W poszukiwaniu dobrej formy. Zawodnicy NBA, którzy notują największy zjazd w tym sezonie

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Jayson Tatum
Fot. Sarah Stier/Getty Images

Nie dla wszystkich nowy sezon NBA zaczął się zgodnie z oczekiwaniami. Część zawodników formę gdzieś zgubiła i wciąż jej szuka. Są w tym gronie także największe gwiazdy ligi, jak chociażby Damian Lillard. Kto jeszcze daje kibicom powody do zmartwień?

Zmiana przepisów, nowa piłka, chwilowa obniżka formy. Źródeł słabej gry można upatrywać w wielu czynnikach. Poza tym kilka niezbyt dobrych meczów zawsze może się zdarzyć. Gdy jednak dochodzimy do 1/5 sezonu, a dyspozycja jak był przeciętna, tak taka pozostaje, to fani poszczególnych drużyn mają już raczej uzasadnione argumenty do obaw.

Oni w trwającym sezonie NBA notują jak na razie największy zjazd formy (stan statystyk na 16.11.2021).

1
JAYSON TATUM (Boston Celtics)
Boston Celtics - Jayson Tatum
Fot. Maddie Malhotra/Getty Images

Było: 26.4 PPG, 7.4 RPG, 4.3 APG, 45.9 FG%, 38.6 3P% (35.8 MPG)

Jest: 23.5 PPG, 8.4 RPG, 3.4 APG, 38.6 FG%, 31.6 3P% (37.3 MPG)

Bostońska defensywa radzi sobie ostatnio coraz lepiej, ale atak nadal kuleje. Z jednej strony to brak Jaylena Browna, który przed kontuzją był najlepszym strzelcem zespołu, a z drugiej fatalna dyspozycja Jaysona Tatuma. Dobre mecze skrzydłowego w tym sezonie można policzyć na palcach jednej ręki. Ledwie kilka miesięcy temu ten sam Tatum zachwycał nas tym, z jaką łatwością potrafił zdobywać 50 czy nawet 60 punktów. Teraz nie ma w lidze zawodnika, który oddawałby tak dużo rzutów i jednocześnie był przy tym tak nieskuteczny.

Tymczasem ofensywa Celtów jest w dużej mierze zależna od Tatuma, który oddaje przecież średnio ponad 20 rzutów na mecz. Jeśli trafia, jest całkiem w porządku. Jeśli nie – wszystko idzie jak po grudzie. Tatum tymczasem tak takiego dołka jeszcze w karierze nie miał. Tak zza łuku czy przy obręczy notuje najgorszą jak dotychczas skuteczność. Na dodatek fatalnie spisuje się w końcówkach spotkań, co do niego niepodobne, a co utrudnia życie mocno polegającym na nim Celtom. On wciąż zbyt mocno polega z kolei na grze izolacyjnej.

Kolejne nietrafione rzuty potęgują jednak tylko jego frustrację, a tę coraz częściej widać w jego mowie ciała. Latem przybrał nieco na wadze, wziął też udział w turnieju olimpijskim, a teraz próbuje odnaleźć się u nowego trenera Celtics. Być może zaraz wybudzi się z letargu, ale bostońscy fani to samo myśleli po pierwszych meczach sezonu. Rozwiązaniem problemów może być korekta profilu rzutów: mniej półdystansu, więcej gry pod koszem i akcji pick-and-roll z piłką w ręku, bo to tu JT w zeszłym sezonie był zabójczy.

2
DE'AARON FOX (Sacramento Kings)
De'Aaron Fox
Fot. Steph Chambers/Getty Images

Było: 25.2 PPG, 7.2 APG, 47.7 FG%, 32.2 3P% (35.1 MPG)

Jest: 19.8 PPG, 6.3 APG, 41.1 FG%, 23.1 3P% (35.3 MPG)

Coraz trudniej szukać nadziei w Sacramento. Na gorącym krześle znalazł się Luke Walton – i aż dziwne, że dopiero teraz. Szczególnie że Kings w przeszłości bez żalu żegnali się z takimi trenerami jak Dave Joerger czy Michael Malone, którzy po odejściu z Sac-Town radzili sobie całkiem nieźle. Nie pomaga fakt, że bardzo słabo rozpoczął ten sezon lider zespołu, czyli właśnie De’Aaron Fox. Rok temu bliski był poziomu all-star, dzięki czemu oferta maksymalnego kontraktu nie wyglądała wcale tak źle.

