Verbić: Wydarzenia z Ukrainy na zawsze będą częścią mnie. Od tego nie da się odciąć (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Benjamin Verbić
Foto. Sasa Pahic Szabo / Sportida via Pressfocus

„Po tym, co zrobił dla mnie Tomek Kędziora, mogę go nazywać bratem. Od razu powiedział: nie zostawię cię w Ukrainie, wrócisz razem ze mną, wyciągnę cię. Czekaliśmy na sygnał od polskiego ministerstwa. Ruszyliśmy bocznymi drogami, gdzie co 2-3 kilometry zatrzymywali nas ludzie z bronią i sprawdzali paszporty. Musieliśmy wyłączyć lokalizację oraz internet w telefonach, aby nie budzić podejrzeń. Podróż z Kijowa do granicy trwała 24 godziny, szczególnie męcząca była dla mojej dziewczyny, która cały czas musiała trzymać synka na rękach” – opowiada ze szczegółami Benjamin Verbič wypożyczony do Legii Warszawa z Dynama Kijów do końca sezonu. Jak sam mówi: ten transfer to w 90 procentach argumenty sportowe, a w 10 procentach wdzięczność dla narodu polskiego.

Ze słoweńskim skrzydłowym spotkaliśmy się w kilkuosobowej grupie dziennikarzy. Notował: Dominik Piechota

Ostatnie dni były bardzo intensywne, a sprawy potoczyły się niezwykle szybko. Jak przyjęła cię Polska?

Benjamin Verbič: Sama podróż z Ukrainy do Polski była dość trudnym doświadczeniem. Ale pierwsze wrażenia z klubu i miasta są pozytywne. Drużyna przyjęła mnie świetnie, chociaż na razie brałem udział w dwóch treningach. Obiekty mają wszystko, czego potrzebujesz do gry w piłkę na wysokim poziomie. Zawsze miałem dobre skojarzenia z Polską. Grałem tu z reprezentacją Słowenii, a trzy lata temu przyjechałem do Poznania na konsultacje kostki. Tomek Kędziora miał tutaj specjalistę i wysłał mnie na kilka dni do Rehasportu.

Od dawna łączą was bliskie relacje z Tomkiem.

Dzisiaj, po tym wszystkim co dla mnie zrobił, mogę go nazwać bratem, a nie tylko kumplem. Powiedział: nie zostawię cię w Ukrainie, wrócisz razem ze mną i wyciągnę cię. Niesamowicie mi pomógł, tak samo jak polskie ministerstwo, za co jestem bardzo wdzięczny. Tomek akurat niespecjalnie się cieszył, że podpisałem kontrakt z Legią, ale życzył mi powodzenia.

Jesteś bardzo zaangażowany w pomoc Ukrainie. Kupujesz lekarstwa, rzeczy pierwszej potrzeby, nawet sprzęt dla ukraińskiej armii, bo przekazałeś choćby drona.

Chcę jak najbardziej pomagać. Moja dziewczyna jest Ukrainką, jej rodzice nadal są w Ukrainie, rodzina tak samo. Kupiłem trochę potrzebnych rzeczy: kamizelki kuloodporne, właśnie drona, potrzebny sprzęt medyczny. Wszystko udało się przetransportować i dzięki Bogu dotarło na miejsce. Każda forma pomocy jest potrzebna, dlatego też cieszy mnie zaangażowanie Legii. Cała praca fundacji Legii, to wszystko co dzieje się wokół stadionu, piłkarze zanoszący sprzęt potrzebującym.

Jak dokładnie ze szczegółami wyglądała twoja ucieczka z Ukrainy?

To była długa i szalona podróż. Jechaliśmy bocznymi drogami, napotykaliśmy barykady, co 2-3 kilometry stała straż z bronią i sprawdzała nasze paszporty czy auto. Szczególnie męcząca musiała być dla mojej dziewczyny, bo cały czas musiała trzymać dziecko na rękach. Samochód był wypełniony. Na szczęście zrobiliśmy to, jesteśmy cali i zdrowi. Mieliśmy jeden postój we Lwowie, gdzie czekaliśmy na ludzi z polskiej ambasady, ale cała podróż do granicy trwała 24 godziny.

