Triumf młodości, odwagi i pasji, czyli dlaczego sukces Realu Sociedad jest tak budujący

Zobacz również:846 dni czekaliśmy na Polaka w LaLiga. Czego nauczyła nas pierwsza kolejka?
Athletic Club v Real Sociedad - Copa Del Rey Final 2020
Fot. Fran Santiago/Getty Images

Nie w wielkim stylu, ale Real Sociedad sięgnął w baskijskim finale po Puchar Króla. I to zwycięstwo pod wieloma względami piękne: bo w kadrze klubu z San Sebastian jest aż 16 wychowanków, bo to on przywrócił do hiszpańskiej piłki dziedzictwo narodowe, czyli Davida Silvę, bo w kryzysowym momencie sezonu przedłużył umowę z trenerem Imanolem Alguacilem, zamiast go zwalniać. Jeśli uczyć się budowy projektu sportowego, to na przykładzie Realu Sociedad – na swoich ludziach, z cierpliwością i pięknymi wartościami na ustach, dlatego Puchar wzniósł kontuzjowany na przedmeczowym treningu Asier Illarramendi.

Dla postronnego widza to już był zwycięski finał Pucharu Króla. Gdyby sięgnął po niego Athletic Club, zachwalalibyśmy, że ostatni bastion romantyzmu grający jedynie baskijskimi piłkarzami trzyma się mocno. Ale przecież przed chwilą Marcelino świętował Superpuchar, a dosłownie za dwa tygodnie dostanie okazję do rewanżu w finale Pucharu Hiszpanii na Barcelonie. Rok temu mogli zawalczyć o występ w pucharach, gdyby wygrali, ale woleli poczekać na kibiców. Honorowo odrzucili taką możliwość, bo ważniejsze było dla nich stworzenie prawdziwego święta Kraju Basków. 12 miesięcy później wiemy o pandemii znacznie więcej, uczymy się jej bardzo skutecznie, ale nadal wyczekujemy, aż jedna z największych wartości futbolu – kibice – wrócą na swoje miejsce.

To nie były porywające zawody, na pewno brakowało fanów, ale wcale nie chodziło o zachowawcze podejście, po prostu dwóch taktycznych specjalistów Marcelino oraz Alguacil skutecznie pozbawili się swoich atutów. Kiedy Sociedad chciało budować przewagę liczebną na skrzydłach, rośli stoperzy Athletiku mówili pod nosem: tak mi graj, bo tam krzywda nam się nie stanie. A później kasowali dośrodkowania z bocznych sektorów. O ironio, zadecydował jeden gol po rzucie karnym i indywidualnym błędzie Inigo Martineza. Wychowanka Realu Sociedad w barwach Athletiku. Tego samego, o którego trzy lata temu była głośno burza, gdy za 32 miliony zmieniał barwy na te największego rywala. To dzięki niemu wielu młodym chłopakom wpisano później w kontrakty klauzule „anti-athletic”, bo w San Sebastian nie wyobrażali sobie straty kolejnych Inigo. Na koniec futbol słynie z dobrego poczucia humoru, więc to on został negatywnym bohaterem baskijskiego finału. Bo zdążyliśmy się przyzwyczaić, że jak już Mikel Oyarzabal podchodzi do jedenastki, to pudłuje naprawdę od święta. Nawet Robert Lewandowski kiedyś chwalił jego styl wyczekiwania bramkarza i podchodzenia do jedenastek – w skrócie: o to w tym biznesie chodzi.

