Trudny powrót do elity. Chicago Bulls chcą znów być siłą w NBA – czy wzmocnienia im to zapewnią?

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Chicago Bulls. Zach LaVine
Fot. Brian Rothmuller/Icon Sportswire via Getty Images

W latach 90. poprzedniego wieku Chicago Bulls zdobyli łącznie sześć tytułów mistrza NBA. Od tego czasu kibice Byków wciąż czekają na nawiązanie do tamtych sukcesów. Bez skutku. Od ostatniego mistrzostwa w 1998 roku Bulls wygrali bowiem łącznie pięć serii w fazie play-off. O jedną mniej niż wynosi liczba mistrzostw Michaela Jordana i spółki. Czy po letnich zmianach w Windy City mogą więc robić sobie wreszcie nadzieje na coś więcej?

Gdy w kwietniu 2020 roku nowym dyrektorem sportowym Bulls zostawał Arturas Karnisovas, liga nie grała ze względu na pandemię, a większość fanów NBA ekscytowała się jeszcze nie bańką (wtedy był to dopiero raczkujący pomysł na dokończenie rozgrywek), lecz serialem „The Last Dance”, który właśnie wtedy miał swoją premierę. Dokument skupiający się na karierze Michaela Jordana w Chicago w szczegółach opowiadał o ostatnim zwycięskim sezonie Byków, którzy w 1998 roku zdobyli trzecie z rzędu, a ogółem szóste mistrzostwo.

Od tamtych chwil minęły już ponad dwie dekady, a Bulls w tym czasie nie zdołali wrócić choćby do wielkiego finału. Najbliżej byli w 2011 roku, gdy jako najlepsza drużyna sezonu zasadniczego z Derrickiem Rose’em – czyli MVP – na czele odpadli dopiero w finałach konferencji wschodniej. Łącznie na 23 sezony po „ostatnim tańcu” jedenaście razy grali w fazie play-off. Raz dotarli do finałów konferencji, trzy razy do półfinałów, a siedem razy odpadali już w pierwszej rundzie – ostatnio w 2017 roku.

LATA BEZ HAPPY ENDU

Karnisovas obejmował Bulls niemal w rozsypce. – Klub jest na rozstaju dróg – stwierdził podczas konferencji powitalnej. Kluczyki do prowadzenia Byków przejmował z rąk duetu GarPax (Gar Forman i John Paxson). Ta dwójka przez lata z reguły wściekała kibiców drużyny z Chicago dziwnymi albo po prostu złymi decyzjami. Paxson co prawda został w klubie, ale już ledwie w roli „starszego doradcy” i chyba tylko ze względu na dobre relacje z właścicielem Jerrym Reinsdorfem (wcześniej w latach 1985-1994 był graczem Bulls).

Przed nowym dyrektorem postawiono trudne zadanie. Przez dwie dekady w Chicago „udał się” w zasadzie tylko Derrick Rose, choć i jego historia nie miała happy endu. Poza tym były w większości wątpliwe lub złe decyzje kadrowe, kolejne zmiany trenerów, a w pewnym momencie nawet obawy zawodników, że w szatni są podsłuchiwani. Nic więc dziwnego, że decyzja o odsunięciu duetu GarPax – tak długo wyczekiwana – spotkała się z wielką radością. Sam ten fakt celebrowano może nawet bardziej niż wybór ich zastępcy.

PRZEZ DENVER DO CHICAGO

Nowym zarządzającym został bowiem wreszcie ktoś spoza organizacji, co dla Bulls było prawdziwą rewolucją. Na człowieka z zewnątrz wybrano Karnisovasa, byłego reprezentanta Litwy. Od lat piął się coraz wyżej w hierarchii NBA – zaczynając od pracy dla samej ligi, przez bycie skautem, aż po angaż na stałe w Denver, gdzie w 2013 roku został asystentem generalnego menedżera. Cztery lata później otrzymał awans, a Nuggets zatrzymali go w ten sposób przed odejściem do Milwaukee. W międzyczasie zatrudnił jeszcze Rafała Jucia.

