Wasyl jest dla nas jak Bóg. Nawet nie wiesz, jak za nim tęsknimy

Zobacz również:Weekend udanych debiutów. Nowe nabytki pokazały, co mogą wnieść do Premier League
Fot-Micha-Siejak.png
Fot. Michał Siejak

Można powiedzieć krótko: „Legenda, symbol niezłomności”. Można ze szczegółami: „Jest jednym z nas. Przed meczem z Club Brugge, którego nienawidzimy, specjalnie opuszczał getry, żeby wyeksponować tatuaż z herbem klubu”. Można pompatycznie: „Jest jakiś drugi polski piłkarz, który na trybunach zagranicznego klubu stał się bogiem?”.

Kibicom Anderlechtu brakuje słownika, by opisać, kim jest dla nich Marcin Wasilewski. Fani Leicester słów nie szukają, od razu zaczynają śpiewać o wielkim Polaku, który tak kiedyś przyładował z łokcia Harry’emu Kane’owi, że powstał z tego słynny kibicowski taniec. Siedzimy na rynku w Krakowie pod Hard Rock Cafe. 55 osób z Belgii i 18 z Anglii przyleciało do Polski, żeby spotkać się z piłkarzem Wisły Kraków. Podróżują za nim już któryś raz. Wielbią miłością bezwarunkową i nawet fakt, że ostatnio gra mało, nie jest w stanie ich powstrzymać.

Tylko futbol może generować takie sceny. Pascal, dwumetrowy kibic Anderlechtu, unosi nogawkę i pokazuje tatuaż z podobizną Wasilewskiego. Tim, organizator wyjazdu, na dzień dobry wręcza mi zapakowany w folię papier toaletowy z herbem Standardu Liege. – Jeśli będziesz chciał skorzystać, to śmiało – mówi.

Za chwilę wskazuje na 25-metrowy transparent z napisem „Wasyl Army”. Powstał tydzień temu, ale cały wyjazd planowany był już od pięciu miesięcy. – Zobacz, mamy tu nawet grupę na Facebooku, gdzie cały czas jesteśmy w kontakcie z Marcinem. Zaraz pokażę ci film, który dla nas nagrał – mówi Tim.

Fot-Micha-Siejak-2.png

POCIĄG DO MANCHESTERU

Pierwszego spotkania z „Wasylem” nie pamięta. Musiało to być w klubie nocnym Carré między Brukselą a Antwerpią. Tim pracuje tam jako menedżer. Opowiada o Francku Riberym, który „na bańce” rzucał w ludzi banknotami, o uroczej nieśmiałości Kevina de Bruyne, albo o piłkarzach Anderlechtu świętujących mistrzostwa, gdy jeszcze je zdobywali. Czasem dzwonią Eden Hazard i Dries Mertens, gdy potrzebują sali VIP. Tim z dumą pokazuje też fotki z Romelu Lukaku, Yourim Tielemansem i Jean-Claudem van Damem. Ale to wszystko nic. Najmocniej oczy świecą mu się, gdy mówi o Wasylu.

– Wiesz, co w nim najbardziej lubię? Że zachowuje się jakby był jednym z nas. Nie zakłada zbroi piłkarza – mówi Tim. – Byliśmy razem na festiwalu Tomorrowland. Innym razem dzwonię do niego, mówię: „Marcin, jedziemy na mecz do Manchesteru, Liga Europy”, a on: „Okej”. Wsiadł w pociąg z Leicester, żeby do nas przyjechać. Pamiętam tę scenę. Trzy tysiące fanów Anderlechtu na mieście, a on wysiada z taksówki pod pubem. Ludzie patrzą przez szyby. Zaczynają się zrywać. To był obłęd. Musieliśmy zmienić stolik i się schować, bo wszyscy robili sobie z nim zdjęcia – dodaje Tim.

– Kiedy do nas przychodził, nie był znanym piłkarzem – mówi Frederik, inny kibic Anderlechtu. – Niczego się po nim nie spodziewałem. Nikt go nie znał. Ale od razu było widać, że jest walczakiem. I że odda serce za drużynę. Po starciu z Witselem i makabrycznej kontuzji, wielu z moich kolegów płakało. Nienawidzimy Standardu, a ta sprawa jeszcze tylko to zaostrzyła. Wasyl jest dla nas symbolem tego, że w życiu możesz przetrwać nawet najgorsze chwile. Że musisz zacisnąć zęby. Nigdy się nie poddawać. Nie wiem czy jakiś inny piłkarz wróciłby po takiej kontuzji. Facet przeszedł przez piekło. Dlatego tak go kochamy – dodaje Frederik.