Zawsze kiedy na hiszpańskiej ziemi wygrywa ktoś spoza wielkiej trójki, jest to oznaka zbudowania projektu sportowego stojącego na naprawdę konkretnych fundamentach. Dziś mówiąc o topowych akademiach Europy, nie można już pomijać Zubiety, czyli szkółki Realu Sociedad. Aż 16 jej wychowanków oglądamy dzisiaj w pierwszym zespole Imanola Alguacila, w topowych ligach więcej ma tylko jeden klub… Athletic. Sam trener też jest „swoim człowiekiem”, który pracował już w akademii w różnych miejscach i w różnych rolach. Zna ją jak własną kieszeń, perspektywę piłkarza wchodzącego do poważnego piłki poznał z kilku stron, dlatego tak skutecznie ich buduje oraz zarządza ich siłami. O tym powiedział kiedyś Jose Luis Mendilibar: „Jako piłkarz marzyłbym o takim trenerze jak Alguacil. U niego nawet ostatni piłkarz do wejścia ma prawo czuć się doceniony, bo szansę dostają naprawdę wszyscy”. I wiadomo, że jedni grają na pianinie, inni muszą je nosić, ale to też jest sztuką, aby poznać swoją rolę, miejsce w szeregu i przystać na nią, będąc wartością dodaną dla całego organizmu.

Real Sociedad nie musiał stawiać na młodzież ani lokalnych piłkarzy jak Athletic, zrobił to z wyboru, dlatego tym bardziej mu chwała. Jeśli już sprowadza jakichś zawodników, to jedynie po to, by świecili dla pozostałych przykładem. Nic dziwnego, że wszyscy są wpatrzeni w Davida Silvę, który po wspaniałej dekadzie w Manchesterze City wrócił do kraju w chwale. Sięgnął po Puchar Króla już w pierwszym sezonie, mimo że Baskowie czekali na niego 34 lata. Jest synonimem klasy, elegancji, doświadczenia, a ile jest warty widzimy najbardziej, kiedy brakuje go na boisku. Wtedy dyrygować muszą inni, ale melodia nie brzmi już tak pięknie. Fenomenu Silvy w tym sezonie nie policzysz golami ani asystami – to całokształt jego mądrości, świadomości oraz sensownych decyzji. Bo kiedy ma obok błyskotliwego Oyarzabala, pędziwiatra Portu czy mobilnego Isaka, to nie w każdej akcji trzeba napierać na rywala. Czasem lepiej wyczuć moment przerwy, oddechu i kontroli – a od tego właśnie jest Silva. Jego ruchy nabierają głębszego sensu dopiero w szerszym wymiarze. Dlatego wszyscy wychowankowie są beneficjentami, otaczając się jego wirtuozerią.

Ekipa z San Sebastian ma piłkarzy o niesamowitej skali talentu. Mikel Oyarzabal to klasa międzynarodowa, a 200 spotkań w lidze hiszpańskiej rozegra, mając zaledwie 23 lata. O skali talentu Aleksandra Isaka niestety możemy się przekonać podczas mistrzostw Europy, bo w ataku zagra w duecie ze Zlatanem Ibrahimoviciem. Stanowiłby tam największą siłę rażenia, gdyby Szwed nie wrócił do drużyny narodowej ze słowami, że „jego czas przyjdzie za 7 lat, kiedy już odejdę na emeryturę”. Mikel Merino to z kolei tak wartościowa, inteligentna postać w środku, że każdy wielki klub powinien o nim pomyśleć, o ile tylko będzie pasował do koncepcji oraz stylu gry. Jest natomiast gwarancją kontroli, dominacji, wyczuwania momentu i dźwigania spotkań trudnych gatunkowo. Z upływem miesięcy coraz więcej pochwał usłyszą Martin Zubimendi czy Ander Barrenetxea, ale to jest przyszłość całej hiszpańskiej piłki. I oni dzisiaj idą w ogień za swoim klubem, niejako z pożegnalnym sztandarem Xabiego Prieto na ustach. Ten kończąc karierę, przekonywał: „Naprawdę można czuć się wspaniale w San Sebastian i grać o sukcesy”. Wtedy to brzmiało jak myślenie życzeniowe, ale teraz to fakt. Chociaż Manchester United w Lidze Europy oddzielił chłopców od mężczyzn, Baskowie zanotowali gigantyczny skok jakościowy w ostatnich latach. A wychowankowie nie patrzą jak na pierwszy skład wyłącznie jak na trampolinę dalej. Czują, że ten projekt ma znamiona czegoś poważniejszego i ambitnego. Że każdy rok ma być skokiem na głęboką wodę.

