TYGODNIÓWKA #51. Zasypani treściami – czy mamy jeszcze kontrolę nad tym, co czytamy i czy w ogóle czytamy?

fot. Chris Brunskill/Getty Images

Jednym z najczęstszych postanowień noworocznych ludzkości jest czytanie. Więcej czytania. „52 books challenge” i takie tam. Ja straciłem już wiarę w siebie. Patrzę na wszystkie książki, które zgromadziłem, cały ten wypchany regał, smutny świadek moich licznych wypraw do Empiku, beneficjent urodzin i świąt. Kiedy ja to wszystko przeczytam? – pytam samego siebie, chciałbym sobie w myślach odpowiedzieć, że na emeryturze, ale przecież w moim zawodzie praktycznie nie ma emerytury. Człowiek pracuje, dopóki pracują szare komórki. Kiedy zatem to uczynię? Przeraża mnie myśl, że nigdy.

Tygodniówka miała być w założeniu przeglądem najciekawszych tekstów, jakie przeczytałem w minionym tygodniu, ale szybko idea umarła, ponieważ każda mała rzecz, na jaką natrafiam w sieci, staje się inspiracją do napisania czegoś tu i teraz. Real time. Nie ma czasu.

Na tym został zbudowany sukces mediów społecznościowych. Bo nie chodzi o pierwotne założenie – kontaktu z innym człowiekiem, ale przede wszystkim o informowanie innych ludzi. Weźmy takiego Facebooka. Kiedy pojawił się w Polsce, założyłem sobie konto. Najpierw prywatne, potem dziennikarskie. Na tym drugim liczba obserwujących rosła dość szybko, starałem się tam regularnie coś wrzucać. Ale – jak to ja – straciłem zapał. Widziałem ostatnio takiego mema: cztery ujęcia ludzkiego mózgu, pokazujące, jak pracuje, gdy na coś wpadamy, podpalamy się nowym pomysłem (świeci na zielono), a jak, kiedy musi przeważyć konsekwencja, ciągłość (punktowe światełka). Taka była moja relacja z Facebookiem. Status: to skomplikowane.

Porzuciłem to medium na parę dobrych lat, na dobre wracając jakieś półtora roku temu. Na nowo odkryłem jego zalety – przede wszystkim jako świetnej platformy do linkowania twórczości kolegów i mojej własnej. W zasadzie głównie do tego wykorzystuję Facebooka. Jednak jak każde inne medium społecznościowe – Instagram czy Twitter, YouTube, ma on wielką wadę. Prosi niemal, by zamknąć książkę, kiedy ją otworzysz. Sprawdzanie, ciągłe sprawdzanie postów czy reakcji, wpisów innych, momentami wypełnia nasz mózg po same brzegi. I nawet jeśli ktoś wrzuci coś fajnego na fejsa, jakiś link do dobrego tekstu – sam staram się to robić codziennie – to na koniec i tak jesteśmy ciągle na Facebooku. A książki czekają.

W średniowieczu człowiek przyjmował w ciągu całego życia mniej informacji, niż my, współcześni, przez jeden dzień i – nic z tych rzeczy – nie twierdzę, że życie było wtedy super, bo na przykład brak info o tym, że zaraz ktoś najedzie wieś, spali ją, a jej wszystkich mieszkańców zabije, mógł być problematyczny w skutkach. Ale to oczywiście skrajność, kosmiczna. Pamiętam natomiast czasy ograniczonego zalewu informacji, pielęgnuję je dość mocno, z rozrzewnieniem wspominając komunikator Gadu-Gadu, jako łącznik ze światem, czy czat, na którym było może ze dwadzieścia osób z całej Polski.

