Głośne nazwiska, ale sukcesów brak. Te wielkie trójki mistrzostwa NBA nie zdobyły

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Houston Rockets - Scottie Pippen, Charles Barkley, Hakeem Olajuwon
Fot. Sporting News via Getty Images

Wydawało się, że NBA to teraz liga wielkich duetów. Ale na Brooklynie stworzyli sobie kolejną wielką trójkę. W jej skład wchodzą Kyrie Irving, James Harden i Kevin Durant. Czy uda im się zdobyć mistrzostwo? Historia NBA pokazuje, że nagromadzenie wielkich nazwisk nie zawsze gwarantuje sukces. Oto kilka tercetów, które są tego najlepszym przykładem.

1
Russell Westbrook, James Harden, Kevin Durant

Dla Duranta i Hardena to już drugi wspólny raz w wielkiej trójce. Prawie dekadę temu zdawało się, że do spółki z Westbrookiem będą rządzić ligą przez dłuższy czas. Koniec końców każdy z nich zgarnął statuetkę MVP sezonu regularnego, ale tytułu mistrzów zdobyć im się nie udało. Po części to wina Miami Heat, którzy w finałach w 2012 roku mieli po swojej stronie lepszą wielką trójkę. Po części to jednak także efekt ryzykownej decyzji Sama Prestiego. Generalny menedżer Thunder kilka miesięcy po tamtych finałach zdecydował się bowiem wysłać Hardena do Houston. Powodem były nieudane negocjacje kontraktowe, choć Brodacz po transferze do Rockets pokazał, że podwyżka jak najbardziej mu się należała.

Ostatecznie różnica wyniosła zresztą ponoć tylko 4.5 miliona dolarów. Presti się jednak nie ugiął i wytransferował ówczesnego najlepszego rezerwowego w całej lidze, rozbijając trio Oklahomy. Thunder pozostali jednym z najgroźniejszych zespołów w NBA, ale już nigdy nie zbliżyli się do mistrzostwa tak jak w 2012 roku. Według Duranta niepowodzenie wynikało również z faktu, że cała trójka była wtedy po prostu zbyt młoda. Podczas trwania tamtych finałów Durant i Westbrook mieli po 23 lata, a Harden był o rok młodszy. – Dziś jesteśmy już dorośli i wiemy, czego chcemy – stwierdził KD po dołączeniu Hardena do Nets. Z całej trójki to zresztą skrzydłowy jako jedyny może pochwalić się mistrzostwem. Wywalczył je z Warriors.

2
Chris Paul, Blake Griffin, DeAndre Jordan

Przez lata Chris Paul narzucał loby do Blake’a Griffina i DeAndre Jordana, dając Clippers nową tożsamość. To był prawdziwy show, który w ciągu kilku sezonów wyprodukował mnóstwo niesamowitych wsadów. Nie udało się jednak tej drużynie przeskoczyć nawet drugiej rundy fazy play-off. LAC grali efektywnie, a oprócz wielkiej trójki mieli też w składzie kilku znakomitych graczy zadaniowych jak m.in. JJ Redick. Mimo tego nie byli w stanie zawojować konferencji zachodniej, a powodem – niemal jak zwykle – okazały się być problemy w szatni. – Rozbiła nas małostkowość – mówił po latach Redick.

Weteran tłumaczył, że choć wszyscy zawodnicy dobrze się ze sobą dogadywali poza parkietem, to jednak nie potrafili tego robić jako cała grupa. Relacje między Griffinem a Paulem określano nawet jako „toksyczne”. Oberwało się także trenerowi, który nie potrafił wpłynąć na chemię w zespole. Doc Rivers przynosił do Clippers mistrzowskie doświadczenie i filozofię „Ubuntu”, dzięki której kilka lat wcześniej każdy gracz z szatni Celtics potrafia skoczyć za sobą w ogień. Tymczasem w Los Angeles oskarżano go o nepotyzm i faworyzowanie syna Austina, kiedy ten trafił do Clippers.