Wreszcie sukces Realu Sociedad to na swój sposób także duma analityków piłkarskich. Jeśli skauci mieli obserwować czyjeś poczynania w lidze hiszpańskiej, jednych z ulubionych zakątków było San Sebastian z racji skali oraz bogactwa talentu w tym klubie. To też jeden z chętniej rozbieranych na czynniki pierwsze zespołów, bo próbuje grać naprawdę atrakcyjną, nowoczesną piłkę bazującą na płynności, kontroli, dominacji. Chce być kimś, kto coś proponuje, a nie reaguje. Alguacil w swojej filozofii stawiał na elastyczność i odwagę. I chociaż nie każdy mecz w wymagającym sezonie to potwierdzał, a Real był bardzo nierówny, to chociażby początek rozgrywek był istnym popisem ekipy z północy kraju.

Jest w tej myśli coś pięknego. Wychowywać i stawiać na swoich ludzi, wspaniałą robotę wykonuje Xabi Alonso kształtując kolejnych piłkarzy w rezerwach, później oni trafiają pod skrzydła Alguacila, ale nie ma wątpliwości, że Xabi jest szykowany na jego następcę. Za przyjemnymi hasłami w Sociedad zawsze szła jednak cierpliwość i myślenie długoterminowe. Kiedy drużynę dopadła niemoc i seria głupio traconych punktów, ze szkoleniowcem przedłużono kontrakt, aby pokazać, że doceniają jego pracę. I nie decyduje oblicze w kilku tygodniach, tylko szersze spojrzenie na jakość wykonywanej przez niego pracy. Nagrodę odebrali w Sewilli, kiedy na oczach największego rywala świętowali pierwszy Puchar Hiszpanii od ponad trzech dekad.

Nic dziwnego, że Imanol Alguacil na konferencji prasowej powiedział: „Wybaczcie, teraz zamieniam się w kibica i będę emocjonalny”. Ubrał biało-niebieską koszulkę i zaczął krzyczeć do mikrofonu, zeszło z niego całe ciśnienie, bo praktycznie od roku wiedział, z czym wiązałaby się porażka w takim finale. Athletic jest załamany, Iker Muniain przecież nawet dotykał już pucharu, ale będzie miał drugą szansę, na którą zapracował. Real Sociedad grał va banque. Dlatego Alguacil rzucił: „Wiem, ile to znaczy. Największe podziękowania należą się mojej rodzinie, bo byłem dla niej nie do zniesienia. Przez ostatnie 2 tygodnie bardzo ze mną cierpiała. Moje życie to Lezama. Krążenie myślami między treningiem a meczem, nawet jeśli jestem w domu. Przez ostatnie pół roku wyszedłem z żoną na spacer cztery razy, dlatego jestem najbliższym bardzo wdzięczny za wyrozumiałość”. Ten baskijski, historyczny finał miał niesamowity ciężar emocjonalny. Dlatego należy docenić, kiedy ktoś w tak chwiejnym, nierównym, pełnym wahań sezonie, na koniec może odebrać taką nagrodę. Real Sociedad nie zmienił kierunku, chociaż było do tego mnóstwo okazji. I dzisiaj z 16 wychowankami w kadrze może się mienić zdobywcą krajowego pucharu. Przynajmniej przez dwa tygodnie, bo zaraz w Sewilli powtórka z rozrywki. Barcelona chce rewanżu za Superpuchar, a Athletic sprawiedliwości i jeszcze więcej chwały dla baskijskiej piłki przebierającej talenty w 2-milionowym regionie.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.