Tym razem Fox do tego poziomu nawet się nie zbliża. Wciąż brakuje pewniejszego rzutu, który hamuje jego dalsze postępy. Nawet na linii rzutów wolnych nie ma takiej poprawy, jakiej życzyliby sobie fani Kings. Dodajmy do tego fakt, że w zespole coraz mocniej chcą stawiać na rewelacyjnego drugoroczniaka Tyrese Halliburtona, a to oznacza częstsze zabieranie piłki z rąk Foxa. Efekty tego na razie nie są zbyt dobre, bo 23-latek w grze bez piłki nadal nie jest zbyt efektywny.

Po pierwszych tygodniach sezonu to więc zaskakująco Harrison Barnes jest najlepszym graczem Kings. Niczego mu nie ujmując – nie jest to recepta na sukces. Królowie nie zagrali w fazie play-off od 2006 roku i po tak słabym starcie (pięć wygranych w 13 meczach) raczej trudno oczekiwać, że to się w najbliższym czasie zmieni. Foxa stać na dużo lepszą grę, co udowodnił w poprzednich sezonach, choć skoro Kings płacą mu jak wielkiej gwieździe, to wypadałoby oczekiwać nie tyle powrotu do formy, co skoku na wyższe piętro.

3
DUNCAN ROBINSON (Miami Heat)
Miami Heat - Duncan Robinson
Fot. Mike Stobe/Getty Images

Było: 13.1 PPG, 3.5 RPG, 43.9 FG%, 40.8 3P% (31.4 MPG)

Jest: 11.6 PPG, 4.3 RPG, 36.8 FG%, 34.1 3P% (30.0 MPG)

Zdecydowanie nie tego oczekiwali w Miami, gdy Duncan Robinson latem podpisał rekordowy kontrakt dla gracza, który nie został wybrany w drafcie. 27-latek w ostatnich sezonach bez kompleksów wszedł do grona najlepszych strzelców w lidze. To zresztą właśnie te trójki zapewniły mu ogromne pieniądze i sławę, lecz w trwających rozgrywkach Robinson skuteczności długo nie mógł znaleźć. Teraz ma wreszcie dwa kolejne dobre mecze, w których trafił łącznie 11 z 23 oddanych rzutów za trzy. Wcześniej? Ledwie 34 z 109.

To dobry sygnał dla Heat, bo Erik Spoelstra bliski był już stopniowego ograniczania minut najlepszego strzelca zespołu. Robinson jako minusowy defensor musi trafiać, aby uzasadnić swoją obecność na parkiecie. Bez tego ciężko mu pozytywnie wpływać na przebieg spotkania, a przy kontrakcie rzędu 16 milionów rocznie Heat nie mogą sobie pozwolić na to, by przyspawać go do ławki rezerwowych. Wręcz przeciwnie: potrzebują jego skutecznych trójek, aby łatwiej w ataku mieli Jimmy Butler czy Kyle Lowry.

Dużo lepiej Robinson wypadał więc jak dotychczas w kolejnych odcinkach swojego podcastu „The Long Shot”. Wiele osób zarzucało nawet zawodnikowi, że zbyt mocno skupia się na produkcji odcinków, zamiast na szukaniu lepszej formy. Zawodnik Heat takimi komentarzami się jednak nie przejmuje, choć przyznał, że miewał ostatnio gorsze momenty. – Jestem tylko człowiekiem, ale w głębi duszy wiem, że jeśli będę po prostu szedł dalej, to wszystko wróci wreszcie do normy – stwierdził 27-latek. I on powoli z dołka chyba rzeczywiście wychodzi.

