Trenerze, lepiej się nie wychylaj. Żuraw poległ jako ofiara całego projektu (KOMENTARZ)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Cracovia Krakow - Lech Poznan. 03.04.2021
FOT. JAKUB GRUCA / 400mm.pl

To że Dariusz Żuraw nie podniesie już drużyny z głębokiego kryzysu, stało się jasne, kiedy wiosną wygrał zaledwie trzy z dziewięciu ligowych meczów. Nie udźwignął Pucharu Polski ani nie wykorzystał zimy na oczyszczenie. Nie miał w sobie dość mocy, aby zatrzymać problemy nawarstwiające się niczym efekt kuli śniegowej. Żuraw zapłacił za to posadą, ale jednocześnie został rzucony jako ofiara na pożarcie. Nowe otwarcie było konieczne, lecz winnych jest więcej niż sam trener z Wielunia. Lech wskazał jednego, skoncentrował całą uwagę na zagubionym trenerze, jakby on jeden był hamulcowym rozwoju. W rzeczywistości poległ cały pion sportowy i osoby stojące u góry tego projektu.

Cykl życia w Poznaniu jest dość powtarzalny: nowe otwarcie i szumne zapowiedzi nowego projektu, odcinanie się od błędów przeszłości, początkowy zachwyt w połączeniu z efektem nowej miotły, zwykle fala wznosząca, aż do kryzysu, z którego nie uda się już podnieść. Mniej więcej tak wygląda to wszędzie, lecz w stolicy Wielkopolski wahania nastrojów są wręcz kopią tego, co działo się kilka miesięcy wcześniej. Na koniec zawsze to trenera obarcza się największą winą. Jak należało doceniać Nenada Bjelicę, przekonaliśmy się dopiero, kiedy wrócił do swojego kraju, z Adama Nawałkę błyskawicznie uczyniono wariata, chociaż dał ku temu kilka argumentów, Dariusz Żuraw też przeszedł krótką podróż od bohatera do zera.

Możemy śmiało zakładać, że Żuraw jest menedżerem potrzebującym jeszcze wiele nauki i refleksji, aby w przyszłości wychodzić z takich kryzysowych sytuacji. To akurat jeden z najtrudniejszych elementów pracy trenerskiej, kryzysy bowiem dopadają każdego, o czym tak samo wiedzą ekstraklasowi fachowcy, jak i Zinedine Zidane czy Juergen Klopp. Krzywdzącym byłoby jednak stwierdzenie, że szkoleniowiec z Wielunia zaprowadził siebie nad przepaść w pojedynkę.

Najbardziej w ostatnich miesiącach utkwiło mi w pamięci zdanie Tymka Puchacza: „Musimy wreszcie przestać kalkulować i zacząć cieszyć się piłką jak kiedyś”. Przywrócić dawną radość i widowiskowość, zamiast napinać się na punkty. Efektem największej radości wokół Kolejorza była nieskrępowana chęć zabawy, ataku i zaufanie do własnych możliwości. Trzeba jednak zwrócić uwagę, jak mocno pozmieniały się składy i dźwiganie odpowiedzialności za drużynę. Dzisiaj wymieniamy w pierwszym szeregu właśnie Puchacza, charyzmatyczną postać, która najpewniej latem przeniesie się do Bundesligi. Ale kiedy lechici mieli kluczowy moment euforii na finiszu poprzednich rozgrywek, tych postaci „czujących” koszulkę Lecha było znacznie więcej: Kamil Jóźwiak, Robert Gumny, Kuba Moder, a nawet Mateusz Skrzypczak – co prawda niegrający, ale będący częścią paczki napędzającej szatnię.

To dość mocno rozmyło się na przestrzeni ostatnich miesięcy. Bo z rozpędzonej maszyny wyjęto jej najważniejsze elementy, te najbardziej zżyte i stojące za zbudowaniem szatni, a wiemy że sama jakość oraz czyste umiejętności nie wystarczą. Musi zagrać znacznie więcej elementów, aby doprowadzić do sukcesu. Lecha do najlepszych chwil pociagnęli „swoi” ludzi wsparci klasą Pedro Tiby czy Lubo Satki, ale z czasem znów zbyt mocno polityka skupiła się na ludziach z zewnątrz. Transferach, które niekoniecznie podniosły poziom wyjściowej jedenastki czy ruchach krótkoterminowych. Znów Kolejorz zaczął zbaczać z wcześniejszej ścieżki, mimo że nadal w kadrze było mnóstwo wychowanków i chłopaków z akademii. Oni jednak nie tworzyli tak zwartej grupy jak poprzednicy.

Na dzisiaj to gdybanie, ale jeśli Lech nie zakwalifikowałby się do Ligi Europy, nie przeżyłby tylu pięknych chwil, ale być może także nie sprowadził na siebie tylu problemów. Bo pierwsze kłopoty zaczęły się od wyczerpania baterii oraz oddychania rękawami pierwszego składu. Powtarzał to sam trener Dariusz Żuraw, że powinni byli się bardziej wzmocnić na trzy fronty, ale zabrakło im czasu oraz możliwości po awansie. Czyli dyrektor sportowy Tomasz Rząsa nie wykonał właściwie swojej pracy. Reszta była sumą pojawiających się nowych problemów. Uciekała radość, uciekały siły, wzrastały wzajemne pretensje i nerwy. A w takich chwilach trudno cieszyć się piłką, tym bardziej kiedy część myśli o wyjeździe, inni są nastawieni na własny sukces, a liderzy na czele z trenerem nie są w stanie tego podnieść.

Chociaż uważam, że Dariusz Żuraw słusznie stracił pracę, bo tej sytuacji już by nie odwrócił, to został potraktowany jako ofiara całej sytuacji. Poniekąd też ofiara sukcesu pożerającego własne dzieci. Gdyby miał większy komfort pracy i odpoczynku, w ciemno zakładam, że Lech byłby wyżej i znów bił się o puchary. Ale nie o to przecież w tym chodzi – to właśnie Europa jest tym smaczkiem, dla którego rywalizuje się przez cały rok. Od lat Lecha gubią błędne decyzje szefów klubu, polityka budowania wiecznie pozytywnego, zagłaskanego obrazu czy nieumiejętne zarządzanie dyrektora sportowego. O tym będę powtarzał zawsze, że wina za taki sezon Lecha rozkłada się na wiele postaci. Niemniej zawsze najłatwiej pozbyć się trenera i odtrąbić nowe otwarcie.

Jak pojawi się nowa postać na ławce, odrodzą się kibicowskie nadzieje. Konkretne ruchy kadrowe też przestaną mieć znaczenie, bo przecież należy odciąć się od przeszłości. Ale to w rzeczywistości wodzenie za nos, bo zwolnienie Dariusza Żurawia nie rozwiązuje wszystkich problemów poznaniaków. Zmiany powinny być dostrzegalne przede wszystkim w mentalności całej organizacji i bardziej krytycznym podejściu do własnych decyzji. Dlatego życzyłbym sobie bardziej wymagającego, narzucającego presję trenera pokroju Bjelicy, niż takiego mającego wprowadzać spokój i systematycznie wprowadzać młodzież. Klubowi takiemu jak Lech niezbędna jest presja, aby myśleć o sukcesach. I wcale nie musi to oznaczać odejścia od tożsamości czy opierania się na wychowankach.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.