A jak wyglądały ostatnie dni przed wyjazdem?

Ostatnie trzy dni były najgorsze, pewnie najgorsze w życiu. Byłem przestraszony, w tym samym momencie miałem jednak w głowie, że muszę się zaopiekować synkiem i dziewczyną. Że muszę zorganizować transport i zabrać ich do bezpiecznego miejsca. To była masa emocji. Zwłaszcza na początku nie wiedzieliśmy, jak się zachować. Od razu spakowaliśmy samochód i czekaliśmy na właściwy czas, aby uciekać. Nie mieliśmy pojęcia, co może czekać na drodze, więc czekaliśmy na sygnał. Na przykład część stacji była zamknięta, a jedna osoba mogła nalać maksymalnie 20 litrów paliwa. Czasem prosiłem, aby dali nam trochę więcej. Kiedy zaczęły się wybuchy, byliśmy w apartamencie, ale później z Kędziorą, Denysem Harmaszem i rodzinami przenieśliśmy się do ośrodka Dynama. Po 10 dniach wszyscy byli tam skoszarowani. Tam mieliśmy być bezpieczniejsi, chociaż większość czasu spędziliśmy pod ziemią. Kendi był w kontakcie z premierem Morawieckim i dał mi sygnał, że to jeden z ostatnich momentów, aby wyjechać z Kijowa. Przyjechali po nas ludzie z innego miasta, abyśmy jechali między nimi i aby pomogli nas wywieźć. Musieliśmy wyłączyć lokalizację oraz internet w telefonach, aby nie budzić podejrzeń. I tak ruszyliśmy własnymi samochodami do ucieczki.

Wyobrażasz sobie teraz powrót do Ukrainy?

Mam nadzieję, że będę mógł wrócić. Że sytuacja zakończy się najszybciej, jak to możliwe, a Dynamo będzie mogło normalnie funkcjonować. Jest mi bardzo przykro z powodu ludzi, którzy zostali w Ukrainie i myślami jestem cały czas z nimi. Wiszę na telefonie z kolegami z Dynama, oni na szczęście są w tej zachodniej części kraju. Mam nadzieję, że ten koszmar się skończy.

Kiedy Legia zadzwoniła do ciebie po raz pierwszy?

Jeszcze przed wojną, trzy dni przed pierwszymi atakami na cały kraj. Pytała o wypożyczenie, poszedłem porozmawiać z trenerem Mirceą Lucescu, ale on odpowiedział, że cały czas na mnie liczy. Dlatego chciałem zostać.

Tomek Kędziora nie namawiał cię na Lecha?

Nie, ale mówił, że nie ma takiej opcji, abym poszedł do Legii. Że tylko Lech wchodzi w grę. Żartował, ale rozmawialiśmy trochę o polskiej piłce. Tłumaczył, że drużynie nie szło w tym sezonie i rzeczywiście sprawdzenie tabeli było bardzo dziwnym uczuciem. Przewijasz, widzisz Legię tak nisko i trudno to zrozumieć. Przecież w ostatnich 6 latach 5 razy kończyła jako mistrz. Gdy pierwszy raz zobaczyłem tabelę, była na 17. miejscu. To wywołało szok.

Więc dlaczego Legia?

Telefonów było mnóstwo, ale zasada wprowadzona przez FIFA pozwalała nam przenieść się do innego miejsca tylko na trzy miesiące. Inni chcieli mnie kupić, proponowali długie kontrakty, a to nawet nie było dozwolone. Nasze umowy zostały zamrożone i mieliśmy specjalną możliwość przeniesienia się do innego miejsca krótkoterminowo. To już chyba kwestia prezydenta każdego klubu, jak wyglądają płatności – nie mam na ten temat specjalnej wiedzy. Wybrałem Legię, bo w tych konkretnych rozmowach była najkonkretniejsza i najbardziej poważna. Nadal może wygrać Puchar Polski, bo zawsze o to walczy. Chce też skończyć jak najwyżej w lidze i chcę w tym pomóc.