3
Steve Nash, Kobe Bryant, Dwight Howard

Zanim Chris Paul trafił do Clippers, miał zostać zawodnikiem tej drugiej (a raczej pierwszej) drużyny z Los Angeles. Transfer zawetował wtedy jednak ówczesny komisarz David Stern, co zapisało się w historii jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych jego decyzji. Lakers musieli więc zmienić plany i kilka miesięcy później sięgnęli najpierw po Dwighta Howarda, a potem także Steve'a Nasha. Pierwszy dopiero co zaczynał swoje najlepsze lata, drugi miał je już dawno za sobą. Obaj trafili na okładkę magazynu „Sports Illustrated” z dopiskiem „Teraz zacznie się zabawa”, bo w połączeniu z Kobe Bryantem mieli przywrócić blask drużynie z Miasta Aniołów. Projekt przetrwał jednak tylko rok i z zabawą miał mało wspólnego. Dość powiedzieć, że Lakers przegrali wszystkie osiem meczów przedsezonowych i już na starcie rozgrywek zmienili trenera Mike’a Browna na Mike’a D’Antoniego.

Nie pomogło. Bryant i Howard nie potrafili się między sobą dogadać, głównie ze względu na odmienne charaktery. Kobe narzekał na Dwighta i naciskał na podkoszowego, by grał mimo problemów zdrowotnych. Dwight odpowiadał, że Kobe nie jest lekarzem i dodawał, że nie podoba mu się, że dostaje tak mało piłek. 38-letni Nash szybko złapał natomiast kontuzję i stracił kilka pierwszych tygodni sezonu. Gdy wrócił do gry, Lakers mieli na koncie 14 przegranych w 26 meczach. Ostatecznie doczłapali się do fazy play-off jako siódmy zespół w konferencji i po czterech meczach mieli już wakacje. W jednym z ostatnich spotkań sezonu zasadniczego ścięgno Achillesa zerwał bowiem Bryant. Howard kilka tygodni później opuścił klub i jako wolny agent przeniósł się do Houston, kończąc ten mocno nieudany eksperyment.

4
Kobe Bryant, Gary Payton/Karl Malone, Shaquille O’Neal

To w zasadzie nawet wielka czwórka, a nie wielka trójka. Gary Payton oraz Karl Malone w poszukiwaniu swojego pierwszego tytułu dołączyli w 2003 roku do Kobego i Shaqa. Ten duet miał za sobą three-peat, ale też mnóstwo kłótni i niemal pewne było, że rozgrywki 2003/04 będą dla nich ostatnią wspólną kampanią. Lakers zaczęli sezon od wygrania 18 z 21 pierwszych meczów i byli pewniakiem do kolejnego tytułu. Pojawiały się nawet głosy, że ten zespół jest w stanie pobić rekord Chicago Bulls z sezonu 1995/96 i ich bilans 72-10. Koniec końców Lakers wygrali jednak 56 spotkań i tytułu nie zdobyli, przegrywając w pięciu meczach z Detroit Pistons. Powodów można było zliczyć mnóstwo.

Problemy zdrowotne Malone’a. Payton niepotrafiący odnaleźć się w trójkątach Phila Jacksona. Jeszcze więcej kłótni Kobego i Shaqa, którzy mieli siebie już serdecznie dość. Bryant nie mógł zresztą całkowicie skupić się wtedy na koszykówce, bo w międzyczasie zmagał się z zarzutami o gwałt. Kilka miesięcy później okazało się, że Malone próbował to wykorzystać i poderwać żonę Bryanta, co dodatkowo pogorszyło chemię w zespole. Na domiar złego w finałach swój perfekcyjny plan obalenia dynastii Lakers zaprezentował trener Larry Brown. Gdy w drugim meczu finałów kontuzji kolana doznał Malone, to Pistons mieli już w zasadzie otwartą drogę do mistrzostwa. Kilka tygodni później Shaq był już graczem Miami Heat. Tam dołożył kolejny tytuł, Kobe zdobył następne dwa jako lider Lakers, Payton również powędrował do Miami i doczekał się pierścienia i tylko Malone zakończył karierę z pustą gablotą.

