TYGODNIÓWKA #72. Tydzień przed turniejem dobrze zastosować teorię Małysza o dwóch równych skokach, by obniżyć gorączkę

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
fot. Foto Olimpik/NurPhoto via Getty Images

Ponad trzydzieści lat oglądania mistrzostw świata i mistrzostw Europy z udziałem reprezentacji Polski skłania mnie do prostej refleksji, chyba finalnie przydatnej: na nic się nie nastawiaj. Biało-czerwoni zazwyczaj najmocniej rozczarowywali mnie wtedy, gdy oczekiwałem po nich czegoś dobrego, a zaskakiwali, gdy na nic nie liczyłem. Dużo tych turniejów nie było, a w zasadzie każdy kończył się frustracją. Chyba pierwszy raz nie stawiam drużynie narodowej konkretnego celu. Chciałbym, żeby pokazała po prostu dobrą piłkę.

Życie kibica przechodzi przez różne fazy – najpierw chłoniesz futbol tylko emocjami. Nie potrafisz wytłumaczyć sobie niektórych rzeczy, nie znasz na przykład miar w tym świecie. Dlatego z trudem akceptujesz porażki. Wydaje ci się, że jeśli tamci mają dwie nogi i nasi również, to powinno dać się z nimi wygrać. Rozczarowanie wynikające z faktu, iż później niekoniecznie tak się dzieje, bywa bardzo bolesne.

Mistrzostwa świata w Meksyku, w 1986 roku, pierwsze, jakie świadomie pamiętam, były z pewnością wyjątkowe pod względem niewiedzy fanów. Nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia, kim są nasi rywale. Dziś sprawdzenie danych dotyczących reprezentacji Maroka zajmuje kilkanaście minut. Wtedy byli to dla nas anonimowi piłkarze. Znaliśmy z transmisji telewizyjnych, z europejskich pucharów, Anglików czy kilku Portugalczyków, jednak największą wiedzę posiadaliśmy na temat polskiej kadry. Z tego połączenia – dziecięcej naiwności i braku materiałów naukowych – wynikało to, że gloryfikowaliśmy Dariusza Dziekanowskiego, Zbigniewa Bońka czy Włodzimierza Smolarka. Uważaliśmy, że to są najlepsi piłkarze na świecie.

Oczywiście, że to byli dobrzy zawodnicy. Jasna sprawa, że cztery lata wcześniej Polska zdobyła na mundialu medale, ale ten niesamowicie napompowany balon oczekiwań sprawił, że porażka później bolała mocniej. Bez wątpienia jako chłopak, który nie skończył dziesięciu lat, żyjący w świecie bez internetu, nie miałem prawa wiedzieć, jak w piłkę gra Brazylia i miałem zarazem pełne prawo zdziwić się i wkurzyć, że tak dobrze.

Gdy po szesnastu latach ponownie pojawiliśmy się na dużej scenie, po prostu cieszyłem się z samego awansu, na dodatek wywalczonego w dobrym stylu, z charakterem. Byłem na Stadionie Śląskim, kiedy zmiażdżyliśmy Norwegów, pewnie, że uznałem nas przez moment za królów świata, ale wiedziałem też, bo był już Eurosport, a dostępność do informacji mocno się zwiększyła, że nasze Orły nie latają wysoko w klubowej piłce. Widząc jednak euforię w narodzie i ja dałem się nabrać, uznając, iż taka Korea Południowa to żaden przeciwnik i pewnie wygramy z nimi 5:0. Rozczarowanie było – jak się domyślacie – dużo większe niż po batach z Brazylią, szesnaście lat wcześniej.

To w sumie ciekawy mechanizm w głowie kibica. Głód. Kiedy twojej reprezentacji nie ma w wielkim turnieju, chcesz, żeby chociaż tam awansowała. Gdy już to się dzieje, pragniesz dokonań. Wyjdźmy z grupy, a potem, kto wie, może i będzie mistrzostwo! No nie mówcie, że choć raz, przed jakimkolwiek turniejem, tak nie pomyśleliście. Dawali się temu porwać nawet selekcjonerzy. O złocie mówił Jerzy Engel, a potem Leo Beenhakker, którego zapytano w czasie konferencji prasowej w Belgradzie, po co jedziemy na EURO 2008.

