Twierdza Narodowy. Warszawa w trójce najtrudniejszych świątyń do podbicia

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Pilka nozna. Eliminacje do MS 2022. Polska - Anglia. 08.09.2021
FOT. JACEK PRONDZYNSKI/ 400mm.pl

„Panowie, mamy coś do udowodnienia po ostatnich miesiącach. Pamiętajmy, wracamy do miejsca, gdzie ostatni raz przegraliśmy osiem lat temu. Wracamy do naszego domu, wracają kibice i pokażmy, że potrafimy grać dobrze w piłkę i wygrywać” – motywował szatnię Kamil Glik tuż przed wyjściem na mecz z Albanią (4:1). I odniósł się do właściwych bodźców, bo PGE Narodowy to światowy ewenement, o czym przekonali się Niemcy, Duńczycy, Austriacy, Urugwajczycy i dwukrotnie Anglicy. W Warszawie drużyna narodowa jest niepokonana od 20 spotkań, a aktualnie takimi seriami może się pochwalić mało kto na świecie. Większe twierdze stanowią tylko belgijski Stadion Króla Baudouina I z 25 meczami i algierskie Stade Mustapha Tchaker z 41 meczami.

Nie ma co ukrywać, że na Stadionie Narodowym Polacy dostają dodatkowej mocy. Po to właśnie powstały wszystkie piłkarskie opowieści o niezdobytych twierdzach, aby opisywać takie stany. Może nie znają tam każdej kępki trawy, bo latami narzekali na murawę, przeżywając już i basen, i łyżwiarstwo figurowe na Narodowym, lecz ten obiekt wzmaga w nich przekonanie o własnej sile. To z nim kojarzą się wielkie narodowe sukcesy jak pokonanie Niemców i zatrzymanie Anglików, to tam świętowaliśmy awanse na trzy wielkie imprezy, to przy al. Księcia Józefa Poniatowskiego wznosiliśmy futbol reprezentacyjny na wyższy poziom.

„Nie byliśmy sami. Było nas 60 tysięcy i to niosło z Anglikami” – przyznawał Tymoteusz Puchacz, dla którego taki rywal i taka atmosfera stanowiły „mega zajawę”. Dokładnie na PGE Narodowym pojawiło się ponad 56 tysięcy fanów, natomiast mecze reprezentacji w tym miejscu stały się swego rodzaju świętem. Szczególnie okres Euro 2016 był największym boomem na drużynę narodową, to właśnie wtedy udało się wypracowywać tak silną pozycję u siebie. Piłkarze czują, że to dla nich miejsce wyjątkowe, że tam rozgrywają się mecze najwyższej rangi, których nie można zawalić, że przyjeżdżają ludzie z całego kraju i właśnie wtedy patrzy cała Polska.

Bramka Damiana Szymańskiego na 1:1 w doliczonym czasie gry z Anglią sprawiła, że jesteśmy na PGE Narodowym niepokonani już od 20 meczów. I to fenomen nawet w skali światowej, bo rzadko kiedy w futbolu reprezentacyjnym udaje się utrzymać takie serie. Liczymy wszystkie spotkania, nie tylko te punkty, ale ostatnia w Warszawie triumfowała Szkocja (1:0) 5 marca 2014, gdy do siatki trafiał Scott Brown. Kawał czasu, tym bardziej kiedy weźmiemy pod uwagę, że w naszej kadrze grali Łukasz Szukała, Ludovic Obraniak, Tomasz Brzyski, Michał Masłowski, Marcin Komorowski czy Marcin Robak. O punkty przegraliśmy raz – rok wcześniej z Ukrainą (1:3) w nieudanej drodze na mundial w Brazylii w 2014 roku.

WIELOKROTNY FART TO JUŻ NIE SZCZĘŚCIE

Być może rzeczywiście nie byłoby tej serii, gdybyśmy mecze Ligi Narodów ze światową czołówką rozgrywali na Narodowym. Byłoby to niemal niemożliwe, patrząc na natłok tych spotkań i poziom naszej gry. Z Holandią (1:2), Włochami (0:1) i Portugalią (2:3) przegraliśmy w Chorzowie, ale niech jeden gol różnicy nie zamazuje realnego obrazu rywalizacji. Zwykle sparingi traktujemy jako okazję, aby pokazać reprezentację w innych miastach jak Wrocławiu, Gdańsku czy Poznaniu, a o punkty w eliminacjach gramy na Narodowym. I tam też nie przyjeżdżali przypadkowi rywali.

