Tutto vero. Tam, gdzie charakter, tam włoscy piłkarze. Italia mistrzem Europy!

Zobacz również:Piękne kulisy kadry Manciniego. 12 rzeczy, których dowiedzieliśmy się po serialu „Sogno Azzurro”
Italy v England - UEFA Euro 2020: Final
Fot. Claudio Villa/Getty Images

Za cudowne, żywiołowe odśpiewywanie hymnu narodowego Fratelli d'Italia. Za celebrowanie interwencji w defensywie, jakby właśnie zdobywali kolejną bramkę. Za jowialność Giorgio Chielliniego, przebojowość Federico Chiesy i potęgę Gigiego Donnarummy. Za zerwanie z defensywną tożsamością na rzecz drużyny grającej, jakby kumple z podwórka spotykali się po szkole. Roberto Mancini w trzy lata zbudował drużynę na miarę mistrzostwa Europy, lecz wcale nie wygrał największą jakością na Euro 2020, ale największą odwagą. Trzy lata temu przegrywali baraże do mundialu ze Szwecją i to udowadnia, że w futbolu tyle czasu to wieczność.

Wcale nie mieli po swojej stronie więcej jakości, bo Gareth Southgate wyjaśnił to, wprowadzając po przerwie Jacka Grealisha, Bukayo Sakę, a na ścisłą końcówkę – zasadniczo bardziej rzuty karne – jeszcze Marcusa Rashforda oraz Jadona Sancho. Trzech przez niego wprowadzonych, Saka, Rashford i Sancho, pomylili się przy jedenastkach, jakby samo sprowadzenie ich do roli rezerwowych miało się zemścić na tym turnieju. Anglicy mieli plan idealny, defensywny i zachowawczy, aby zostać mistrzem Europy. Nie stracili nawet bramki z otwartej gry na tym turnieju. Ale samym finałem na Wembley niekoniecznie udowodnili, że to im się należało.

Mieli potęgę ofensywnych gwiazd trzymanych na ławce, a nie wyglądali na drużynę chcącą rozstrzygnąć dogrywkę na swoją korzyść. Paradoksalnie to Italia, nieco zmuszona ustawieniem meczu pod Anglików szybkim golem, błyszczała w ataku, chociaż znalezienie jakiekolwiek drogi do bramki Jordana Pickforda kosztowało ją niemiłosierne trudy. Ale po tym, ile Włosi zostawili na Wembley oraz na całym turnieju, trudno odbierać im jakiekolwiek zasługi. Zwłaszcza w rozkochiwaniu postronnych widzów w uroku piłki.

Tak jak trzeba było mieć śmietnik zamiast serca, aby nie doceniać wyczekanego po 16 latach sukcesu Leo Messiego z reprezentacją, tak identycznie sprawa miała się z 36-letnim Giorgio Chiellinim, facetem, którego nie da się nie kochać za sam charakter. To, jak wyłączył z gry Harry'ego Kane'a i jakie zagrał Euro, powinno trafić do podręczników bronienia dla środkowego obrońcy. Sam powtarza, że Pep Guardiola zrobił krzywdę młodym środkowym defensorom, bo w podziwie ofensywnej piłki zapominają, jak mają bronić. On jest oldskulowcem. I chociaż w sierpniu skończy 37 lat, a w całym sezonie opuścił 21 meczów z powodu kontuzji, to jak nikt zasługiwał na takie zwieńczenie kariery. Bo na poziomie międzynarodowym jeszcze nic nie wygrał, a prawie każdy ma go za profesora, nie tylko za bycie wykształciuchem w życiu prywatnym.

To była piękna Italia z niepasującym, brzydkim kaczątkiem w postaci Ciro Immobile, lecz wielcy mistrzowie Europy odnajdowali drogę do tytułu właśnie bez klasowego środkowego napastnika (o czym doskonale pisał Michał Trela). Anglikom nie można odmówić, że w defensywie byli zorganizowani jak roboty, zaprogramowani na sukces, więc tym większy szacunek dla piłkarzy Roberto Manciniego, że odnaleźli klucz do bramki. Federico Chiesa zbuntował się przeciwko porządkowi tego spotkania i ruszył na przeciwnika z największą odwagą, a Marco Verratti założył sobie, że ofensywna tożsamość musi znaleźć ujście w przełamaniu tego bloku defensywnego. Na koniec to Gigi Donnarumma, bezrobotny, podobnie jak Chiellini, został bohaterem jedenastek i zresztą MVP całego turnieju, udowadniając siłę mentalną w momencie największej presji.