Z poszukiwaczy zamieniliśmy się w selekcjonerów. Z treściami jest dzisiaj tak, że czas poświęcony na nie możemy uznać za dużo bardziej stracony niż kiedyś (jeśli okażą się bezwartościowe). W liceum oglądałem pewnie tyle filmów co Quentin Tarantino. Szedłem do osiedlowej wypożyczalni i połykałem wszystko – od produkcji katastroficznych, przez sensacyjne, głupie komedie i popisy karateków. Czy większość tych seansów była zmarnowanym czasem? Bez wątpienia tak. Ale miałem to gdzieś. Nie uważałem przede wszystkim, że czas to pieniądz. Nie obchodziło mnie to, że dwie godziny poświęciłem na oglądanie jakiejś tandety. Miałem coś, co już nigdy nie powróci – luksus marnowania jednostki czasu.

W ciągu czterech dekad mojego życia bieg spraw przyspieszył do takich prędkości, że zaczyna to przypominać próbę ułożenia klocków na najwyższym poziomie gry Tetris. Po prostu leci na ciebie jakiś przedmiot, a ty próbujesz go złapać, przekręcić, dopasować do swoich potrzeb, ale wiesz, że zaraz gra się skończy. Dlatego m.in. przestałem czynić postanowienia noworoczne, robiłem ich kiedyś tyle, że wywalały się około drugiego stycznia. Bez sensu. Choć na ten rok mam jedno i słowa dotrzymam – codziennie jeden napisany tekst.

Pisanie jest jednak trudne, gdy człowiek coraz mniej czyta. Zdania przeczytane są dla piszącego jak ściany, o które można się oprzeć, od których można się odbić. Z książek nie wolno kraść, ale można się inspirować. Konstrukcjami zdań, sposobem prowadzenia narracji. Ktoś, kto przestaje czytać, jest coraz uboższy.

Żyjemy w czasach, w których często przy tekście w internecie pojawia się informacja: „ten tekst przeczytasz w cztery minuty”. Na początku mnie to irytowało, ostatnio rozczula. Wyobrażam sobie, że treść jest akwizytorem, któremu musimy zapłacić naszym czasem. „Przepraszam najmocniej, zajmę tylko cztery minutki pańskiego życia” – mówi tekst i kłania się od A do Z. Stoi za szklanymi drzwiami, będącymi ekranem naszej komorki czy laptopa i patrzy jak kot ze „Shreka”.

Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że ten czas będzie miał dla mnie znaczenie. Pamiętam czas spędzony w Londynie, kiedy po pracy fizycznej chciałem się wzbogacić intelektualnie (i językowo też), siadałem więc sobie z piwkiem, brałem gazetę i czytałem dosłownie od deski do deski. Albo kupioną na Oxford Street książkę, obowiązkowo biografię piłkarską, z której wypisywałem każde słowo, jakiego nie rozumiałem. Następnie musiałem wertować arcygruby słownik oxfordzki, by znaleźć odpowiednie znaczenie. To co dziś dostajemy w parę sekund, tam przeobrażało się w całą celebrację. Ale dużo słówek zostawało w głowie.

Podobało mi się to, że do niektórych informacji mam dostęp jako ktoś uprzywilejowany. Nie wszystkie teksty lądowały w sieci, raczej niewiele z nich, a gazeta dawała przewagę. Można było w niej znaleźć ciekawe historie, choćby to była niewielka notka na dole strony. Umiejętnie poruszając się w tym świecie papieru (ja poruszałem się nieumiejętnie), dało się tworzyć naprawdę ciekaw treści – na pozór odtwórcze, ale opatrzone własnymi przemyśleniami nabierały innych barw. Sęk w tym, że ja pisałem bardzo kiepsko.

Mój tato przez lata zbierał wycięte z gazet artykuły, które spłodziłem. Niedawno w jednej z takich teczek znalazłem wydrukowane „londyńskie felietony”. Strasznie to jest słabe, serio. Pisałem poprawnie, momentami jednak formułowałem myśli w kanciasty sposób. Czuć, że bałem się klawiatury. Niby wszystko było dopracowane, a dziś brzmi jak jakiś szkic. Z pewnością miałem jednak świeższą głowę, więcej miejsca na twardym dysku. Teraz jesteśmy zasypani treściami. Czy mamy jeszcze kontrolę nad tym, co czytamy i czy w ogóle czytamy? Wszyscy moi znajomi powiedzieliby właśnie chórem: „Stary, nie mam czasu”. Gnamy tak prędko, że czasem ktoś zadzwoni i powie: – Czytałem twój tekst o kimś tam.