To chwilowy krok?

Zobaczymy. Nie mogę dzisiaj nic powiedzieć, nie wiemy, jak będzie wyglądał świat. Może spodoba mi się na tyle, że będę tu chciał zostać na dziesięć lat. Kto wie. Na pewno nie lubię częstych zmian i wolę stabilizację. Na razie jestem wypożyczony i mam kontrakt z Dynamem. Moja dziewczyna jest z Ukrainy, mam tam bliskich, mój syn również jest Ukraińcem, więc to sentymenty. Przekonamy się, bo nigdy nie wiesz, co przyniesie ci piłka. Dzisiaj rodzina jest ze mną w Warszawie, a to też nie było przed chwilą takie oczywiste.

A jak podobała ci się atmosfera na meczu z Termaliką?

Wiedziałem, że Legia ma świetnych, szalonych kibiców. Dopingowali drużynę i śpiewali non stop, nie zatrzymywali się nawet na sekundę. Atmosfera na stadionie robiła wrażenie, bo kibice są z drużyną nawet w tym okresie, kiedy nie idzie jej najlepiej. W Słowenii wszyscy wiedzą, że Legia to największy klub w kraju, więc też wiedziałem, czego się spodziewać. Ma najwięcej tytułów w Polsce. Razem z menedżerem uznaliśmy, że to najlepsze rozwiązanie.

To była czysto piłkarska decyzja czy pomoc ze strony polskiego rządu i federacji też na ciebie wpłynęła?

Trudno teraz wyzbyć się jakichkolwiek emocji. Byłem w dużym szoku. Przez tydzień dochodziłem do siebie w domu, byłem rozemocjonowany, nie chciałem nawet słuchać o piłce. Ale przyszła chwila refleksji, że nie mogę tylko siedzieć bezczynnie w domu i mielić dalej myśli. Zacząłem trenować dla samego siebie, dla utrzymania formy, później zaczęliśmy normalnie rozmawiać z moim agentem. Powiedziałbym, że decyzja o przejściu do Legii była w 90 procentach podyktowana aspektem sportowym. Może jakieś 10 procent to chęć podziękowania za to, co otrzymałem od polskiego kraju, ale decydowała przede wszystkim piłka.

Będziesz gotowy do gry na kwiecień?

To trener decyduje, kto gra i kiedy zadebiutuję. Ja jestem zdrowy, nie mam żadnych problemów, trenowałem ostatnio. Pewnie, że ta przerwa była destabilizująca i muszę wrócić do właściwego rytmu, ale na pewno mecze w reprezentacji Słowenii mi pomogą. Jedziemy grać dwa mecze w Katarze u gospodarzy mundialu, więc to na pewno będzie intensywny czas. Ostatnio grałem w połowie lutego, później byłem lekko chory, wróciliśmy trenować do Kijowa i zaczęła się wojna.

Jakie wrażenia wywarli na tobie nowi piłkarze?

Josue technicznym jest niesamowitym piłkarzem. Dostaje piłkę i masz poczucie, że nie może jej stracić. Ale też inni jak obrońca Wieteska czy napastnik Pekhart, który zdobył dwie ważne bramki. Dopiero ich poznaję. Tym bardziej trudno uwierzyć, w jakiej sytuacji znalazła się Legia. Widziałem zawody z Termaliką i cały czas dominowaliśmy. Największy klub w kraju powinien tak rozgrywać i wygrywać każde spotkanie.

W jakim systemie czujesz się najlepiej?

Lubię ten, w którym gramy, czyli 4-2-3-1. Najlepiej czuję się na lewym skrzydle, ale w Dynamie Kijów sporo też grałem jako napastnik.

Czekasz na mecz przeciwko Tomkowi Kędziorze na początku kwietnia?