Bo jeśli za coś ich wyróżniać, to właśnie za niezłomność i charakter. Anglia naprawdę broniła bardzo dobrze i byłoby teraz niesprawiedliwym odbieranie jej tego za same pomyłki w serii jedenastek. Italia nie miała cudownych okazji, po prostu kropla drążyła skałę, lecz z jaką mocą. Wyrównanie przy pomocy wygranej główki Verrattiego, padającego Chielliniego i trafiającego Bonucciego wyglądało, jakby wbili piłkę do siatki już siłą woli.

W tej mistrzowskiej historii najbardziej niewiarygodne jest, że Italia na poprzednie mistrzostwa świata nawet nie pojechała. Tak mocno piłkarski naród musiał się obejść bez mundialu, bo dosłownie trzy lata temu przegrali historyczne, nieszczęsne baraże ze Szwecją. Zatopili się we wstydzie i chcieli zapomnieć, że ktokolwiek na świecie gra w piłkę – rzecz jasna, dopóki nie wróciło rodzime calcio – lecz trzy lata w futbolu to wieczność. Przyszedł Roberto Mancini i przywrócił im radość z reprezentacji. Sprawił, że stała się ona zespołem wszystkich, na czele z podziwem dla neapolitańczyków jak Lorenzo Insigne, bez szukania podziałów, bez wymówek, bez dziury w całym.

Skoro postronny widz chciał im kibicować, to dlaczego Włoch miał się nie zapisać do fanklubu Tik-Italii? Na samym końcu zdobyli najwięcej bramek na Euro 2020, tylko Hiszpanie strzelali częściej na bramkę od nich, lecz zdołali w Europie odmienić wizerunek kraju wycofanego, defensywnego, kunktatorskiego. Cwaniackiego niekoniecznie, ale tego z tożsamości nie wypiszą. Zresztą pewnie bez tego niesamowitego charakteru nie byłoby sukcesu.

Bo Italia to dzika pewność siebie przed serią jedenastek, to hymn narodowy śpiewany najpiękniej na turnieju, to zjednoczenie, jakby kumple z osiedla spotkali się na ulicy, a nie jakby własnie rozgrywali mistrzostwa Europy, o czym z przejęciem opowiadał Lorenzo Insigne. W Neapolu jest takie słowo jak scugnizzo, czyli uliczny geniusz. To jedno z nielicznych miast, gdzie niegrzeczni chłopcy, znajdują wielkie uznanie za swój talent. I tak trochę jest z bandą Roberto Manciniego. W chwilach największej próby, największej potrzeby charakteru, to oni nie pękali na robocie, tylko szli po swoje z dziwnym przekonaniem, że coś im się w końcu należy.

Na koniec, przy całym szacunku dla Anglików – być może nawet faworytów przyszłorocznego mundialu z takim bogactwem personalnym – Euro zgarnęła najlepsza drużyna turnieju. Pokazująca wyższość nad gospodarzem finałów, eliminująca rozpędzoną Hiszpanię oraz faworytów w postaci Belgów, lecz ponad wszystko zmieniająca piłkarskie stereotypy. Nic tak nie pomogło Italii ze zrywaniem łatek jak ten turniej i widowiskowa gra do przodu. Chwil słabości nie brakowało, jak w finale, jak z Austrią w 1/8, a ponad wszystko w półfinale z Hiszpanią, lecz tym również mierzy się wielkość ekipy – na ile potrafi wychodzić z sytuacji podbramkowych?

Anglia była w finale konserwatywna, Italia liberalna. I chociaż spotkały się dwie piłkarskie nacje, trudno nie odnieść wrażenia, że wygrała odważniejsza, przechodząca wyraźną zmianę tożsamości. Najlepsze, co Włosi mogą wynieść i pokazać światu tym turniejem, to ile daje odwaga. Aby zrywać z przeszłością, aby nie dusić się we własnym sosie szeroko pojętej natury, tylko ruszyć do przodu z pomysłem, wizją oraz przekonaniem o własnej potędze. To dał zrujnowanej, zagruzowanej drużynie Roberto Mancini w niespełna trzy lata pracy. Italia zawsze miała duszę, teraz ma jeszcze do tego sukces, è tutto vero, to dzieje się naprawdę.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.