I nagle uświadamiam sobie, że ja go napisałem tydzień temu, a tydzień to dziś dla mnie wieczność. Miesiąc? Hmmm, w grudniu skomentowałem 24 mecze Premier League, do tego studio, dwie audycje w tygodniu. Doby mijałem jak narciarz bramki w slalomie gigancie, z tą różnicą, że tutaj w zasadzie nie ma mety.

Przychodzą momenty, w których patrzysz na sekundę w lusterko wsteczne i pytasz siebie: „Naprawdę to się udało zrobić?”. Jesteśmy, z jednej strony, szczęściarzami, bo mamy dostęp do wszystkiego, o czym zamarzymy. Dwa kliknięcia, jedna opłata, rach-ciach. Ale kiedy już zorientujemy się, jak tego dużo, to patrzymy z politowaniem, jak ja na mój regał. Ostatnia książka, jaką przeczytałem? „Przygody słonia Elmera”. Córce na dobranoc. Okej, fajne, ale ciężko tam znaleźć inspiracje do własnego pisania.

Ponad rok temu zainstalowałem aplikację The Athletic. Jak niemal każdy byłem zachwycony – tyle wartościowych treści w jednym miejscu. Czułem się, jakby ktoś stworzył portal specjalnie dla mnie, a że poczuło się w ten sposób jakieś pół miliona osób, TA odniósł światowy sukces. Wciąż uważam, że na duże, przekrojowe teksty jest miejsce, na każdym rynku. Bez względu na język, jakim operują autorzy i odbiorcy. Ale rozumiem też, gdy dostaję od The Athletic maila z pytaniem: „Czy nadal jesteś naszym fanem?”.

Jestem – myślę, tkwiąc w pułapce pomiędzy kimś, kto narzeka na nadmiar treści a kimś, kto wkurzyłby się, gdyby tekstów było za mało. Lubimy mieć wybór, ale niezmiennie przypominam fragment filmu „Moskwa nad rzeką Hudson”, gdy bohater, mając do wyboru kilkanaście rodzajów kawy, siada na podłodze marketu i wpada w rozpacz.

Telefon napakowany aplikacjami, ale też platformy streamingowe, książki, które zaczyna pokrywać kurz – te przeczytane i pozostawione chyba tylko po to, by świadkować nam w ewentualnych sądach nad naszym „niedoczytaniem”, ale i te, których być może nigdy nie przeczytamy. Kanały YouTube, no i mecze – ich nigdy za wiele. To one tworzą razem pole bitwy, na którym walczą o nasz czas i nasz portfel. Niedawno kolega powiedział mi, że z karty ściągnęło mu 250 złotych (mówił w taki sposób, jakby zrobili to kosmici) – ciekawość świata wiąże się dzisiaj z subskrybowaniem. Nie muszę dodawać, że potrzebował dokładnie sprawdzić, co subskrybuje.

Kiedyś więc jedna przeczytana w tygodniu książka była dla mnie normą, dziś zjechałem do jednego dobrego tekstu dziennie (nie licząc tych z newonce.sport, czytam niemal każdy). A przecież zapominamy często, że najważniejsi są ludzie. I rozmowy z nimi. Oni mogą nas inspirować do dobrych rzeczy, także w kwestii tekstów. Nie chcąc zamienić się w maszynę do pisania, postanowiłem więc raz dziennie zadzwonić do kogoś i odbyć długą konwersację telefoniczną. Wróciłem tym samym do czasów liceum i studiów, w których te zwykłe gadki o życiu, wakacjach, pogodzie i filmie dawały mi dużo dobrej energii. Ten jeden telefon, przez 365 dni, to już coś. Niewykluczne, na przykład, że ktoś opowie mi, iż przeczytał jakąś książkę. Może okaże się nawet, że mam ją w regale.

Podziel się lub zapisz
Przemek Rudzki
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.