Wielkie walki nie są dla Koemana. Lista zarzutów za zmarnowany mecz sezonu

Zobacz również:Memphis Depay działa na wyobraźnię. Uczucie z Barceloną od pierwszego wejrzenia
FC Barcelona v Granada CF - La Liga Santander
Fot. Pedro Salado/Quality Sport Images/Getty Images

1 punkt na 12 możliwych to dorobek Barcelony w bezpośrednich meczach z Realem i Atletico. Chociaż Katalończycy w 2021 roku punktują najlepiej w Hiszpanii, to w kluczowych momentach wcale nie pokazują, że zasługują na mistrzostwo. Nadal ich największym problemem pozostają spotkania z wielkimi rywalami. W grze o tytuł na Camp Nou było podobnie – chociaż finalnie bezbramkowo zremisowany mecz z Atleti był wyrównany, to Ronald Koeman nie pomógł odpowiednio drużynie swoimi decyzjami. Mając lepszą drużynę, nie dźwiga ciężaru takich zawodów.

Holender nie siedział bezpośrednio na ławce rezerwowych, tylko na trybunach Camp Nou po czerwonej kartce za tekst „vaya personaje” skierowany do sędziego. Sama kara również jest absurdalna, bo dosłownie jego krzyk oznaczał „co za postać”. Koeman słusznie zaznaczył: w takim razie ile powinien dostać meczów zawieszenia, gdyby naprawdę chciał obrazić arbitra? Niemniej co chwilę widzieliśmy go z komórką, gdy dzwonił do asystenta Alfreda Schroedera – w oczach niektórych zdolniejszego taktyka, którego w Bayernie chętnie zatrudniłby Julian Nagelsmann.

Mecz o tytuł był zawodem, spotkaniem zachowawczości z obu stron, ale nadal można z niego wiele wyczytać. To Barcelona musiała szukać zwycięstwa, ale niekoniecznie zrobiła to w przekonujący sposób. Otrząsnęła się dopiero po przerwie, lecz nadal zaoferowała za mało. Do Ronalda Koemana można mieć zarzuty o decyzje personalne, spóźnione zmiany czy samo zarządzanie spotkaniem.

Pierwsza połowa była naznaczona dwoma urazami – Thomasa Lemara zmienionego przez Saula oraz Sergio Busquetsa zastąpionego nastoletnim Ilaixem Moribą. Atletico poradziło sobie ze zmianą koncepcji, bo Saul przeszedł na wahadła, a Carrasco zajął pozycję bliżej środka jako jedna z dwóch „10”. I dopiero wtedy uwolnił cały swój potencjał. Belgijski skrzydłowy został później wybrany najlepszym graczem spotkania, bo rozruszał bardzo zamknięty, stonowany mecz. Na organizację w obu defensywach odpowiedział indywidualnymi rajdami, odważnymi dryblingami, niekonwencjonalną grą, którą aż cztery razy narobił kłopotów Oscarowi Minguezie. Carrasco był człowiekiem łamiącym schematy, za co słusznie został wyróżniony.

I tu mamy pierwszy błąd Koemana, bo postawił na Minguezę zamiast Araujo. Hiszpan nie radził sobie z Lemarem ani Carrasco, to jego stroną sunęły akcje, a także na niego skierowany był pressing przyjezdnych. W przerwie 21-latek został zmieniony, a Araujo postawił na tej autostradzie bramkę z opłatami. Znacznie lepiej neutralizował poczynania Carrasco, był agresywny i zdecydowany, doskonale czuł przestrzeń, w efekcie zatrzymując rozpędzonego Belga. Urugwajczyk wydawał się naturalnym kandydatem do gry, lecz Koeman zaskoczył i musiał reagować już po pierwszej połowie.

Barcelona zaczęła się sypać po pół godziny, gdy straciła Sergio Busquetsa. Doświadczony rozgrywający nasłuchał się różnych epitetów na swój temat, lecz nadal pozostaje nieoceniony w drugiej linii Katalończyków. Gdy zszedł z problemami zdrowotnymi, Barca runęła. Frenkie de Jong musiał zająć jego miejsce, gdzie potrzebował czasu na odnalezienie się, a przed nim grali dwaj 18-latkowie Pedri i Moriba. Początkowo to wyzwanie ich przerastało. Barcelona nie potrafiła już zarządzać meczem ani dominować, a dodatkowo każda strata oznaczał pokłady wolnej przestrzeni i nerwówkę w obronie. Pressing przestał być tak skoordynowany, bo nietykalna trójka w drugiej linii rozumiała się wcześniej bez słów. Koeman nie pomógł drużynie odnaleźć właściwego kontekstu, a nastolatkowie dali się zepchnąć do defensywy. To wtedy piłkarze Cholo mieli kilka sytuacji podbramkowych.