Jeśli podpisze kontrakt z Lechem? Byłoby bardzo zabawnie, gdyby do tego doszło. Moglibyśmy znowu grać bezpośrednio na siebie, tak samo jak w meczach kadry między Słowenią a Polską. To wyjątkowe uczucie rywalizować z nim. To świetny przyjaciel, ale nawet podczas treningu widać, że nie ma dla niego znaczenia, czy się lubimy, czy nie lubimy. Jest bardzo skoncentrowany na celu. Ale gdyby doszło do tej rywalizacji, będzie trochę trashtalkingu. Jak zawsze między nami. Żartujemy cały czas. Tak samo było, gdy wygraliśmy 2:0 z Polską. W rewanżu w Warszawie jednak przegraliśmy 2:3. Ale nie ma co gadać o rywalizacji z Kendim, bo może podpisze kontrakt z innym klubem. Nigdy nie wiesz.

Widać, że akurat wiesz coś więcej.

Wiem, ale nie mogę wam powiedzieć.

Od razu się tak dobrze dogadaliście?

Tak, znacznie wcześniej, od samego początku. Bardzo mi pomógł. On jako pierwszy nauczył się języka. Później pomagał mi w nauce, dzisiaj rozumiem ukraiński, a potrafię mówić po rosyjsku. Spotykaliśmy się poza treningami i od razu nadawaliśmy na tych samych falach. Obaj mamy partnerki z Ukrainy. Wiele nas łączy.

Jest kilka języków, w których jesteś w stanie się porozumiewać.

Rosyjski, angielski, serbski, słoweński, przekleństwa po polsku. Cześć, siema, może jeszcze takie. Nauka języków raczej sprawiała mi łatwość. Nigdy nie potrzebowałem nauczycieli, łapałem to w praktyce. Tutaj z polskim może być trochę trudniej, bo ludzie w Warszawie zbyt dobrze mówią po angielsku. W Dynamie wszyscy mieliśmy tłumaczy na samym początku, ale musieliśmy się nauczyć komunikować.

Pochodzisz również z bardzo sportowej rodziny.

Moja dalsza rodzina, ale to nie jest nawet kuzyn, może się pochwalić medalami olimpijskimi w judo. To duże sukcesy, ale tak samo tata grał w piłkę, chociaż nie na tym najwyższym, profesjonalnym poziomie. Mój brat tak samo. Wszyscy mieliśmy futbol w głowie.

Jak porównujesz funkcjonowanie w Legii i Dynamie?

W obu tych miejscach masz wszystko, czego potrzebuje piłkarz. Organizacja jest na najwyższym poziomie. Zaskoczyło mnie, jak dużo osób pracuje w sztabie medialnym Legii i jak wiele się dzieje pod tym względem. Mam wrażenie, że poznałem piętnaście osób przy samym zaprezentowaniu mnie w klubie. To na pewno jest wysoki, europejski poziom organizacji.

A jak zestawiasz kibiców?

W Kijowie mieliśmy mały problem, bo nasi ultrasi nie mieli po drodze z trenerem. Ale wcześniej bardzo nas wspierali i to było odczuwalne. Stadion jest gigantyczny, więc też trudniej o taką atmosferę. Na europejskich pucharach czy meczach z Szachtarem czułeś wspaniałą atmosferę, ale na zwykłych, ligowych meczach dało się odczuć różnicę.

Układała ci się współpraca z trenerem Mirceą Lucescu? To 76-letnia legenda trenerska, ale nie zawsze u niego grałeś.

Mam bardzo pozytywną opinię o nim. To jest trener przez wielkie T i można to odczuć od pierwszego spotkania. Rozmawiasz z nim i czujesz klasę. Rozumiesz, dlaczego wygrał tak wiele tytułów. Jego wpływ na drużynę był natychmiastowy. Odmienił ludzi, których miał w kadrze. Zdobył mistrzostwo, wygrał puchar, rozwinął piłkarzy, zagraliśmy w Champions League. Kiedy przyszedł, ja akurat byłem kontuzjowany. Później też miałem sporo problemów ze zdrowiem. Nie grałem tyle, ile chciałem. Nie byłem zadowolony, kiedy siadałem na ławce, ale wiedziałem, że wracając, muszę akceptować hierarchię. Skoro innym szło, nie mógł tego zmieniać. Rozmawiałem o tym z trenerem wielokrotnie. Chciałem grać więcej, ale nasza relacja jest bardzo dobra i zdrowa. Szanujemy się wzajemnie. Konkurencja na mojej pozycji też była spora, ale wiele sprowadzało się do mojego zdrowia. Kiedy byłem gotowy, grałem. Ale z trenerem Lucescu jestem w stałym kontakcie. Rozmawiałem z nim o transferze do Legii. Cieszył się, że będę mógł dalej grać. Tak samo ma nadzieję, że sytuacja jak najszybciej wróci do normalności.

