TYGODNIÓWKA #71. Między boskością a człowieczeństwem. Ckliwa i nostalgiczna opowieść o Roberto Baggio od Netflixa

fot. Shaun Botterill/Allsport/Getty Images

Zmarnowany rzut karny przeciwko Brazylii w finale mistrzostw świata w 1994 roku na zawsze naznaczył życie Roberto Baggio. Z jednej strony to wielka niesprawiedliwość, że coś takiego spotkało piłkarza, który wprowadził wówczas Italię do finału, bo grał fenomenalnie, z drugiej – właśnie za to go pokochano. Okazało się bowiem, że ktoś tak wielki i wybitny także ma prawo do słabości. Film „Boski kucyk” to trochę fabuła, trochę dokumentalny zapis najtrudniejszych chwil w karierze Baggio. Włosi zrobili go z charakterystyczną dla siebie emfazą, ale na pewno warto poświęcić 90 minut – ogląda się jak dobry mecz.

Żyjący dziś na uboczu wielkiej piłki Baggio był w 1994 roku dla reprezentacji Włoch tym, kim Diego Maradona w 1986 roku dla Argentyny. Właściwie w pojedynkę pociągnął drużynę do finału. Arrigo Sacchi miał z nim problem – selekcjoner widział dobrze, że uwaga mocno skupia się na Roberto, był rozdarty pomiędzy świadomością talentu podopiecznego a tym, że sam pragnął błyszczeć i na koniec przypisać sobie triumf na mundialu.

Baggio nie grał przeciwko Brazylii w pełni zdrowy. W półfinale doznał urazu, ale – to motyw przewodni filmu – jako trzylatek miał obiecać ojcu, że pokona Canarinhos w finale MŚ, jako zadośćuczynienie przegranego przez Włochów meczu z 1970 roku, w którym drużyna z Ameryki Południowej zwyciężyła Italię aż 4:1.

Baggio był piłkarzem fenomenalnym. Wymykał się wszelkim ramom. Najlepiej czuł się wtedy, gdy na boisku pozwalano mu robić to, na co ma ochotę. Dowodem na taką teorię jest magiczny okres w Brescii, do której trafił, kiedy wydawało się, że już nie zobaczymy go w wielkiej piłce. Jako praktykujący buddysta Baggio zapisywał sobie cele do zrealizowania. Po przegranym finale w USA pragnął raz jeszcze spróbować dać Włochom szczęście. Jednak mimo znakomitej formy w Brescii selekcjoner Giovanni Trapattoni nie powołał go na mistrzostwa do Korei i Japonii. Ta informacja zabolała Roberto bardziej niż wszystkie kontuzje, złamała mu serce, ale ostatecznie uznał ją za część drogi, czegoś zupełnie naturalnego w buddyzmie. Okrutne było to, że trener kadry obiecał mu wyjazd na mundial, gdy tylko będzie zdrowy. I choć Baggio doznał wiosną 2002 roku kontuzji, mającej go wykluczyć na pół roku, doszedł do pełni sił po 77 dniach i wrócił na boisko, tak bardzo zdeterminowany był wyjazdem z reprezentacją.

Filmowi daleko do znakomitego dokumentu o Diego Maradonie. Scenarzyści zdecydowanie mocniej skupili się na cierpieniach, jakich zaznał w futbolu Baggio. To opowieść o poszukiwaniu akceptacji ojca i rywalizacji z rodzeństwem w wielodzietnej familii. Na pewno też story o samotności, która często doskwiera wielkim sportowcom, ale kibice nie są w stanie tego dostrzec.

Baggio był królem powrotów po kontuzjach, wstawał niemal po każdym ciosie w karierze, choć zmarnowany rzut karny przeciwko Brazylii stał się blizną, która długo nie mogła się zagoić.

Kiedy przegrał próbę nerwów w serii jedenastek, miałem ledwie 17 skończonych lat. Dla mojego pokolenia Baggio był ikoną. W czasach bez Facebooka i Instagrama stanowił markę sam w sobie – przede wszystkim bronił się umiejętnościami, posiadał w sobie rodzaj „niepiłkarskiej” delikatności, potrafił w błyskawicznym tempie przejść ze stanu tej kruchości do postaci gladiatora, killera pod bramką rywala. Był jak kameleon. No i miał coś, co powinno być atrybutem wielkiego piłkarza – znak charakterystyczny. Kucyk z kolorowymi koralikami.

W opowieści o Baggio nie ma miejsca tylko na dramaty. Szczególnie ujmuje historia związana z transferem do Fiorentiny. Zabawnie to zresztą pokazano: cała rodzina siedzi przy kolacji, zmęczony pracą ojciec wraca do domu i słucha relacji z dnia. Jeden z młodszych braci mówi, że dostał czwórkę z historii, siostra, że pomagała mamie w zakupach i nie było ulubionego sera taty, ale kupiły ulubione wino, inny brat, że szuka pracy, na co Baggio wypala: „Przechodzę do Fiorentiny za dwa miliardy i siedemset milionów lirów”. „To dobrze, zwrócisz mi za szybę, którą wybiłeś piłką w magazynku” – słyszy w odpowiedzi.

Ojciec nigdy nie umiał okazać mu czułości, jakiej Roberto oczekiwał. Musiał zadbać o ośmioro dzieci. Ale w tej konkretnej sytuacji wspaniale zachowała się Fiorentina, której szefowie sfinansowali operację Baggio i czekali na niego, kiedy tuż przed transferem doznał bardzo poważnej kontuzji. To w zasadzie mógł być koniec kariery, zanim się naprawdę zaczęła.

Ostatecznie obaj dojdą jednak do porozumienia. Poprzedzi to gorzka scena na polowaniu, gdy wściekły na ojca Baggio, dowiedziawszy się o kłamstwie sprzed lat, rzuca: „Mam ochotę cię zastrzelić”, na co ten ripostuje: „Tylko tym razem celuj niżej”.

Baggio całą karierę balansował pomiędzy boskością a człowieczeństwem i to im odpowiadało – raz mogli go podziwiać, by po chwili mu współczuć. Nie były to upadki tak spektakularne jak w przypadku Maradony. Nie ma tutaj zanurzenia w otchłani mroku, uzależnień, kobiet. Ale jest coś co łączy obu piłkarzy – nieprawdopodobny dar, poczucie wyobcowania, charakterystyczne często dla wielkich artystów niezrozumienie przez inne jednostki i niechęć do wpasowania się w schematy.

Dla koneserów rumuńskich filmów offowych będzie to oczywiście kicz i tandeta, już mi przekazano, że zbierają się grupy mędrców, by wychłostać produkcję Netfilxa. Sądzę jednak, że zamysł zrobienia tego filmu był prosty – dotrzeć do serc nie tylko futbolowych freaków, ale też stworzyć coś, co kibic piłki nożnej będzie mógł obejrzeć z żoną czy z dzieciakami. Jest to całkiem słuszna koncepcja, ponieważ taki był właśnie Baggio – kiedy grał, cała Italia modliła się do telewizora. Nikomu nie przeszkadzało to, że oni pójdą w weekend do kościołów, a on kieruje myśli do Buddy. To był ich Roberto, całym sercem byli z nim.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.