegoroczne wzmocnienia wpisują się w ten schemat? Wątpliwości nie brakuje. Przede wszystkim do końca wyścigu o tytuł pozostało 12 kolejek, a mówimy o piłkarzach, którzy nie przylecieli w doskonałej formie, tylko muszą łapać minuty, odbudować rytm i pewność siebie, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Bartka Kapustki i pozostałych jesienią. Wystarczy szybki rzut oka na ostatnie występy zimowych łowów legionistów:

– Jasur Jakszibojew ostatni mecz rozegrał 30 sierpnia 2020 roku;

– Artem Szabanow zadebiutował w Legii, ale wcześniej zagrał 8 listopada z Szachtarem Donieck, natomiast 4 dni wcześniej z Barceloną;

– Nazarij Rusyn zagrał 19 minut (i to jedyne w tym sezonie) również 8 listopada z Szachtarem;

– Ernest Muçi akurat występował regularnie w lidze albańskiej, ale to nastolatek, który po raz pierwszy wyprowadził się z kraju.

Najpoważniej przyszłościowo trzeba patrzeć na 23-letniego Jakszibojewa i 19-letniego Muçiego, bo stanowili transfery gotówkowe i z racji wieku czy potencjału nadal mogą ruszyć dalej w świat. Jasur był gwiazdą ligi białoruskiej, kiedy w marcu rok temu cały futbol stanął w miejscu. Został mistrzem Białorusi, wsławił się ekstrawaganckim, odważnym, widowiskowym stylem gry. Obrywało mu się za indywidualizm, ale pozostaje zdolnym piłkarzem do ulepienia przez właściwego trenera. Doszukując się sensu tego kierunku, trzeba też dodać, że trener Michniewicz urodzony na Białorusi i porozumiewający się płynnie po rosyjsku poradzi sobie z komunikacją z nowymi piłkarzami.

Bardziej zastanawia duet wypożyczony z Dynama Kijów – Szabanow jedynie do czerwca, a Rusyn do grudnia. Chociaż Mircea Lucescu przekonuje, że to wartościowi gracze, a nie odrzuty na Ukrainie, sama częstotliwość korzystania z ich usług jest dość wymowna. Tym bardziej, że Dynamo nie narzekało na rozpieszczenie w kwestii sytuacji kadrowej jesienią. Są to wypożyczenia przypominające słynną lechową formułę krótkoterminowych opcji z myślą „a nuż się sprawdzi”. W Poznaniu upodobali sobie takie rozwiązanie: w teorii z mniejszym ryzykiem, w praktyce z mniejszą skutecznością. Zwykle takich graczy raczej dopisywaliśmy do listy niewypałów transferowych.

Oba wypożyczenia wyglądają bardziej jak ruchy „na sztukę”, czyli wykorzystanie znajomości i zapożyczenie piłkarzy z klubu o większej renomie, aby trener Michniewicz nie mógł narzekać na niedobory kadrowe w tej rundzie. Sparing Legii z Dynamem rozgrywany 18 stycznia w Dubaju mógł sprzyjać takim rozmowom, zwłaszcza że Szabanow i Rusyn mają tego samego menedżera (stojącego także m.in. za Butko czy Kostewyczem) i obaj nie widnieli w planach Lucescu. Jeszcze w grudniu środkowy obrońca miał nie palić się na pomysł wyjazdu do Polski, ale z czasem zmienił optykę.

Nie jest powiedziane, że obaj nie odegrają ważnej roli w zdobyciu mistrzostwa Polski. Czują grę pod presją w wielkim klubie, doświadczyli występów w pucharach z dużymi markami pokroju Chelsea, Barcelony czy Ajaksu, ale pozostaje pytanie, czy w ogóle mogliby wiązać przyszłość ze stołecznym klubem. Szabanow z lewą nogą i swoim wyprowadzeniem piłki daje nowe opcje w defensywie złożonej z trzech albo czterech graczy, Rusyn jest za to zupełnie innym profilem napastnika niż Pekhart, więc może dodać trochę dynamiki w konkretnych sytuacjach boiskowych. W Kijowie jednak nie mieli żadnego problemu, by puścić obu w świat mimo wyraźnych problemów w obu polach karnych. Szabanow swoje w Dynamie pograł, ale w tym samym sezonie, gdy skuteczniejsze defensywy tworzyła Zoria czy Desna. A to już ekipie o takich ambicjach nie pasowało.

Każdy transfer należy oceniać indywidualnie. Nie każdy musi być nazywany „wzmocnieniem” czy szykowany do wyjściowej jedenastki, ale właśnie pozwalać przetrwać trudy wymagającego sezonu. Nie od razu wspomnieni muszą grać pierwsze skrzypce, chociaż za kilkanaście spotkań kończy się cały sezon, a także wypożyczenie Szabanowa. Na dziś wschodnia polityka Legii wygląda bardziej na zwiększanie pola wyboru i oferowanie nowych, alternatywnych możliwości trenerowi, niż rzeczywiste zbrojenie się na europejskie puchary. Ale trochę czasu musi jeszcze minąć, zanim będzie można wrzucić ją do szufladki z chwilowymi inspiracjami, jakimi były plany na portugalską czy bałkańską Legię.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.