Im więcej mam lat, tym bardziej uważam, że sprawdza się teoria Adama Małysza – o dwóch równych skokach. To koncentracja na celu. Następny mecz i nic więcej. Fajnie to czasem działało u innego Adama, Nawałki. Uważam do dziś, że w czasach, w których przyszło mi żyć, to była zdecydowanie drużyna zdolna do odniesienia największego sukcesu i naprawdę nasza obecność w finale w Paryżu w 2016 roku nie byłaby dla nikogo zaskoczeniem. Byliśmy cholernie mocni, ale zabrakło trochę szczęścia, zimnej krwi, chłodnych głów. Może nieco więcej wiary w siebie, gdy należało mocniej ruszyć na oszołomioną Portugalię?

Lubię gdy kadra ma plan. Coraz częściej istotne jest dla mnie to, żeby nasza reprezentacja była jakaś, podobnie zresztą podchodzę do piłki klubowej. Jeśli wiem np. że Burnley sadzi dalekie wrzutki i taki ma styl, nie przeszkadza mi to. Te certyfikaty rozpoznawalności są dobre, niekiedy może stają się czymś przewidywalnym. Nie ukrywam, że wolę, jeśli ten plan zakłada częstsze ataki, niż siedzenie na tyłku we własnej szesnastce, licząc na cud. Ale dobry selekcjoner to ten, który umie wykorzystać potencjał posiadanych ludzi. Nawałka cenił przede wszystkim obronę, ale jednocześnie stworszył zespół, który strzelał dużo goli, bo i miał świetnych snajperów.

Uważam, że taki Leo Beenhakker, w Polsce uchodzący swojego czasu za głosiciela prawd objawionych, nie miał na EURO 2008 dobrego planu. Pod tym względem Nawałka prześcignął go o kilka długości. No bo że planu nie miał Franciszek Smuda, to akurat mnie nie zaskoczyło, choć do pewnego momentu wierzyłem w jego fart, a mistrzostwa Europy w Polsce uważam za najmocniej zmarnowaną szansę w tym stuleciu.

Świat się zmienił i Polacy nie grają dziś o to, by stać się markami. Oni już nimi są. W przeszłości przykłady Chorwatów (MŚ 1998 i 2018) czy Czechów (ME 1996) pokazywały, że reprezentacje, z którymi polski kibic może się z łatwością utożsamiać, też potrafią liczyć się w walce o najwyższe cele, a po tamtych turniejach, szczególnie w 1996 i '98 roku, obie nacje urosły w oczach skautów i agentów z całej Europy.

Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Milik czy Piotr Zieliński nie szukają pracy, dobre EURO może podbić ich wartość (Lewego już chyba się nie da), ale nie sprawić, że ktoś się o nich dowie. Jan Bednarek, Łukasz Fabiański, Jakub Moder i Mateusz Klich z powodzeniem grają w Premier League. Mamy paru młodych, bezczelnych i pewnych siebie chłopaków. Jak się w tym kotle wszystko dobrze wymiesza, to może być bardzo miło. Ale nie nastawiałbym się na wielkie rzeczy.

Do EURO pozostał tydzień i to co jest ważne: w reprezentacji widać dobrą energię. Mecz towarzyski z Rosją pokazał, że nawet zaplecze umie i bardzo chce. I naprawdę nie musimy się obawiać blamażu. Podejdźmy do tego w duchu filozofii Małysza. Nie nastawiajmy się od razu na mistrzostwo Europy, niech ta drużyna pokaże, że umie coś więcej niż wybijać na aut. Piłka bywa przewrotna – nigdy nie przypuszczałbym, że na mundialu w Rosji wypadniemy tak słabo. Przegrać można zawsze, ale fajnie, gdy robisz to pozostając wierny swoim zasadom – coś jak u Marcelo Bielsy w Leeds United. Wymaga to oczywiście katorżniczej pracy, stworzenia pewnej reakcji chemicznej, czasem szczęścia. Przegranych praktycznie nigdy się nie pamięta. Chyba, że walczyli dzielnie i pięknie.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.