Tomek Kędziora naprawdę musi cię lubić, bo pod względem stylu gry opisywał się w mediach jako Arjena Robbena.

Ja nie mógłbym się tak opisać, nie jak Robben, to po pierwsze. On poza tym grał po prawej stronie i schodził do lewej nogi. Ja wolę lewą stronę, aby poszukać zejścia do środka i uderzenia. Arjen był jednym z najlepszych skrzydłowych na świecie. Tu nie ma co porównywać. Ale jak mówimy o samych lewonożnych wzorach, to moim idolem zawsze był Leo Messi.

Czego nauczyły cię minuty zbierane w ostatnich miesiącach w Lidze Mistrzów?

Grałem z Barceloną czy Benfiką. Bardzo silnymi drużynami, które cały czas są w grze w pucharach. Kiedy schodziliśmy z murawy, mieliśmy poczucie, że mogliśmy wywalczyć więcej w tych meczach i że zasługiwaliśmy na nieco więcej. Nauczyliśmy się, że potrzebujemy jeszcze więcej tego doświadczenia w Champions League, aby przetrwać takie spotkania. To ma ogromne znaczenie, aby zdobywać więcej punktów. Barcelona dwukrotnie z nami wygrała po 1:0, ale w mojej opinii zadecydowało właśnie ich doświadczenie. Nawet jeśli nie grali zbyt dobrze, nie byli w formie, udawało im się to osiągnąć. Ale obserwowaliśmy wcześniej z bliska, co robi Leo Messi. Spaceruje przez pięć minut, żeby zaraz posłać niewiarygodne podanie, które minie dziesięciu piłkarzy. Albo przedrybluje ich i strzeli.

Gdybyś miał podać swój najlepszy mecz jako wizytówkę w CV, jaki byś wskazał?

Wydaje mi się, że w drużynie narodowej, bo to specjalne emocje. Gdy pokonaliśmy 3:2 Izrael, a ja zdobyłem dwie bramki, w tym jedną na wagę zwycięstwa w 90. minucie. To przychodzi mi do głowy na ten moment. Wtedy byliśmy w gazie. Pokonaliśmy Polskę, trzy dni później Izrael. W Słowenii zapanowała euforia, że możemy powalczyć o Euro. Ale spieprzyliśmy to miesiąc później.

Wracając jeszcze do wydarzeń z Ukrainy, byliście w centrum sytuacji, ale można odnieść wrażenie, że wszystkich to zaskoczyło. Ludzie prędzej spodziewali się jakichś działań w Doniecku czy Ługańsku, ale nie inwazji na cały kraj.

Wszyscy tak myśleli. Kiedy rozmawiałem z prezydentem Dynama czy z ukraińskimi piłkarzami, wszyscy powtarzali, że nic nie powinno się wydarzyć w Kijowie. I nagle obudziliśmy się pewnej nocy, słysząc wycie syren, wybuchy i eksplozje.

Co do samych Rosjan…

Nie chciałbym za dużo rozmawiać o samej polityce. Mnóstwo słoweńskich dziennikarzy również mnie o to pytało, ale wolę nie odpowiadać na takie pytania. Oczywiście, że to wina Rosjan i pewnie 90 procent ludzi również tak to postrzega. Kiedy bombardujesz cywili, szpitale, atakujesz zwykłych ludzi, przekroczyłeś pewną nieodwracalną granicę. Nie ma drogi powrotnej. Twoja wina jest niepodważalna.