Na serię 20 meczów bez porażki nad Wisłą składają się rywalizacje z Niemcami (2:0), Islandią (4:2), Danią (3:2), Rumunią (3:1), Urugwajem (0:0), Austrią (0:0), Słowenią (3:2) czy ta ostatnia z Anglią (1:1). Jeszcze wcześniej nie potrafili tam wygrać Portugalczycy (0:0) w meczu otwarcia, Rosjanie i Grecy (oba 1:1) podczas Euro 2012, a także Anglicy (1:1) w październiku 2012 roku. Jeśli szczęście powtarza się regularnie od dziewięciu lat, to już trudno nazwać je szczęściem, tylko po prostu naszym niewątpliwym atutem. O atmosferze można opowiadać różne rzeczy, doping jest bardzo nierówny, klimat czasem piknikowy, ale jednak obecność tylu kibiców i aura obiektu robią wrażenie. To nie jest Parken ani Puskás Aréna, a jednak PGE Narodowy stał się świątynią nie do sforsowania. Nawet przez mistrzów świata Niemców czy wicemistrzów Europy Anglików.

ŚWIATOWA CZOŁÓWKA

Jeśli przyjrzeć się sytuacji w innych reprezentacjach, z rezultatami na Narodowym należymy do ścisłej czołówki niepokonanych. Na kontynencie dłużej niezdobytym bastionem pozostaje Stadion Króla Baudouina I w Brukseli, gdzie większość meczów rozgrywka prowadząca w rankingu FIFA Belgia. Na słynnym obiekcie Heysel gracze Roberto Martineza nie przegrali od 22 spotkań, czyli nieznacznie przebijają Narodowy. Tam Romelu Lukaku i spółka czują się naprawdę doskonale. Ostatni raz ulegli w sparingu Hiszpanii (0:2) w 2016 roku, a o punkty przegrali tam... dopiero w 2010 roku, gdy ustąpili Niemcom (0:1) w drodze na Euro 2012. Mówimy też o czasach zupełnie innej kadry, gdy Belgowie jeszcze nie byli zaliczani do światowej czołówki, więc w Brukseli też zawsze podbudowywali swoje ego.

Niespodziewanie obiektem o najdłuższej serii i zarazem jeszcze niezdobytym pozostaje 35-tysięczne Stade Mustapha Tchaker w Al-Bulajda, czyli ulubiony stadion Algierczyków. Zainaugurowali granie tam w 2002 roku i od tamtej pory nie przegrali żadnego z 41 meczów. Rzecz jasna, Lisy Pustyni podejmują tam zupełnie innej klasy przeciwników, ale nadal to wyjątkowa sztuka, aby utrzymać u podnóża Atlasu Tellskiego bilans 35 wygranych, 6 remisów i 0 porażek. Jeśli już dzielili się tam punktami, to chociażby z Tanzanią, Kamerunem czy Gambią w ostatniej dekadzie, co też pokazuje skalę tego wyzwania. Dla porównania: Senegalczycy w Dakarze mają 19 meczów ze statusem niepokonanych. W tej topowej piłce próżno szukać bardziej okazałych przypadków, niż te z Al-Bulajdy, Brukseli i Warszawy.

CYRKI OBWOŹNE

Ktoś słusznie mógłby zauważyć, że przecież Włosi śrubują status najdłużej niepokonanej drużyny w dziejach reprezentacyjnej piłki, bo zawodnicy Roberto Manciniego są niepokonani od 37 meczów, czyli września 2018 roku. Rzecz w tym, że oni nie mają jednego, dwóch ani nawet trzech stadionów przypisanych na stałe do reprezentacji, tylko jeżdżą z jej meczami po całym Półwyspie Apenińskim. Tylko w tym roku zagrali w Reggio Emilia, Florencji, Parmie, Bolonii i Cagliari, kilka miesięcy wcześniej dorzucili Bergamo, a dwa lata temu Udine, Turyn, Palermo i Rzym. W stolicy wygrali wszystkie trzy spotkania fazy grupowej Euro 2020, lecz przegrali na Stadio Olimpico w 2013 roku z Argentyną (1:2), więc zdążyli w tym czasie wykręcić tylko pięć zwycięstw z rzędu.