Z pomocą polskiego skauta w drafcie wybrał m.in. Nikolę Jokicia, ale też innych utalentowanych graczy, którzy dziś stanowią podstawę dla Nuggets. To nie tylko MVP poprzedniego sezonu zasadniczego, lecz również Jamal Murray, Michael Porter Jr. czy Monte Morris. Jedna sprawa to jednak wybrać tych zawodników, zupełnie inna to dać im warunki i możliwości do dalszego rozwoju. Pod tym względem Karnisovas w Denver wykonał przez lata kawał świetnej roboty, co zaowocowało wygraną w wyścigu po posadę w Chicago.

WIELKIE PORZĄDKI

Półtora roku po objęciu tejże posady Bulls wyglądają jak zupełnie nowa drużyna. Od kwietnia 2020 roku w zespole przetrwało tylko dwóch graczy: Zach LaVine oraz Coby White. Karnisovas zrobił też porządek w zarządzie, zatrudnił nowego trenera Billy’ego Donovana, a w ubiegłorocznym drafcie postawił na młodziutkiego Patricka Williamsa. Potem w ostatnim dniu okienka transferowego sprowadził do zespołu Nikolę Vucevica. Dzięki temu Byki miały już dwóch all-starów w składzie (bo w lutym w Meczu Gwiazd zadebiutował LaVine).

To jednak nie przełożyło się na powrót do fazy play-off w ubiegłym sezonie. Ekipa z Chicago po pozyskaniu Vucevica nie potrafiła złapać rytmu i z ostatnich 29 spotkań wygrała tylko 12. Przeszkodziła dłuższa absencja LaVine’a, który zmagał się wtedy z koronawirusem. Efektem tego było odległe, bo dopiero 11. miejsce w konferencji. To nie wystarczyło, by zachować u siebie wybór w pierwszej rundzie draftu (chroniony w top4 naboru). Bulls razem z drugim pickiem (w drafcie 2023) i Wendellem Carterem oddali go w zamian za Vuca.

WIATR ZMIAN

Latem w Wietrznym Mieście znów mocno więc powiało. Byki dokonały łącznie aż trzech transakcji sign-and-trade, sprowadzając do siebie Lonzo Balla oraz DeMara DeRozana. Udało się też oddać Lauriego Markkanena (także w ramach sign-and-trade) w zamian za wybór w pierwszej rundzie draftu od Portland Trail Blazers (chroniony w TOP14) oraz Derricka Jonesa Jr., jak i podpisać umowę z Alexem Caruso. Ze składem pożegnał się za to cały zastęp zawodników, a w Chicago rozpoczęła się w ten sposób zupełnie nowa era.

Dodanie do drużyny 23-letniego Balla (82 miliony za cztery lata) czy 27-letniego Caruso (37 milionów za cztery lata) należy ocenić pozytywnie. Ciekawym dodatkiem sam w sobie jest DeRozan (82 miliony za trzy lata), choć tu akurat zdaje się, że Bulls wydali dużo za dużo. Szczególnie że nikt inny podobnych pieniędzy byłemu all-starowi na rynku wolnych agentów raczej nie proponował. Na dodatek Bulls oddali wybór w pierwszej rundzie draftu oraz przydatnego Thaddeusa Younga, by 32-latka móc w ogóle pozyskać.

CO Z TĄ OBRONĄ?

Karnisovas już na powitalnej konferencji mówił jednak, że najbardziej ceni sobie w zawodnikach wysokie koszykarskie IQ, umiejętność utrzymywania piłki w ruchu czy możliwość gry na kilku pozycjach. Widać to w ruchach Bulls tego lata. Ofensywa Byków powinna stać w przyszłym sezonie na bardzo wysokim poziomie. DeRozan jako niedoceniany kreator gry powinien doskonale się w Chicago odnaleźć, nawet jeśli nie rzuca za trzy. Zamiast tego pozostaje jednym z najskuteczniejszych i najgroźniejszych graczy na półdystansie.

Dodajmy do tego świetnie rozwijającego się LaVine’a, znakomitego w szybkich kontrach Lonzo czy wszechstronnego w ataku Vucevica, który w zeszłym sezonie trafił 176 z 400 trójek, a okaże się, że atak Bulls nagle zyskał nie jeden, a kilka dodatkowych wymiarów. Problemem będzie oczywiście druga strona parkietu, bo na samym Ballu czy Caruso szczelnego bloku defensywnego się nie zbuduje. Tym bardziej że ani Vucević, ani DeRozan w tym aspekcie (lekko mówiąc) nie brylują, a LaVine dobre ma jak na razie tylko momenty.