Fot-Micha-Siejak-3.png

– On pokochał Anderlecht, a my pokochaliśmy jego – mówi Tim. – Wytatuował sobie herb klubu na łydce. Był nawet taki mecz z Club Brugge, gdzie ściągnął getry, żeby jeszcze mocniej to wyeksponować. W przeszłości mieliśmy wielu wspaniałych zawodników: Zetterberga, Scifo, Kompany’ego. Ale Wasyl jest wyjątkowy. Nie jest technicznym piłkarzem, ale kupił nas tym, jakim jest człowiekiem. To pozytywny wariat. Kiedy przyjechał do nas do Manchesteru, bawił się razem z nami, a potem wrócił do Leicester i był pierwszy na treningu. W piłce masz coraz mniej zawodników z takim zacięciem i jajami. A on je ma. To jest gość, którego zawsze chcesz mieć po swojej stronie – dodaje.

ŁOKCIEM W ŁEB

Powoli dobija godzina trzynasta. Gwar i dźwięk kufli piwa staje się coraz bardziej intensywny. Dochodzą kolejne osoby. Tim co chwilę wysyła komuś lokalizację, głównie fanom Leicester, którzy przylecieli dopiero w sobotę. Peter, fan „Lisów” mówi wprost: „Wasyl connects people”. Stary slogan Nokii dobrze oddaje klimat wokół dwóch drużyn, które wcześniej nie miały wielkich przyjaźni.

Kiedy Anderlecht w 2013 roku przyleciał pierwszy raz do Wasilewskiego na mecz z Millwall, miejscowi nie wiedzieli, kto to. Najpierw wzięli ich za fanów rywala, a potem za ludzi z Polski. Skończyło się na tym, że cały stadion zgotował im aplauz, a gdy po meczu Wasyl podszedł do ich sektora, wideo z tego szaleństwa lotem błyskawicy obiegło zagraniczne media. Dzisiaj Leicester i Anderlecht, w dużej mierze dzięki Wasilewskiemu, mają ze sobą stały kontakt. Nawet tydzień temu dziesięciu Belgów poleciało na King Power Stadium obejrzeć mecz z Manchesterem City.

– Jego historia jest solą piłki – mówi Peter. – Facet przeżywa najgorsze chwile w życiu. Ludzie mówią, że po kontuzji może już nigdy nie grać. A on nie dość, że wraca, to jeszcze spełnia marzenia i idzie do Anglii, wywalcza awans do Premier League, a potem jeszcze ją wygrywa! To jest niewiarygodne. Najbardziej u Wasyla lubiłem te jego łokcie. Pierwszy obrazek, jaki mam w głowie z nim związany, to jak wali gościowi w łeb, pokazując, kto tu rządzi. Zobacz, do dziś w telefonie trzymam fotkę z momentem, w którym masakruje Kane’a. Chłop odleciał na dwa metry po starciu z Marcinem. Z tej okazji wymyśliliśmy nawet stadionowy taniec, w którym machamy łokciami – dodaje Peter, a stojący obok niego koledzy zaczynają śpiewać:

You put your big pole in, Your big pole out, In out, in out You shake it all about You do the Wasilewski and you turn around!

GOŚCINA U WASYLA

Około 14.00, godzinę przed meczem, przy Rynku pojawia się eskorta policji. Kibice Anderlechtu i Leicester mówią, że czują się w Krakowie bezpiecznie. Na wszelki wypadek nie noszą klubowych barw. Wszystko chcą mieć pod kontrolą.

– W logistyce wyjazdu bardzo duży udział miał Marcin – mówi Tim. – Pomagał nam ze wszystkim, dał kontakt do człowieka od security, kontaktował nas z Wisłą. Na koniec powiedział jeszcze, że nie wyobraża sobie, żebyśmy płacili za bilety. Że jesteśmy jego gośćmi i on to bierze na siebie – dodaje.