4
MICHAEL PORTER JR. (Denver Nuggets)
Michael Porter Jr.
Fot. Matthew Stockman/Getty Images

Było: 19.0 PPG, 7.3 RPG, 54.2 FG%, 44.5 3P% (31.3 MPG)

Jest: 9.9 PPG, 6.6 RPG, 35.9 FG%, 20.8 3P% (29.4 MPG)

MPJ dostałem latem od Nuggets sporo milionów w przedłużeniu kontraktu, choć duża część uzależniona jest od różnego rodzaju warunków, jakie skrzydłowy musi spełnić w kolejnych sezonach. Jeśli je spełni – on będzie zadowolony i Nuggets również, bo wśród warunków jest m.in. udział w Meczu Gwiazd, statuetka MVP czy mistrzostwo NBA. 23-latek musi zresztą w najbliższych latach tylko raz zostać wybranym do All-Star Game, by zagwarantować sobie aż 17 z ponad 39 milionów dolarów, jakie może zarobić w sezonie 2026/27.

Wielu fanów po cichu liczyło, że Porter Jr. ten warunek spełni już w trwających rozgrywkach. Tym bardziej że po kontuzji Jamala Murraya w poprzednim sezonie to właśnie MPJ był najczęściej drugim najlepszym graczem Nuggets obok Nikoli Jokicia. Na kolejny poziom miał go wywindować lepszy kozioł, lecz 23-letni zawodnik na razie jest cieniem samego siebie. Na domiar złego wróciły problemy z plecami, przez które spadł w drafcie 2018 do 14. wyboru i opuścił cały debiutancki sezon w Denver.

Jak się zresztą okazało, ból pleców dokuczał skrzydłowemu od początku tego sezonu, co mogłoby wyjaśniać słabszą postawę i fatalną jak na niego skuteczność (przez dwa poprzednie sezony trafił znakomite 44 procent z 529 trójek, podczas gdy w dziewięciu meczach tego zaledwie 20 procent z 48 prób). Mimo wszystko Nuggets pomimo jego problemów i wciąż trwającej absencji Murraya radzą sobie całkiem nieźle. Największa w tym zasługa MVP z poprzedniego sezonu, który mocno zgłasza się w ten sposób po drugą z rzędu nagrodę.

5
DAMIAN LILLARD (Portland TrailBlazers)
Damian Lillard
Fot. Steph Chambers/Getty Images

Było: 28.8 PPG, 7.5 APG, 45.1 FG%, 39.1 3P% (35.8 MPG)

Jest: 20.3 PPG, 8.1 APG, 38.7 FG%, 27.9 3P% (35.4 MPG)

Przez lata sprawiał, że trudne wydawało się łatwe. Damian Lillard oddał w karierze sporo „złych” rzutów, jak to kiedyś określił Paul George, ale też trafił większość z nich i w ten sposób stał się jednym z najlepszych zawodników w całej lidze. Nic więc dziwnego, że gdy Dame przestał trafiać, to jak jeden z najlepszych już nie wygląda. On sam po części zrzuca to na sędziowanie, a na pewno potrzeba też czasu, by mógł odnaleźć się pod rządami nowego trenera. Wszak przez całą swoją dotychczasową karierę grał dla Terry’ego Stottsa.

Znaczenie ma też kontuzja dolnej części jamy brzusznej, z którą Lillard zmaga się od lat. Uraz doskwierał mu ponoć już w trakcie tegorocznych igrzysk olimpijskich, z których 31-latek wrócił co prawda ze złotym medalem, lecz indywidualnie wypadł przeciętnie. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych problemy nie ustały, a w trwających rozgrywkach obrońca Blazers kilka razy narzekał już na kontuzję. Jak do tej pory opuścił jednak tylko jedno spotkanie, które ekipa z Portland przegrała różnicą aż 29 punktów.

Dodajmy do tego wszystkiego zamieszanie z jego przyszłością w Portland, bo przecież latem sporo mówiło się o jego ewentualnym odejściu. Ostatecznie rozgrywający został – ponoć za radą samego LeBrona Jamesa, z którym Dame się w tej sprawie konsultował. Efektem jest jednak najgorszy od lat sezon Lillarda zarówno pod względem średniej punktów, jak i skuteczności. Trudno jest mu się na razie odnaleźć w nowych realiach, co przekłada się również na kłopoty Trail Blazers i ich słaby bilans.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.