Do przerwy wyglądało to bardzo mizernie ze strony Blaugrany, jedyny strzał inspiracji stanowiły indywidualne ataki Leo Messiego, poprawiło się to dopiero w drugiej odsłonie. Wtedy już zaczęły się tworzyć sytuacje pod bramką Jana Oblaka cudownie leczącego uderzenia Argentyńczyka. Barcelona potrzebowała czasu, lecz się rozkręcała. Może kogoś zadowoli przejęcie inicjatywy, lecz kolejnym zarzutem wobec trenera mogą być spóźnione, przetrzymane zmiany. Moriba nabierał pewności siebie, ale taki Pedri oddychał rękawami i nie był tak efektywny jak kilka miesięcy wcześniej. Nic dziwnego, skoro 18-latek przekroczył barierę 50 meczów w debiutanckim sezonie na tym poziomie. Miał być graczem szerokiego składu, został czołową postacią i żaden zawodnik Realu Madryt nie rozegrał w tym sezonie tylu spotkań co nastoletni Pedri. A mimo to on grał aż do ostatniego kwadransu rywalizacji na Camp Nou.

Chociaż gospodarze dokręcali śrubę, potrzebowali jakiejś inspiracji i nowej mocy. Dostali ją dopiero na ostatni kwadrans, gdy w grze pojawili się Ousmane Dembele oraz Sergi Roberto. Trudno nie odnieść wrażenia, że za późno, aby wpasowali się w koncepcję i pomogli przechylić mecz na korzyść Katalończyków. Koeman nie zarządzał właściwie tym spotkaniem, w wielu momentach był spóźniony z reakcjami, przez co Barcelona wywalczyła niesatysfakcjonujący remis. Można to zwalać na świetne interwencje Oblaka, niecelną główkę Dembele czy inne aspekty, lecz holenderski trener nie powinien spoglądać w lustro z poczuciem, że zrobił wszystko.

Na poziomie taktycznym to właśnie Atletico lepiej wykorzystywało swój potencjał. Przede wszystkim umiejętnie wybierało momenty głębokiej defensywy i ograniczenia swobody Barcelony oraz te, kiedy na 10-15 minut ruszali na połowę rywala i wysokim pressingiem odcinali mu tlen. To wtedy szukali swoich momentów, nie pozwalali wyjść z połowy czy poczuć swobodę. Atletico nie dawało szansy na zbyt wiele faz przejściowych, aby Messi, de Jong czy Griezmann korzystali z wolnego miejsca. Raczej ucinali w zarodku kontry i starali się porządkować grę. Albo pressingiem do przodu na całego, albo głęboko w tył i odcinać korytarze. Na poziomie budowania różnic planem taktycznym to Simeone może czuć się mentalnym wygranym. I w sumie wynik też sprzyja bardziej jemu, chociaż może otworzyć drogę do pozycji lidera Realowi Madryt.

Grając o ligę hiszpańską, zmiany kwadrans przed końcem są zdecydowanie spóźnione i przeczekane. Nieakceptowalne jest również ugranie 1 punktów na 12 możliwych w spotkaniach z bezpośrednimi rywalami – bez choćby jednego triumfu w dwumeczach z Realem i Atletico, stąd nic dziwnego, że to madrytczycy są w lepszej sytuacji w kontekście mistrzostwa. A jeszcze przed chwilą Barcelona miała wszystko w swoich rękach, lecz wyłożyła się kolejno z Granadą i Atletico.

Ronald Koeman wskazał drużynie właściwy kierunek, zdecydowanie ją rozwinął, przywrócił na właściwe tory, uczynił wręcz najofensywniej grającą ekipę Hiszpanii, lecz to nie działa w meczach o dużym ciężarze gatunkowym. Nie z Athletikiem czy Sevillą, ale już z tymi największymi. Czy to Zidane, czy Simeone, obaj taktycznie przewyższają Holendra, a to pozwala zastanawiać się, czy na pewno on pozwoli drużynie przekroczyć pewne bariery. Bo może Barcelonę rozwinąć, ale nie wskoczyć na oczekiwany, dawny poziom. Na razie na ostatnich metrach Koeman dość mocno popsuł swoją ocenę pierwszego sezonu. Tytuł miał być na wyciągnięcie ręki, lecz Barcelona nawet nie wyglądała jak drużyna, dla której to gra o śmierć i życie w kontekście mistrzostwa.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.