Jeden z fanów Leicester nie chce jechać z całą grupą. Pyta Michała Siejaka, operatora kamery w Canal+, czy może jechać z nami. Na oko ma 60-70 lat, skarży się na ból pleców. W samochodzie sporo rozmawiamy o Wasylu i o tym, jak bardzo jego charakter cenił trener Nigel Pearson. Powtarzają się te same zdania, co wcześniej: że zwycięska mentalność, że twardziel, że po prostu kibice chcą się z takimi ludźmi utożsamiać. Opowiada też anegdotę, którą wcześniej czytałem już w „The Athletic”. Mianowicie: kiedy pierwszy raz Wasyl przyjechał do Leicester na testy, Pearsona nie było w klubie, bo poszedł na rower. Kiedy wrócił, powiedział do Steve’a Walsha, szefa rekrutacji angielskiego klubu.

– Gdzie ten Wasyl? – Trenuje od piętnastu minut z ekipą. – Dobra, nie wygłupiajmy się. Dajmy mu kontrakt.

Gadamy tak jeszcze 20 minut. Dopiero po zakończeniu meczu okaże się, że kibic, którego podwozimy, to syn Normana Plummera, kapitana Leicester w latach 50. i oficera Royal Air Force w trakcie II Wojny Światowej. Czasami najlepsze historie naprawdę są na wyciągnięcie dłoni. Plummer był pierwszym piłkarzem Leicester, którego noga stanęła na Wembley. Wyprowadzał drużynę w finale FA CUP. Mecz oglądało sto tysięcy ludzi, a „Lisy” przegrał z Wolves 1:3.

– Powiedziałem dzisiaj taksówkarzowi, że przyleciałem z Leicester. Od razu zagadał mnie o Wasilewskiego. Nie mógł uwierzyć, że zorganizowaliśmy wyjazd specjalnie dla niego. Pokazałem mu nawet wideo od Marcina. Był tak zszokowany, że zamiast przestać patrzeć na drogę, to gapił się w telefon – śmieje się Plummer Junior.

Fot-Tim-de-Pril.jpg

STATUS BOGA

Pół godziny przed meczem wielki transparent „Wasyl Army” wisi już pod trybuną. Plummer zachwycony jest atmosferą, chociaż mówi, że pierwszy raz jest na polskim stadionie i jest to zupełnie inny sposób kibicowania. – U nas, kiedy tracisz gola, to kibice zaczynają dawać ci dodatkowy zastrzyk energii. Trybuny żyją wraz z meczem. Tutaj jest świetny doping, ale bardzo jednostajny. Zaskoczyło mnie to – mówi. Wisła prowadzi 2:1, ale w 96. minucie dośrodkowanie Furmana na gola zamienia Uryga. Mecz kończy się remisem. Wasyl ostatecznie nie wstaje z ławki rezerwowych.

– Gdyby grał i gdyby był przy tym dośrodkowaniu, na pewno by tej głowy nie przegrał – mówi Peter, fan Leicester. Kiedy pół godziny później stadion pustoszeje, na trybunach zostają tylko panie sprzątające i oni. Kibice, którzy 1300 kilometrów przylecieli, by skandować głośne „Wasyl, Wasyl!”.

Jest w tych obrazkach coś niezwykłego. Wasilewski wraz z kilkunastoma piłkarzami zostaje na 45-minutowy trening wyrównawczy, a oni czekają i bawią się w najlepsze. „Axel Witsel is a fucking asshole!” – niesie się po pustym obiekcie. Od razu po skończonej sesji, Wasilewski podchodzi do grupy i wręcza koszulkę Wisły ze swoim nazwiskiem. Seria selfie, autografów i innych uścisków nie ma końca. Minęła 18:30, jest półtorej godziny po meczu, a oni ciągle siedzą z Wasylem.

Frederik: – Nawet nie wiesz, jak my za nim tęsknimy. Dzisiaj Anderlecht jest na 8. miejscu w tabeli. W zespole jest mnóstwo młodych, brakuje wyrazistych postaci, z którymi możesz się utożsamiać. Wasyl był unikatem. Do dziś w Anderlechcie jest szafka z jego imieniem i nazwiskiem.

Tim: – Nie jestem pewny, ale chyba nawet w siłowni klubowej jest wielka ściana z jego podobizną i hasłem motywacyjnym skierowanym do tych, którzy wracają do zdrowia. On daje ludziom nadzieję! W czerwcu skończy 40 lat. Być może to jego ostatni sezon w piłce, więc jesteśmy tu po to, by powiedzieć mu „Dzięki!”. Chciałbym go kiedyś zobaczyć w Anderlechcie jako trenera. Chciałbym, żeby do nas wrócił, nieważne w jakiej roli. On ciągle jest w naszych sercach! Jest jakiś drugi polski piłkarz, który na trybunach zagranicznego klubu stał się bogiem?

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.