Taką filozofię ma wiele reprezentacji zakochanych po uszy w futbolu, z sympatykami w różnych częściach kraju i licznymi obiektami na podobnym poziomie. Hiszpanie też piłkę narodową pokazują kolejno na La Cartuja, Nuevo Vivero, Wanda Metropolitano, Butarque, Nuevo Los Carmenes, Di Stefano, Mestalla, Bernabeu, Molinon czy La Ceramica, więc w takich warunkach trudno kręcić rekordy. Nawet Wyspy Kanaryjskie musiały dostać swoje spotkanie. Podobnie Brazylijczycy, którzy muszą zadbać o to, aby co kilka miesięcy zadowolony był kibic Sao Paulo, Corinthians, Internacionalu, Gremio czy Palmeiras. Chociaż każdy kojarzy ten kraj z Maracaną, równość w narodzie musi być, tym bardziej że i tak inwestycje poczynione na mundial niekoniecznie spełniły swoją rolę i niektóre po prostu przynoszą straty lub niszczeją.

Pewnie nieco trudniej szlifować takie wyniki, gdy co chwilę zmienia się sceneria. Niemcy przyjmują przyjezdnych, a to w Berlinie, a to w Monachium, a to w Hamburgu, Hanowerze czy Stuttgarcie, Argentyńczycy również chcą, aby drużyna narodowa kojarzyła się jako „zespół wszystkich”, a nie zamkniętego kręgu. Tym bardziej, gdy napięcia między fanami w kraju są tak intensywne. Stąd też wiele reprezentacji zabiera sobie możliwość osiągnięcia takiego wyniku w kilka lat, jak choćby Polska w osiem. Czasem trzeba kopać kilku różnych selekcjonerów i pokoleń piłkarzy, aby uzbierać jakiś konkretny rezultat.

MYLĄ SIĘ WSZYSCY

Kiedy my uczyniliśmy z Narodowego świątynię, u siebie potykali się nawet najwięksi giganci. Anglicy przecież klęskę w finale Euro 2020 przeżyli na Wembley, Francja na Stade de France potrafiła przegrać nawet sparing z Finlandią, Urugwaj też całkiem niedawno potknął się na Estadio Centenario. Holandia myliła się na Amsterdam ArenA, Dania na Parken, a Chorwacja na Maksimirze. Portugalczykom też trudno budować takie serie, bo wykorzystują bogactwo stadionów z Euro 2004 i co chwilę zabierają reprezentację gdzie indziej. Statystycznie najlepiej wiedzie im się na Estádio do Dragão, gdzie są niepokonani od 10 meczów. I tyle zdążyli rozegrać od pierwszego, feralnego i jedynego przegranego z Grecją na otwarcie tamtych mistrzostw Europy.

Szukając dalej tych widowiskowych serii, należy śledzić każdy przyjazd Argentyny na La Bombonerę, bo tam Albicelestes czują się jak w domu. Rotują obiektami, obwożą kadrę po kraju, ale na stadionie Boca nie przegrali od 15 meczów. Żeby uświadomić wam, jak stosunkowo rzadko tam grają, od 1977 roku. Zupełnie inna era. Dobrze u siebie czują się też Meksykanie, bo na Estadio Azteca są niepokonani od 14 spotkań, licznik Walijczyków na Cardiff Stadium stanął na 12 grach, a Szwajcarów na St. Jakob-Park na 9 meczach. Patrząc na to, PGE Narodowy naprawdę jest ewenementem na skalę świata. I wszyscy mają nadzieję, że na koniec roku po meczach z Węgrami i San Marino to będzie już 22 spotkania ze statusem niepokonanych.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.