5
Scottie Pippen, Charles Barkley, Hakeem Olajuwon

Houston Rockets dwukrotnie byli najlepszą drużyną w NBA, gdy Michael Jordan zrobił sobie przerwę, by pograć w baseball. Do dwóch tytułów mistrzowskich poprowadził ich Hakeem Olajuwon. Pod koniec XX wieku Rockets spróbowali więc dodać do kolekcji jeszcze jedno mistrzostwo. Sprowadzili dwie wielkie – choć starzejące się – gwiazdy w osobach Charlesa Barkleya i Scottiego Pippena. Ci chcieli ze sobą grać już lata wcześniej w Phoenix, ale dopiero w Teksasie ich drogi wreszcie się spotkały. Stało się to zresztą możliwe po części za sprawą Barkleya, który zgodził się na obniżkę zarobków. Wszystko po to, by Sir Charles mógł wreszcie zdobyć mistrzostwo NBA.

Rockets ostro wzięli się więc do pracy i zdawało się, że nawet Barkley wreszcie przykłada się jak nigdy wcześniej. Po drodze pojawiło się jednak kilka problemów. Kontuzje, nowa rola Pippena, w której nie do końca potrafił się odnaleźć, czy wreszcie znaczne ochłodzenie się relacji między nim a Barkleyem. Szczególnie, gdy Rockets odpadli już w pierwszej rundzie fazy play-off. Po ledwie jednym sezonie Pippen zażądał więc transferu do Lakers, po czym usłyszał od Barkleya, że „zachowuje się jak dziecko”. W odpowiedzi nazwał starszego kolegę „grubasem”. Rockets nie mieli wyjścia i oddali Pippena do Portland. W kolejnych latach ani on, ani Barkley – ani nawet Olajuwon – mistrzostwa już nie świętowali.

6
Deron Williams, Paul Pierce, Kevin Garnett

Ta wielka trójka to przestroga dla Nets, którzy raz już oddali swoją przyszłość. Wtedy do Bostonu posłali sporo wyborów w drafcie w zamian za podstarzałe gwiazdy, czyli Paula Pierce’a i Kevina Garnetta. W dniu wymiany Pierce miał 35 lat, a Garnett liczył sobie 36 wiosen – to znacznie więcej niż Harden. Wtedy ryzyko było więc dużo większe, co nie przeszkodziło jednak Nets marzyć o rzeczach wielkich. Pierce i Garnett dołączali do zespołu, w którym byli już m.in. Deron Williams, Joe Johnson czy Brook Lopez, a na ławce trenerskiej zasiadał Jason Kidd. Skończyło się jedną wygraną serią w fazie play-off i wielką katastrofą, którą odkręcił dopiero nowy menadżer Sean Marks.

Po latach Billy King – człowiek podejmujący wtedy na Brooklynie decyzje – przyznał, że wciąż żałuje tego transferu. Trudno mu się dziwić, bo dziś to jedna z najgorszych wymian, jakich dokonano w historii ligi. Tym bardziej że Celtics dzięki niej dodali sobie do składu Jaysona Tatuma i Jaylena Browna. Z kolei Pierce i Garnett nie odnaleźli się w Nowym Jorku. Obaj wiązali duże nadzieje z Williamsem, ale ten stracił formę. – Na tym gościu chcemy budować zespół? – pytał nawet ironicznie Pierce, który przed transferem uważał, że D-Will może nawet wejść na poziom MVP. Do tego doszły kontuzje, napięta atmosfera w sztabie trenerskim i fakt, że Andray Blatche ponoć kilka razy pojawił się na treningu pijany.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.