IDZIEMY ALL-IN

Jest więc w tym wszystkim spore ryzyko dla Bulls, którzy przez ostatnie lata zarówno oddali sporo wyborów w drafcie (łącznie trzy za Vucevica i DeRozana), jak i młodych graczy (Markkanen, Carter Jr.), by stworzyć zespół zdolny do… na razie nie wiadomo w sumie czego. Czy sam awans do fazy play-off będzie dla Byków sukcesem? Czy może dopiero wyjście z pierwszej rundy? A przecież na Wschodzie mocnych zespołów nie brakuje – na dodatek teraz pewny awans do playoffs ma już tylko sześć zespołów.

Tymczasem w drużynie z Chicago z młodych talentów pozostał w zasadzie tylko wspomniany już Patrick Williams. Udało się również „odzyskać” jeden wybór w pierwszej rundzie draftu przy okazji transakcji sign-and-trade Markkanena, natomiast w tym wszystkim jasno widać, w którym kierunku poszli Bulls. Bo choć Karnisovas od początku podkreślał, jak ważne jest stworzyć w Chicago odpowiednie warunki do rozwoju młodych graczy, to ostatecznie wszedł niemal all-in w 30-letniego Vucevica oraz 32-letniego DeRozana.

SYGNAŁ DLA LaVINE’A

Litwin w kwietniu 2020 roku obejmował zresztą jedną z najmłodszych drużyn w całej lidze. Dziś w Chicago jest już natomiast bardzo ciekawa mieszanka młodych lub wchodzących w prime zawodników i weteranów, którzy samą swoją obecnością podnoszą oczekiwania co do wyników. Najważniejszym elementem tej mieszanki pozostaje chyba LaVine. Bo to także z jego względu Karnisovas stał się w swoich działaniach nieco bardziej agresywny, jakby starając się w ten sposób przesłać liderowi Bulls wyraźny sygnał.

LaVine może bowiem latem za rok wejść na rynek wolnych agentów, a Byki w ostatnich miesiącach zrobiły dużo, by przekonać go do pozostania. 26-latek z sezonu na sezon się rozwija, ma za sobą debiut w All-Star Game, a przed sobą zapewne kontrakt maksymalny. Bulls będą musieli mu więc zapłacić ogromne pieniądze, bo jeśli tego nie zrobią, to drugiego takiego strzelca szybko nie znajdą. Szczególnie że LaVine ze średnią 27.4 oczek był w ubiegłym roku siódmym najlepszym strzelcem w lidze (przed KD, Bookerem czy Jokicem).

DOŚĆ SZUKANIA WYMÓWEK

Byki na powrót do fazy play-off czekają od 2017 roku, a na mistrzostwo już ponad dwie dekady. – To miasto pełne jest bardzo oddanych fanów. Wyzwaniem będzie ponownie zasłużyć na entuzjazm i podekscytowanie z ich strony. Ci kibice zasługują na zespół, z którego będą mogli być dumni – mówił Karnisovas podczas pierwszej konferencji w nowej roli. W ostatnich miesiącach na pewno udało mu się zrobić jedno. W mieście znów czuć bowiem ekscytację nadchodzącym sezonem.

Nawiązać do sukcesów Jordana, Pippena i reszty będzie niezwykle trudno (po 1998 roku jeszcze tylko Los Angeles Lakers w latach 2000-2002 zdołali zrobić three-peat). Zresztą tego chyba nikt w Chicago po latach posuchy nie oczekuje. Tym bardziej, gdy Bulls mają ogromne problemy choćby z samą kwalifikacją do fazy posezonowej.

Teraz jednak w klubie jest sporo talentu – bez wątpienia najwięcej od lat – dlatego Bulls zamiast kolejnego roku szukania wymówek, chcą znów być dumą miasta. To uda się wyłącznie wtedy, jeśli dzięki dobrym ruchom Byki faktycznie wrócą wreszcie do elity.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.