TYGODNIÓWKA #52. O matko boska, przecież to jest w ogóle niepojęte. Wayne Rooney zakończył oficjalnie karierę

Zobacz również:Płuca, serce i mózg w jednym. Donny van de Beek wniesie do Manchesteru United talent, energię i charakter
fot. Alex Livesey/Getty Images

Nic tak szybko nie odmierza nam życia, jak kariery zakończone przez piłkarzy. Wayne Rooney jeszcze wczoraj był nastolatkiem strzelającym gola Davidowi Seamanowi, a dziś na dobre żegna się z boiskiem. Ale futbolowe wspomnienia zostaną, bo angielski napastnik konsekwentnie budował swoją legendę.

Pierwsze zdanie tytułu dzisiejszej Tygodniówki to oczywiście fragment komentarza Andrzeja Twarowskiego sprzed lat, kiedy „Roo” wbijał przewrotką gola w derbach Manchesteru. Nie dalej niż wczoraj siedziałem przecież na dyżurze w „Przeglądzie Sportowym”, mając lat dwadzieścia parę i pisałem o debiucie Rooneya w Lidze Mistrzów. Od początku to był zawodnik, którego pokochaliśmy za naturalność, przenoszący nas do innego wymiaru, jakby największe stadiony świata stawały się podwórkami, boczną uliczką miasta.

Reklama Nike z 2010, której plot był genialny w swojej prostocie – mianowicie pokazywał, jak futbol wpływa na świat zewnętrzny i może zmieniać przyszłość, to jedna z tych moich ulubionych. Dobre zagranie, gol, zwycięstwo niosą chwałę, porażka i błędy – katastrofę. Kadr z Rooneyem mieszkającym w przyczepie kempingowej po tym, jak Anglia przegrała mistrzostwo świata na rzecz Francji, to że w scenariuszu jego bohater nie chciał zaakceptować takiej wizji, dlatego popędził za Franckiem Ribery’m jak szalony, by odzyskać piłkę – oto właśnie esencja Rooneya z prawdziwego boiska.

Wayne stworzył tak mocny wizerunek chłopaka z sąsiedztwa, „prawdziwka”, że kiedy dokonał przeszczepu włosów, kumple z boiska nie mogli w to uwierzyć. – Chłopaki z Croxteth nie powinni używać produktów do włosów – śmiał się Jamie Carragher.

Zrósł się z Manchesterem United w całość. Przychodził tam jako żądny sławy, nieopierzony napastnik, opuszczał Old Trafford w roli króla. Ludzie przywykli do widoku Wayne’a w czerwonej koszulce. – Nie chciałbym, żeby odszedł kiedykolwiek z tego klubu – mówił Ian Wright. – Ale kiedy to już zrobi, myślę, że wyjedzie za granicę.

Wyjechał, ale dopiero na emeryturę do MLS.

W Manchesterze zbudował swoją legendę, tam zauroczył nas swoją twardością, pięknymi golami, choć i tych brzydkich nigdy się nie wstydził, a także cięzką harówką na całej długości boiska. Dziś zachwycamy się pracą wykonywaną w Tottenhamie przez Harry’ego Kane’a, ale napastnik United już dawno temu zagrał nam taką melodię. Wracał w okolice własnej szesnastki, brał piłkę i jechał do przodu na pełnej mocy.

Niedawno ktoś przypomniał GIF-a z czasów sprzed VAR-u. Rzut sędziowski w meczu United – Stoke, gdzieś przy linii bocznej. Piłka spada na ziemię, a Rooney zamiata ją wślizgiem razem z rywalem. To było dla niego tak samo wartościowe zagranie jak asysta czy gol.

Sir Alex Ferguson śmiał się, że z Rooneyem zawsze było tak samo – kiedy miał 18 lat, ludzie zastanawiali się, jak dobry będzie, mając 21. Gdy osiągnął 21, myśleli, co pokaże, mając 25 lat. I tak w kółko.

To on wyznaczał sobie granice. Przez lata wzbudzał mój wielki szacunek. Kiedy już trafił do Derby County, pisałem o nim TUTAJ i TUTAJ

Chciałbym wierzyć, że on, Steven Gerrard, Frank Lampard plus paru innych byłych reprezentantów Anglii w ciągu najbliższych lat przejmą biznes i Premier League stanie się polem bitwy dla tego pokolenia piłkarzy, które mogło z reprezentacją wygrać dużo więcej. Każdy z zawodników, których oglądaliśmy w barwach Synów Albionu w 2004 roku, podczas mistrzostw Europy, zakończył już karierę. Jedni są ekspertami TV, inni próbują sił w świecie menedżerów, David Beckham wciąż jest ikoną popkultury i ma swój klub (a nawet dwa).

Dziś Rooneyowi hołd składają młodzi, jak Marcus Rashford i starsi, jak Gary Lineker. Ten ostatni, całkiem słusznie, nazwał Wayne’a jednym z najwspanialszych zawodników w historii kraju. Liczby bronią napastnika. 53 gole w reprezentacji, 253 dla United – w obu przypadkach to najskuteczniejszy snajper. Rooney, obok Michaela Owena i kilku innych zawodników, którzy w bardzo młodym wieku weszli na dużą scenę, wybijał z głowy nastolatkom-marzycielom zrobienie wielkiej kariery. Dzieciaki, które stawały się dorosłe na naszych oczach, zaczynali tak szybko, że kiedy mieli po 25-26 lat, wydawało nam się, że są już gośćmi po trzydziestce.

Śnił o zdobyciu mistrzostwa świata, co nawet zapowiadał przed jednym z mundiali. Postrzegał futbol, jako jeden wielki konflikt, świat, w którym wszędzie pojawiają się tarcia – w szatni, na boisku, pomiędzy piłkarzami, z menedżerem. Ale kochał go od dziecka. – Jestem normalnym gościem, który gra w piłkę – powtarzał najczęściej.

Dorastał w nienawiści do Liverpoolu, najpierw jako kibic Evertonu, potem jak piłkarz z Goodison Park i wreszcie zawodnik rywalizującego z The Reds o miano najlepszej drużyny w Anglii Manchesteru United.

– To dobrze, kiedy gole są piękne, ale jeszcze lepiej, kiedy są ważne – twierdził. Nienawidził porażek, zawsze pracował po nich dwa razy mocniej. Wierzył, że to one uczą pokory.

Za najlepszego zawodnika uważał Paula Scholesa, siebie zaś za szczęściarza, bo mógł z nim grać. Za najlepszą muzykę – tę od Jaya-Z, Stereophonics, 50 Centa i Arctic Monkeys. Zna ich utwory na pamięć. Nigdy tak naprawdę nie interesowało go praktycznie nic poza futbolem.

– Kiedy masz szesnaście lat, nie czujesz strachu. Im starszy się stajesz, tym częściej myślisz o tym, co będzie, jeśli przegrasz – powiedział parę lat temu.

Właśnie wchodzi w strefę, w której przez lata będzie to najważniejsza myśl. Tydzień w tydzień.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.