Zgadzasz się z decyzją polskiej federacji, aby nie grać z Rosjanami? Zanim jeszcze FIFA została przymuszona do takich działań.

To decyzja polskich piłkarzy i nie wiem, jak zachowałbym się w tej konkretnej sytuacji, ale wydaje mi się, że zrobiłbym dokładnie to samo. Chłopaki myśleli również o Tomku Kędziorze. Myślę, że Słowenia postąpiłaby identycznie, ja tak samo, gdybyśmy to my mieli zagrać ten rewanż. Teraz nawet nasi politycy polecieli we wspólnej sprawie do Kijowa. Ja jestem totalnie przeciwny wojnie, agresji. Byłem na protestach w Ljubljanie. Cała Słowenia jest temu przeciwna.

Ambasador Polski w Kijowie, Bartosz Cichocki, powiedział takie zdanie, że bardziej martwi się o weekendowy rezultat Legii, niż swoje bezpieczeństwo w stolicy kraju. On pomagał ci w ewakuacji?

Rozmawiałem z dwoma urzędnikami z ambasady we Lwowie, więc wydaje mi się, że nie. Czekali na nas z kilkoma samochodami, aż przyjedziemy z Kendim.

Jesteś w kontakcie z ludźmi z Dynama w tej trudnej sytuacji?

Cały czas. Jestem ich piłkarzem i mam wrócić do klubu, ale też martwię się o wszystkich. Ostatnio rozmawiałem 3-4 razy z prezydentem klubu. Jestem cały czas na łączach z kolegami z zespołu, interesuję się tym, co się u nich dzieje. Są wszyscy razem, próbują trenować, robić coś. Nie mają najlepszych warunków, takich jak zwykle, ale najważniejsze, że wszyscy są w jednym miejscu. Wywieźli swoje rodziny poza granice i pozostali do dyspozycji klubu. Trudno o tym mówić. Próbują coś robić, trenować, biegać, pomagać, po prostu przeżyć. Nie mogą wyjechać, bo takie jest też prawo, że mogą zostać powołani do pomocy w wojsku.

Lucescu nie jest ulubieńcem kibiców, ale ty już tak. Bardzo docenili twoją pomoc dla ukraińskiej armii.

To nie jest tak, bardzo wielu piłkarzy pomaga. Przeznaczają ogromne sumy pieniędzy, głównie ukraińscy zawodnicy, ale Kendi czy ja też pomagamy. Z kibicami oczywiście mam świetne relacje.

Zaskakujące były te zakupy dronów z twojej strony.

Konkretnie to jednego, ale kosztował 8 tysięcy euro. Chodzi o to, że były potrzebne, ale one też nie są łatwo dostępne dla takich ludzi jak ja. Musiałem wykonać sporo telefonów, poprosić o pomoc znajomych, aby w ogóle złożyć takie zamówienie dla armii. Musiałem dzwonić do znajomych z kontaktami, oni do swoich znajomych z kontaktami, aby w ogóle dokonać takiego zakupu. To nie takie proste, dlatego ten jeden dron. Ale niosę też pomoc w inny sposób, innymi produktami.

Dzisiaj w ogóle można normalnie trenować? A może to jakaś forma, aby na chwilę wyłączyć umysł od tych wszystkich negatywnych emocji?

To jest cały czas w mojej głowie i wydaje mi się, że już nigdy mnie nie opuści. Będzie częścią mnie na zawsze. Myślę o tej sytuacji cały czas. Sporo rozmawiam chociażby z Igorem Charatinem. Ale tak jak mówiłem: kiedy agent zadzwonił do mnie trzy dni po przyjeździe do Słowenii, nie chciałem w ogóle rozmawiać ani myśleć o futbolu. Poprosiłem go o 7-10 dni na próbę wyczyszczenia głowy. Dopiero potem zacząłem treningi i to niesamowicie mi pomogło. Niby to jakaś próba resetu, ale nie uciekniesz od tego. To cały czas jest z tobą. Tak samo jak wy, ciągle sprawdzam wiadomości. Kiedy się obudzę, kiedy idę spać, naprawdę nie da się od tego odciąć.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Komentarze 0